Ani słowa prawdy - Jacek Piekara - Recenzja

Jest kilku takich magów, którzy na stałe wejdą do zbiorowej świadomości fanów fantastyki. Belgarath na przykład, bohater niesamowitego cyklu „Belgariada” autorstwa Davida Eddingsa. Khelben Arunsun zamieszkujący Waterdeep, Raistlin Majere z cyklu Dragonlance, czy czołowy przedstawiciel czarodziejskich antybohaterów – Rincewind. Każdy pewnie mógłby podać jeszcze kilkanaście swoich typów, ale przekonany jestem, że wszystkie te propozycje miałyby jedną wspólną cechę: prawie wcale nie byłoby wśród nich polskich bohaterów. Na szczęście jakiś czas temu (no dobra, całkiem spory czas temu) pojawiła się gwiazdka świecąca na rodzimym firmamencie – Arivald z Wybrzeża.

Czarodziej ów jest bohaterem zbioru opowiadań „Ani słowa prawdy” autorstwa Jacka Piekary, znanego, choć pewnie dla wszystkich jest to oczywistą oczywistością, przede wszystkim z cyklu poświęconego inkwizytorowi Mordimerowi Madderdinowi. Zbioru, trzeba zaznaczyć, momentami bardzo autoironicznego, by nie rzec – pratchettowskiego.

„Ani słowa prawdy” w wielu momentach przypomina opowieści z Hez-hezronu. Tak samo prowadzona jest fabuła, która mimo podziału na opowiadania, trzyma jeden kurs i zmierza do oczekiwanego finału. Piekara znów wykreował kompletny świat z własną mitologią, geografią i historią przypominający, gdyby się nad tym głębiej zastanowić, nasz własny. Arivald, tak jak Mordimer, kroczy od sukcesu do sukcesu, borykając się tylko co jakiś czas z niewielkimi trudnościami. I podobnie jak inkwizytor, nie on jest tutaj najważniejszy, choć niewątpliwie stanowi jeden z głównych atutów książki.

Omawiana kompilacja to typowe fantasy (jeżeli przyjmiemy za podstawę definicji obecność magii, elfów, krasnoludów, mieczy itd.), choć do miana „heroic” jeszcze jej daleko. I dobrze. Zamiast mdłej historii o ratowaniu świata przez półboskich herosów, dostajemy soczystą opowieść o ratowaniu świata przez ułomnego, skorego do pijaństwa czarodzieja - samozwańca, który zamiast czarami, woli problemy rozwiązywać gołymi rękami. Książka przepełniona jest sytuacyjnym humorem tak samo gęsto, jak kpiną z fantastycznych schematów (wystarczy powiedzieć o elfach z Morribrondu, czy poskręcanym tetryku robiącym za coś na wzór boga). Język bohaterów jest cięty, wątroby mocne, a gardła szerokie. Innymi słowy dostajemy wszystko to, co tak polubiliśmy w Słudze Bożym.

Wiedziałem, że nie będę stronił od porównań tych dwóch serii i nie zamierzam się teraz z tego wycofywać. Czym świat Arivalda różni się od świata inkwizytorów? Przede wszystkim lekkim, optymistycznym klimatem. Mam na myśli uniwersum oczywiście, bo same przygody brodacza nieraz bardziej pasowały będą do kategorii „mało wesołe ew. irytujące”. Poza tym, mimo kilku postaci drugoplanowych, to właśnie czarodziej jest tutaj naczelnym motorem napędowym fabuły, który przyćmił każdą, dosłownie - każdą inną kreację. A jak pamiętamy, czegoś takiego nie było u Mordimera (wszak dosyć dobrze poznaliśmy Bliźniaków, Kostucha czy Jego Ekscelencję Biskupa Hez-Hezronu).

Wydaje wam się, że już gdzieś słyszeliście o Arivaldzie z Wybrzeża? Słusznie, jest on przecież jedną z postaci legendarnej przygodówki „Książę i Tchórz”, której scenariusz współtworzyli Adrian Chmielarz i, niespodzianka! Jacek Piekara.

Wszystkie opowiadania trzymają niezły poziom. Dużo śmiechu, jeszcze więcej bezpretensjonalnych przygód i świetnych dialogów. Nie licząc kapitalnego, politycznego „Arivald i wiedźmy” oraz zaskakująco życiowej „Klątwy wiedźmiarzy”, całość stanowi świetną zabawową literaturę, która na bardzo długo zapada w pamięć. Ponad 600 stron lektury, tylko gdzie, na wszystkich istniejących i wyimaginowanych bogów, jest spis treści?!


Profil redaktora Michu


Opublikowano: 14.02.2010 23:59