Fantastyka: Pod lupą

Zwykle o tej porze roku kolejne tomy Kronik dawno kusiły już z półek sklepowych, więc przyznam, że zacząłem powoli niepokoić się o los polskiego wydania “trójki”. Szczęśliwie wszystko dobrze się skończyło i obszerne, liczące ponad 220 stron tomiszcze trafiło wreszcie w moje ręce.

Pierwsze wydanie Malowanego Człowieka (wówczas rozbite na dwa tomy, teraz scalone w jeden) wywołało niemałe poruszenie, zapewniając sobie zaskakująco zgodne uznanie czytelników. Mnie ówczesny fenomen jakimś cudem ominął, więc nie do końca wiedziałem, czy cały ten szum należy traktować poważnie czy też wywołano go nieco na wyrost.

Pisanie recenzji drugiego tomu dłuższej serii jest trudne samo w sobie, a jeśli robi się to po mniej więcej tygodniu od pierwszego tekstu, ryzyko powtarzania samego siebie rośnie niepomiernie. Jeśli czytając poniższe zdania, odniesiecie wrażenie, że gdzieś już to widzieliście, to zapewne macie rację. Będzie to wina zarówno moja, jak i Wojciecha Zielińskiego. Dlaczego wplątuję w to wszystko autora? Cóż, opisuję to, co widzę, a widzę, że przyświecała mu znana skądinąd maksyma “bigger, better, more badass”.

Zanim sięgnąłem po książkę Zielińskiego, zrobiłem coś, czego zwykle unikam jak ognia: przeczytałem internetowe komentarze na jej temat. (...) Szybko przypomniałem sobie jednak, dlaczego z reguły podobne opinie ignoruję. Mają one bowiem tendencję do polaryzacji: gra czy powieść albo jest absolutnie genialna i zasługuje na dziesiątkę, albo zupełnie do bani i należy jej się okrąglutkie zero. Jak zwykle sytuacja okazała się jednak znacznie bardziej złożona.

Od czasu, kiedy ostatni raz miałem styczność ze Sztejerem, minęło prawie dziesięć lat, więc pamiętam z tego stosukowo niewiele. (...) Przez te wszystkie lata wydawało się, że kontynuacja nigdy nie nadejdzie. Niespodzianka!

Jest! W końcu jest – zwykła, klasyczna fantastyka z mieczami, zbrojami i magią! (...) Jakub Pawełek dostał więc ode mnie na starcie ogromny kredyt zaufania, mimo że jego poprzednich dzieł (utrzymanych w zupełnie innym, współczesnym klimacie) nigdy nie czytałem.

Lektura najnowszej książki z serii Assassin’s Creed była dla mnie ciekawym eksperymentem. Z reguły do powieści poświęconych grom zasiada się, znając cyfrowy oryginał, ale tym razem było inaczej. Choć jestem za pan brat z serią o zakapturzonych zabójcach, to nie miałem jeszcze styczności z Valhallą i byłem ciekaw, na ile ten fakt będzie mi przeszkadzał w czytaniu. O dziwo nie było wcale tak źle, głównie za sprawą specyficznych założeń.

Tempo, z jakim Insignis pompuje na nasz rynek kolejne pozycje ze świata Warcrafta zadziwia, ale też cieszy, bo rodzimi fani uniwersum są wreszcie na bieżąco z nowościami, a dodatkowo mają okazję nadrobić zaległości. W przypadku Wichrów wojny mamy do czynienia z nieco bardziej złożonym przypadkiem, bo książka ukazała się na zachodzie w 2012 roku i wówczas za sprawą Fabryki Słów po raz pierwszy trafiła też nad Wisłę. Jeśli przegapiliście tamtą okazję, warto się zainteresować, bo poświęcono ją interesującemu dla Azeroth okresowi.

Głuchowski zasłynął w świecie przede wszystkim serią Metro i sam nie wiem, czy mam go za to uwielbiać, czy nienawidzić. Powieści jego autorstwa oraz część tych, które wydano w ramach Uniwersum, pochłonąłem z niekłamaną przyjemnością (...) Insignis postanowiło jednak wznowić jedno z jego starszych dzieł, które jakimś sposobem umknęło mojej uwadze. Jako że pisarz podjął się w nim zupełnie innej tematyki, dałem się przekonać, wszak Futu.re czy Witajcie w Rosji wyszły mu całkiem zacnie.

Strony: 1 2 3 Ostatnia »