WoW: Narodziny Hordy - Christie Golden - Recenzja premierowa

Jeśli zdarza się wam częściej zaglądać na nasz portal, być może zorientowaliście się, że wszystko co związane z WarCraftem ma u mnie łatwiej. Symbol obok pseudonimu nie wziął się przecież znikąd, prawda? Piszę o tym, bo chciałbym was lojalnie ostrzec, że recenzowałem tę książkę przede wszystkim sercem. Rozum widzi jej wady, ale za nic nie chce przyjąć ich do wiadomości.

Akcja powieści rozpoczyna się w czasach, gdy Draenor był jeszcze nieskalaną, tętniącą życiem krainą, a nie wypaloną pustynią, w jaką zmienił się za sprawą knowań Gul'dana i jego kliki. Durotan, przyszły ojciec Thralla, jest jeszcze małym dzieckiem, niezdolnym do noszenia broni i trzymanym z dala od spraw dorosłych. Czytelnik może obserwować proces jego dojrzewania, początek przyjaźni z Orgrimem, związku z Draką i wreszcie przejęcie władzy nad klanem. Orkowie podążają za dawnymi tradycjami, żyją w zgodzie z naturą i odbierają jej tylko tyle, ile to niezbędne, by przeżyć. Harmonii nie zakłóca nawet obecność dziwacznych, niebieskoskórych bestii, zwanych draenei. Ich plemiona trzymają się na uboczu, jedynie okazjonalnie otwierając się na handel, ale nie okazują również wrogości. Idylla nie trwa jednak wiecznie. Okazuje się, że mroczna przeszłość draenei właśnie zaczyna ich doganiać i niebawem stanie się początkiem ciągu katastrofalnych wydarzeń, które położą kres Draenorowi.

Jeśli brzmi to dla was znajomo, to słusznie, bo podobną tematykę poruszał niedawno film i dwie towarzyszące mu książki. Ich treść uznaje się jednak za niekanoniczną, bo było w nich tyle nieścisłości i nieporuszonych wątków, że trudno traktować je poważnie. Rozumiem, dlaczego pominięto część istotnych wydarzeń, wszak dzieła miały trafić również do osób nieśledzących uniwersum nazbyt pilnie, ale przekłamania w rodzaju losów Blackhanda potrafiły porządnie zirytować. Durotana przynajmniej dobrze się czytało, ale o WarCrafcie wolałbym jednak zapomnieć.

Narodziny Hordy to zupełnie inna para kaloszy. Choć fani powinni kojarzyć kluczowe wątki, to zapewne nigdy nie mieli jeszcze okazji zapoznać się z nimi tak bezpośrednio. Czytając tę książkę dowiedzą się, skąd wzięli się draenei, dlaczego są tak łudząco podobni do Archimonde'a i Kil'jaedena, poznają przeszłość przywódcy niebieskoskórych, Proroka Velena, i nauczą się sporo o Ner’zhulu, dawnym mistrzu Gul'dana. Jest tego sporo i choć – [minispoiler]: całość ponownie kończy się otwarciem Mrocznego Portalu [/koniec] – nie ma mowy o powtórce z niedawnych publikacji, bo jako się rzekło: tym razem przedstawiono to tak jak powinno być.

Trzeba sobie jednak jasno powiedzieć, że pod względem czysto literackim to bardzo przeciętna książka: intryga jest mało skomplikowana i nazbyt czarno-biała moralnie, postaci rzadko okazują się inne, niż wydają się na pierwszy rzut oka i tak dalej. Rzecz w tym, że dzięki temu całość nabiera ciepłego, niemal baśniowego wyrazu (nie w sensie disneyowskim oczywiście - jucha potrafi bryzgnąć aż miło). Momentami odzyskiwałem to wspaniałe uczucie, jakiego doznawałem, gdy jako dzieciak czytałem powieści ze świata Zapomnianych Krain. Dorosły umysł krzyczał: „stary, to dziecinada!”, ale serce fana kazało mu się zamknąć. Zrobiło to na tyle skutecznie, że z lekturą uporałem się w czasie dwóch posiedzeń.

To właśnie jest ta dobra, nieskrępowana ciasnym gorsetem Christie Golden. Wyznacz jej ogólne ramy, ale daj sporo wolności, a dostaniesz porządną powieść przygodową w rodzaju Władcy Klanów. Skuj jej ręce dokładnym, głupkowatym scenariuszem filmowym, a skończysz z kolejnym Assassin's Creedem. Narodziny Hordy to solidna propozycja dla tych, którzy wiedzą czym różni się Durotan od Durotaru, a „Lok’tar ogar!” nie jest dla nich tylko zlepkiem przypadkowych liter.


Profil redaktora Murky


Opublikowano: 15.02.2017 19:04