Dusza ognia - Terry Goodkind - Recenzja

Oto piąta już część jedenastotomowej sagi „Miecz Prawdy” Terry’ego Goodkinda. Ponownie przenosi nas w świat znany z poprzednich pozycji, przedstawia przygody znanych nam bohaterów w znany sposób. Na szczęście autor nie popada w rutynę, seria wciąż ewoluuje, dlatego i tym razem otrzymujemy naprawdę dobrą lekturę, po którą fani przygód Richarda i Kahlan mogą sięgnąć bez najmniejszych obaw.

„Dusza Ognia” – jak każdy tom „Miecza Prawdy” - trzyma wysoki poziom. Mimo to muszę przyznać, iż jest to jedna z najsłabszych jak do tej pory części sagi. Nie ma w niej nic porywającego czy wyróżniającego ponad tłum – gdyby nie znajomość poprzednich odsłon, prawdopodobnie czytelnik kwalifikowałby ją jako książkę o co najwyżej dobrym poziomie. Sytuacja ma się jednak inaczej, bowiem każdy sięgający po tę historię ma już za sobą cztery poprzednie przygody Richarda i Kahlan. Taka osoba zdążyła przywiązać się do postaci, polubić styl pisarza – w przeciwnym przypadku przecież nie brnęłaby dalej w tę serię. A gdy czyta się perypetie swoich ulubieńców, mimowolnie ocena lektury jest wyższa. Sam chętnie poznałbym dalsze losy Geralta czy Harry’ego Pottera, choćby nie miały one powalać swym poziomem, gdyż darzę wspomniane osoby ogromną sympatią, tak jak wspomnianą dwójkę wymyśloną przez Goodkinda.

Fabuła ponownie korzysta z dość znanych i niezbyt wyszukanych chwytów. Bohaterowie w końcówce „Świątyni Wichrów” doprowadzili do małej katastrofy, której skutkiem jest powolne wyniszczanie świata, w którym żyją. Jako że nie zwykli oni zostawiać krainy w potrzebie, ruszają jej na ratunek, choć sami do końca nie wiedzą (jak zawsze zresztą), co powinni zrobić. Historia stwarza wrażenie sztampowej i nieciekawej, jednakże ze względu na kilka ciekawych zabiegów może się podobać. Przede wszystkim bardzo interesujące jest całe tło zachodzących wydarzeń, o którym później napiszę kilka słów więcej. Poza tym Goodkind dość mocno zmodyfikował sposób przedstawiania akcji. Już wcześniej często rozdzielał bohaterów, bądź czasem przenosił nas w zupełnie inne miejsce, abyśmy mogli obserwować sytuację z perspektywy kogoś zupełnie nieznanego, kto później jednak odegra sporą rolę. Nigdy za to nie miało to miejsca na tak dużą skalę. Tym razem bowiem pisarz wprowadził aż trzy nowe postaci, dzięki którym poznamy około połowę zachodzących wydarzeń! Dodatkowo każdy z nich ma własną historię i wyrazisty charakter, dzięki czemu nie mamy poczucia monotonności, które mogłoby się wkraść, gdyby autor ponownie stworzył powieść według tego samego schematu.

Wspomniane wcześniej osoby mogą zaistnieć dzięki umiejscowieniu akcji prawie w całości w nowym miejscu – mieście zwanym Anderith. Jest to chyba najbardziej specyficzna osada Midlandów, w której mieszka najdziwniejsze społeczeństwo. Dzieli się ono na dwie warstwy – niższą stanowią dawni najeźdźcy, Hakeni, wyższą zaś rdzenni mieszkańcy doliny, Anderejczycy. Sytuacja jest jednak dość skomplikowana, co wynika z – delikatnie mówiąc – niejasnej historii krainy. W wyniku tego dawni władcy, mimo wyższej liczebności, są obecnie traktowani jak szczury, za to ci, dla których Hakeni byli prawdopodobnie dobroczyńcami, obrócili się przeciw nim, spychając ich na margines społeczny i manipulując w zakresie, który dla normalnego mieszkańca Midlandów jest nie do pojęcia. To właśnie tam, w mieście ucisku, korupcji i porażającej degradacji ludzkiej natury, przyjdzie bohaterom walczyć o los świata. A przynajmniej o utrzymanie go w pionie o kilka miesięcy dłużej, bowiem znany z wcześniejszych tomów, pragnący zawładnąć światem Imperator Jagang, wciąż stanowi zagrożenie.

Każda z nowych postaci – adiutant ministra Dalton Campbell, pomywacz Fitch oraz pracująca w rzeźni Beata – stworzona jest jakby wyłącznie po to, aby pokazać moralny upadek Anderithu. Dzięki temu lepiej rozumiemy sytuację i postawę głównych bohaterów, którzy próbują walczyć o sprawiedliwość w mieście, którego mieszkańcy wcale jej nie pragną. Dodatkowo takie miejsce akcji stwarza idealne pole do stworzenia kilku dramatycznych sytuacji, co autor doskonale wykorzystał.

Mimo to „Dusza Ognia” odstaje lekko poziomem od poprzednich tomów „Miecza Prawdy”. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest słaba historia. Cóż z sugestywnego, mrocznego i brutalnego klimatu, kiedy główna oś fabuły pozostawia wiele do życzenia? Pamiętając choćby wydarzenia z czwartej części nie mogę się nadziwić też temu, jak słabe jest zakończenie. Nadchodzi zupełnie niespodziewanie, jest zdecydowanie za krótkie, zbyt mało emocjonujące i proste. Jak zwykle Goodkind miał dość ciekawy pomysł, ale tym razem wykorzystał go bardzo słabo.

Podsumowując, piąty tom sagi stanowi dobrą lekturę, prezentując jednocześnie spadek formy autora. Gdyby bowiem nie spuścizna poprzednich powieści, nie wciągałaby aż tak bardzo, stanowiąc pozycję, jak pisałem już na początku, „tylko” dobrą. Wydaje się, jakby pisarz wiedział, jak chce przedstawić wydarzenia, jednocześnie nie posiadając do końca wiedzy co chce pokazać. I tak widać dużą, pozytywną zmianę formy, brakuje zaś mocnej historii i porywającego zakończenia, znanego dobrze fanom „Miecza Prawdy”. Dla nich jednakowoż wady te nie mają znaczenia, bowiem „Dusza Ognia” pomimo nich stanowi wciągającą lekturę, dającą możliwość poznania dalszych dziejów lubianych bohaterów.


Profil redaktora JayL


Opublikowano: 12.07.2010 23:59