Fantastyka: Pod lupą

Paweł Majka i Radosław Rusak zgotowali nam w zeszłym roku całkiem miłą niespodziankę, dostarczając książkę, która podchodziła do tematyki trzeciej wojny światowej w nieco inny sposób, niż zwykło się to robić we współczesnej fantastyce. Panowie odpuścili sobie maski przeciwgazowe i napromieniowane pustkowia, skupiając się na chaosie typowym dla pierwszych dni konfliktu konwencjonalnego. Nie znaczy to bynajmniej, że przez cały czas towarzyszył nam klekot karabinów i huk dział. Sceny batalistyczne się zdarzały, owszem, ale z reguły w dość małej skali, a największy nacisk i tak położono na grę wywiadów i tajemniczy spisek wokół cennych zabytków pokroju Szczerbca, które Amerykanie z jakiegoś powodu postanowili wykraść z terenów państw należących do Układu Warszawskiego. Dzięki Trzeciemu frontowi dowiemy się wreszcie po co.

W zasadzie recenzję Żniwiarza u Bram, trzeciej części cyklu Ember in the Ashes autorstwa Saaby Tahir, mógłbym zacząć tak samo, jak ocenę poprzedniego tomu niemal trzy lata temu. Niezbyt pamiętam, co tam się działo. Nie wypada jednak używać tego samego pomysłu w miejscu, w którym łatwo można wychwycić lenistwo. Korzystając z wymuszonej przez koronawirusa możliwości pracy zdalnej, udałem się w daleką podróż do miejsca, gdzie zostawiłem wcześniejsze tomy, aby znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. No, może trochę koloryzuję.

Serce Lodu - czym jest? Artefaktem, machiną, manifestacją potężnej magii? Tego nie wie nikt - nawet najwyżej postawieni władcy i duchowni hierarchowie Imperium Serańskiego. Wiedzą jedynie tyle, że pogrzebane przed wiekami w odległym Karhanie Serce Lodu zapewnia swojemu właścicielowi olbrzymią moc. Moc, którą każdy możny chciałby posiadać na wyłączność…

Nie można powiedzieć, by na polskim rynku brakowało epickiego fantasy. Być może to właśnie dlatego wydawnictwo Fabryka Słów przez długi czas omijało ten nurt, skupiając się na innych podgatunkach fantastyki. Coś jednak sprawiło, że w tym roku znany wydawca postanowił przełamać schemat i wypuścić pod swoim szyldem Maga bitewnego Petera A. Flannery'ego, czyli powieść na wskroś epicką. Z magami, rycerzami, smokami i wielkimi bitwami. Dlaczego? Czym ponad 600-stronnicowe dzieło Brytyjczyka uwiodło szefów Fabryki? Aż szkoda byłoby nie sprawdzić!

Insignis nie przestaje dostarczać nam kolejnych książek z uniwersum Warcrafta i w sumie chwała mu za to, bo polscy fani Thralla i spółki mogą wreszcie nadrobić zaległości i powoli dościgają kolegów z innych zakątków świata. Najnowszą propozycją jest wydany pierwotnie w 2010 roku Malfurion.

Na przestrzeni ostatnich lat Blizzard Entertainment może pochwalić się nie tylko wieloma wspaniałymi grami, ale również znakomitymi książkami towarzyszącymi, które porządkują, a niekiedy nawet rozszerzają wiedzę o stworzonych przez siebie światach. O niedawno wydanej Wielkiej Księdze Pop-up World of Warcraft warto powiedzieć kilka słów więcej.

Przyznam, że Insignis kolejny raz zaskoczyło mnie w kontekście uniwersum Warcrafta. Ostatnio udało mu się to przy okazji wznowienia opublikowanego niegdyś przez Isę Ostatniego Strażnika, a teraz za sprawą „rzucenia” na rodzimy rynek książki o tyle interesującej, co zupełnie nietypowej. Mowa o pierwszym tomie Kroniki.

Nie ukrywam, że na widok słów „trzecia wojna światowa” z reguły tracę zainteresowanie, bo przed oczami staje mi niemożliwie wyświechtany motyw konfliktu nuklearnego i smutnych panów, ganiających się w maskach przeciwgazowych po szaroburych ruinach. W tym przypadku obawy były tym większe, że Paweł Majka ma już na koncie powieści post-apokaliptyczne (przyzwoite, jeśli mnie pamięć nie myli). Na szczęście Czerwone żniwa poszły zupełnie inną drogą i chwała im za to. Zanim przejdę do rzeczy, wspomnę, że nad książką pracował nie tylko Majka, ale także jego szkolny przyjaciel, Radosław Rusak. Panowie postanowili nawiązać dłuższą współpracę, a niniejsza powieść jest jej początkiem.

Przyznam, że od dawna zastanawiałem się, jak Insignis, które w ostatnich latach zaopiekowało się Warcraftowymi powieściami na terenie naszego kraju, wybrnie z tego, że wiele z nich w przeszłości trafiło w ręce Polaków za sprawą innych wydawnictw. Zakładałem, że zostaną zwyczajnie zignorowane i oprócz nowości dostaniemy wyłącznie te, które nie zostały wcześniej zagospodarowane. Okazało się, że to zupełnie nie tak i nic nie stoi na przeszkodzie, by zafundować nam reedycje.

Strony: 1 2 3 Ostatnia »