Ja, Inkwizytor. Dotyk zła - Jacek Piekara - Recenzja

Cykl książek Jacka Piekary, których bohaterem jest inkwizytor Mordimer Madderdin, narobił na polskim rynku fantastycznym sporego zamieszania. Mowa oczywiście o pierwszych czterech publikacjach, rozpoczynanych przez „Sługę Bożego”. Autor serii był znany również wcześniej, jednak mam wrażenie, że to właśnie postać przedstawiciela Świętego Officjum przyniosła mu wyjątkową sławę – wśród osób, które od niedawna mają do czynienia z typem uprawianej przez niego prozy, większość zna tylko „inkwizytorskie” dzieła. Na fali sukcesu zaczęły powstawać kolejne części, opowiadające o przygodach Mordimera – słyszałam nawet złośliwe komentarze, że pomysł jest „wałkowany” i na siłę przeciągany niczym brazylijski serial. Takie nastawienie było widoczne szczególnie, kiedy do publicznej informacji dostały się wiadomości o powstaniu opowiadań dotyczących wydarzeń poprzedzających te znane z „Sługi bożego”, „Młota na czarownice”, „Miecza Aniołów” i "Łowców dusz". Szczerze przyznam, że dziwi mnie nieco takie nastawienie odbiorców, tym bardziej, że według mnie opowieści z młodości Madderdin są o wiele ciekawsze, lepsze i bardziej kunsztowne, niż choćby „Sługa…”. Nie mamy w tych książkach do czynienia z żadnym zbędnym udziwnianiem, sileniem się na niepotrzebną oryginalność, Piekara nie próbuje za wszelką cenę nadać swoim tekstom pseudo mistyczności i nie bawi się w zbędną politykę, za co mu chwała i sława na wieki.

„Ja, Inkwizytor. Dotyk zła.”, jest czymś na kształt kontynuacji „Ja, Inkwizytor. Wieże do nieba.” „Kontynuacja” to jednak nie do końca trafne określenie, gdyż każda ze wspomnianych książek jest zamkniętą całością – zbiorem dwóch opowiadań, mających, powiedzmy, ten sam motyw przewodni i traktujących niezmiennie o przygodach nieśmiertelnego bohatera serii, Mordimera Madderdina. Jak już wcześniej wspomniałam, Piekara, na szczęście dla odbioru całości, nie sili się na wprowadzanie pseudonowatorstwa, nie udziwnia, nie filozofuje (na poważnie) i nie przekazuje nieśmiertelnych i jedynych prawdziwych życiowych rad. Stworzył kolejne kilkaset stron świetnie napisanej, przemyślanej prozy, będącej rozrywką na najwyższym poziomie.

Ostatnio usłyszałam od znajomej, że książki Piekary nie są literaturą ambitną. Przyznam, że nie mogę zrozumieć, w jaki sposób owa koleżanka do takiego wniosku doszła. Czy miarą wartości dzieła staje się to, jak bardzo jest niezrozumiałe dla zwykłego czytelnika? Czy tekstem inteligentnym i godnym uwagi jest każdy napisany przez Dukaja, przy którym przeciętny odbiorca musi nader często zaglądać do słownika wyrazów obcych, żeby pojąć choć połowę z tego, co autor miał do przekazania? Otóż z całym szacunkiem dla prozy wyżej wymienionego muszę powiedzieć, że również pozycje spod pióra Piekary ambitnymi są, a jakże. Każdy, kto ma choć mgliste pojęcie o literaturze zauważy, że sposób, w jaki pisze autor przygód Inkwizytora, to, jak łączy słowa i prowadzi intrygę, z jaką ironią potrafi snuć opowieść, jest jasnym dowodem na to, jak zdolnym jest pisarzem. Sztuką jest to, by ze zwykłej, kryminalnej historii, stworzyć książkę przyciągającą tłumy, która bawi i zaskakuje, a nie spisywanie narkotycznych tripów, których połowa odbiorców nie jest w stanie zrozumieć.

U Piekary zrozumienia nie potrzeba zbyt wiele, przyda się za to trochę dystansu i garść poczucia humoru, które pozwolą świetnie się bawić przy okazji rozwiązywania zagadek, nad którymi głowi się mości Inkwizytor. W tytułowym opowiadaniu owa kryminalna zawiłość dotyczy morderstwa popełnionego w szanowanym i uważanym za nader zgodne małżeństwie. Wydaje się, że motyw stary jak świat i ograny na wszelkie sposoby, a jednak autor pokazał, co potrafi, i poprowadził wszystko tak, że naprawdę długo nie domyślałam się, jakie będzie ostateczne fabularne rozwiązanie. Bardzo sprawnie tocząca się akcja, żadnych stylistycznych zgrzytów, których kilka spotkałam choćby w „Necrosis”, humor i cudowny sarkazm Inkwizytora sprawiają, że czyta się z naprawdę niekłamaną przyjemnością, szybko i lekko – co wcale nie świadczy o miernej wartości literackiej tej pozycji. Wręcz przeciwnie! W dalszej części tomu znajdziemy jeszcze znacznie krótsze i troszeczkę słabsze „Mleko i miód”, wciąż jednak trzymające poziom, mimo kilku niejasnych momentów. Świętemu Officjum wybaczam wszystkie grzechy!

A owych grzechów jak na lekarstwo w tej publikacji, jeśli w ogóle ktoś uparty zdołałby jakieś znaleźć. Językowo i stylistycznie wszystko ślizga się jak po szkle, żadnych zbędnych słów, usilnego przeciągania zdań, fatalnych żartów i sztampowych postaci. Całość jest na dokładnie takim poziomie, do jakiego przez lata przyzwyczaił mnie Piekara. Jest to naturalnie poziom bardzo wysoki, który nie uległ obniżeniu mimo pewnych różnic gatunkowych, jakie można dostrzec, przyglądając się twórczości tego autora jako całości. Każdy, kto zna choćby jego „XVII-wieczną” twórczość i np. „Necrosis”, albo „Świat jest pełen chętnych suk”, bez problemu dostrzeże, że wbrew temu, co mówią złośliwi, autor wcale nie zamyka się w jednym literackim kręgu.

Trudno natomiast napisać coś nowego o głównym bohaterze, niezłomnie służący Świętemu Officjum młody Madderdin jest jak zawsze urzekający, rozbrajający swoją powagą i lotnością. W „Dotyku zła” jest już pełnoprawnym, dojrzałym Inkwizytorem, nie takim, jakiego poznaliśmy w „Wieżach do nieba”, szczególnie w pierwszym tekście. Mnie ciągle sprawia przyjemność poznawanie tej postaci, mimo że wraz z kolejnymi tomami pozostają już tylko życiorysowe smaczki, które uważny czytelnik może wychwycić z tekstu. Z całą pewnością jednak warto to robić.

Jacek Piekara jest twórcą sprawnym, świadomym i pewnym swoich umiejętności. Nie udowadnia niczego wyssanymi z palca mądrościami, ponieważ nie musi tego robić – każda jego książka broni się sama, sposób w jaki pisze od razu zdradza, że nie jest pierwszym lepszym, który „produkuje” opowiadania tylko po to, żeby nie zniknąć ze sceny. Nie doszukałam się w żadnej jego książce właściwego niektórym utytułowanym autorom nadęcia, które zazwyczaj działa na niekorzystny odbiór całości. Jego Inkwizytor jest całkowicie z krwi i kości, jak zwykle, w każdej kolejnej odsłonie prawdziwy i intrygujący. To jest wielką sztuką, by sprawić, żeby ktoś po długiej znajomości, za każdym spotkaniem po raz kolejny zakochiwał się, z takim samym zachwytem, jak przy pierwszym wejrzeniu.


Profil redaktora Rude


Opublikowano: 26.10.2010 23:59