Świątynia wichrów - Terry Goodkind - Recenzja

Saga „Miecz Prawdy” jest bez wątpienia jedną z najlepszych serii, jaką świat kiedykolwiek widział. Do tej pory dane mi było zapoznać się z trzema jego tomami, z których każdy trzymał niezmiennie wysoki poziom. Ba, „Bractwo Czystej Krwi” jest wręcz genialne, szczególnie jego końcówka. Jak na tle cyklu prezentuje się część czwarta, „Świątynia Wichrów”?

Przez pewien czas utwór pokazuje prawdziwą rzadkość w sadze – względną sielankę. Aż dziwnie czyta się powieść, gdy postaci są razem, mogąc wspierać się w trudnej sytuacji. Zazwyczaj byli bowiem rozdzieleni, zdani sami na siebie. Z czasem jednak przestaje być tak różowo i sprawy coraz mocniej się komplikują, zmuszając bohaterów do niemałych wyrzeczeń. Szkoda tylko, iż autor powrócił do starego modelu budowy powieści, z bardzo długim rozwinięciem i krótkim, choć mocnym zakończeniem. Wolałbym zdecydowanie kontynuowanie idei „Bractwa...”, gdzie szczyt emocji utrzymywany był przez bardzo długi czas, ale nie jestem malkontentem, aby wybrzydzać na bardzo dobrą pozycję, że nie jest idealna. Nim jednak przystąpię do argumentacji pozytywnej opinii na temat jakości tomu, miejmy za sobą krytykę.

Oprócz powrotu do konwencji znanej z pierwszych tomów, muszę bowiem przyczepić się jeszcze do kilku rzeczy. Wprowadzone poprzednio Mord-Sith przyniosły ze sobą sporo humoru w tomie trzecim, tymczasem teraz element ten w dużym stopniu wyparował. Nie wiem, czy to wina braku pomysłu autora, czy może Goodkindowi zabrakło tym razem owej osławionej „weny”, która nie podsuwała mu zabawnych sprzeczek między postaciami aż tak często, jak miało to miejsce wcześniej. Przez to mając wygórowane wymagania podczas rozpoczynania lektury, można się na niej trochę zawieść. Poznajemy za to głębiej dwóch spośród wprowadzonych w poprzednich tomach bohaterów – Proroka Nathana i Ksieni Annalinę. Pisarz zdaje się zapomniał zupełnie o jasnowidzce Jebrze. Choć kto wie, może wykorzysta jej postać w dalszej części historii?

Kontynuując narzekanie, wspomnę o pewnym zabiegu fabularnym, który sprawił, iż "zwątpiłem" w kunszt Terry’ego. W sumie nie rozumiem w ogóle sensu umieszczania jednego z wątków, jednakże jest i czuję się w obowiązku o nim wspomnieć. Ba, poświęcę mu cały akapit. Jaki jest powód takiego stanu rzeczy? Ano moment ten jest tak, wybaczcie kolokwializm, durny, że aż dech zapiera. Możliwe, iż takie odczucia wynikają z moich poglądów, ale w końcówce powieści zwyczajnie zamarłem dziwiąc się, jak tak głupia sytuacja może mieć miejsce. Nie chcę mówić wprost co się stało, aby nie zdradzić nikomu fabuły, ale... Z tak dziwnym, nieracjonalnym zachowaniem głównego bohatera nie spotkałem się jeszcze w żadnej czytanej dotąd powieści. A trochę ich w życiu poznałem.

Mimo tych błędów w sztuce, „Świątynia Wichrów” trzyma bardzo wysoki poziom. Jest tak przede wszystkim dlatego, że nie zmienił się element będący fundamentem serii – oddziaływanie świata przedstawionego na czytelnika. Jak zawsze, autor potrafi w niesamowity sposób sprawić, aby każda strona powieści wywoływała emocje, wpływała na czytającego, sprawiała, by ten (zależnie od intencji) cieszył się bądź płakał. Wszystko wykreowane jest wręcz idealnie, dzięki czemu żyjemy razem z bohaterami, wczuwamy się w ich role, rozumiemy ich decyzje (choć niekoniecznie wszystkie – patrz: poprzedni akapit), czujemy ich emocje. Nieskończona jest chyba także wyobraźnia Goodkinda – po wielu walkach z przeciwnikami jak najbardziej materialnymi, których można było zabić w mniej lub bardziej bezpośredniej konfrontacji, nadszedł czas na wroga, którego „nie zmoże żadna klinga”. Jeszcze do niedawna miałem drobne obawy co do tego, czy przez wszystkie jedenaście tomów sagi autorowi będzie udawać się wymyślać coraz to nowe perypetie. Teraz moje wątpliwości stopniowo się rozwiewają.

Mimo tego, iż „Świątynia Wichrów” nie jest pozycją genialną jak „Bractwo Czystej Krwi”, mogę ją bez wahania polecić. Saga ta rośnie w moich oczach (czysto subiektywny ranking na podstawie ogólnej przyjemności czerpanej z czytania) do fenomenu „Harry'ego Pottera”, z tym, że skierowana jest raczej dla dojrzalszych czytelników, gdyż nie tylko trup ściele się gęsto, ale młodsi mogą także nie dostrzec wartości, których wagę Goodkind chce nam pokazać. Nie wychwycą wszystkich prawd o życiu, na jakie autor chce zwrócić nam uwagę. A poza tym, to po prostu kawał dobrej lektury, przy której można spędzić kilkanaście (kilkadziesiąt?) godzin z dużą przyjemnością.


Profil redaktora JayL


Opublikowano: 30.06.2010 23:59