Czerwone Żniwa. Tom 1 - Paweł Majka, Radosław Rusak - Recenzja

Nie ukrywam, że na widok słów „trzecia wojna światowa” z reguły tracę zainteresowanie, bo przed oczami staje mi niemożliwie wyświechtany motyw konfliktu nuklearnego i smutnych panów, ganiających się w maskach przeciwgazowych po szaroburych ruinach. W tym przypadku obawy były tym większe, że Paweł Majka ma już na koncie powieści post-apokaliptyczne (przyzwoite, jeśli mnie pamięć nie myli). Na szczęście Czerwone żniwa poszły zupełnie inną drogą i chwała im za to. Zanim przejdę do rzeczy, wspomnę, że nad książką pracował nie tylko Majka, ale także jego szkolny przyjaciel, Radosław Rusak. Panowie postanowili nawiązać dłuższą współpracę, a niniejsza powieść jest jej początkiem.

Akcja pierwszego tomu Czerwonych żniw, czyli Uderzenia wyprzedzającego, opowiada oczywiście o wydarzeniach fikcyjnych, ale nie wybiega w świat fantazji tak daleko, jak można by się spodziewać (no, może z wyjątkiem końcówki). Każdy zdaje sobie chyba sprawę, że w trakcie tzw. kryzysu kubańskiego świat naprawdę stał na krawędzi katastrofy. Majka i Rusak postanowili odpowiedzieć na pytanie, co by było, gdybyśmy mieli nieco mniej szczęścia i komuś – niekoniecznie ważniakowi trzymającemu palec na czerwonym guziku – puściłyby jednak nerwy i uruchomiłby niemożliwą do powstrzymania lawinę katastrof.

W powieści pojawiają się postaci historyczne, ale ich działania stanowią jedynie tło dla bohaterów zrodzonych w wyobraźni autorów. Wielu z nich funkcjonuje jednak w ramach rzeczywistych grup bądź organizacji. Przykładem może być Marek, należący do 1 Batalionu Szturmowego, czyli elitarnej jednostki armii PRL*. Zarówno on, jak i jego kumple (całkiem sympatyczni swoją drogą), nie są niepokonanymi twardzielami, jakich pełno w literaturze fantastycznej. Owszem, dokonują widowiskowych czynów, ale nie odniosłem wrażenia, że wzorem pewnych pancerniaków mogliby samodzielnie rozłożyć całą wrogą armię. Dobrze sobie radzą, ale odpowiadają tylko za pojedynczy, nieprzesadnie ważny z globalnego punktu widzenia fragment układanki. Bardzo mnie to cieszy, bo wprowadza nieco świeżości.

Kupuj bez DRM na GOG.com!

Jeśli dokonasz zakupu z powyższego linku, możemy otrzymać niewielką prowizję.

Autorzy całkiem nieźle ukazali też informacyjny chaos, jaki towarzyszyłby zapewne obu stronom w tak dramatycznej sytuacji. Trzeba pamiętać, że nawet w przypadku wojska ówczesna technologia nie pozwalała na tak błyskawiczną komunikację jak dziś, a do tego trzeba dodać naturalną skłonność mundurowych do chomikowania tajemnic. Bohaterowie nie do końca rozumieją, po co w zasadzie wykonują konkretny rozkaz, a przez długi czas nie są nawet do końca pewni, czy wojna faktycznie się zaczęła. W rezultacie dochodzi do wielu nieporozumień, które jeszcze bardziej komplikują i tak złożoną sytuację.

Jak już wspominałem, Uderzenie wyprzedzające nie jest powieścią o wojnie atomowej. Nawet zwykłego strzelania nie ma tu wcale tak dużo. Główną atrakcją jest gra wywiadów i intryga zbudowana wokół cennych obiektów kultu narodowego i religijnego, kradzionych przez członków NATO z terenu państw należących do Układu Warszawskiego. Po co komu cudze zabytki i co mają wspólnego z trzecią wojną światową? To już musicie odkryć sami.

Pod względem językowym książka prezentuje zadowalający poziom, a dialogom nie brak humoru i lekkości. Sprawiają wrażenie naturalnych i dobrze oddają stany psychiczne, w jakich w określonych okolicznościach powinny znajdować się dane osoby. Nikt nie wygłasza tu przydługich monologów, będąc pod ostrzałem, podwładni nie pouczają dowódców (a jeśli im się to zdarza, zostają solidnie obsobaczeni) i tak dalej. Niby nic wielkiego, ale zbyt wielu pisarzy o tym nie pamięta.

Niestety nie wszystko poszło idealnie. Najbardziej po oczach wali sakramencko koślawy początek piątego rozdziału. Pozwolę sobie zacytować: „Upchnęli ich w samolocie An-12, zdziwionych nie tyle wybuchem wojny i tym, że miała się ona rozpocząć od ich akcji, ile faktem, że kazano się zbierać do akcji właśnie im. To by znaczyło, że naprawdę coś zaczęło się dziać i nawet żołnierze, którzy ledwie co wrócili z wyczerpujących ćwiczeń, musieli się zbierać do akcji”. Nie dość, że słowo „akcja” pada stosunkowo zbyt wiele razy, jak na tak krótki fragment (w dodatku w miejscach, gdzie z łatwością można by zastosować zamienniki), to jeszcze za cholerę nie wiem, o co tu właściwie chodzi. Dobra wieść jest taka, że to jedyny tego typu potworek.

Ogólnie rzecz biorąc, pierwszy tom Czerwonych żniw to całkiem niezła lektura, a jej największą zaletą jest to, że opowiada o trzeciej wojnie światowej w sposób zupełnie inny, niż zwykło się to czynić w ostatnich latach. Próżno tu szukać deszczu rakiet balistycznych czy starć na wielką skalę – jest subtelniej, bardziej tajemniczo, a przez to ciekawiej. Mam nadzieję, że kolejne części zachowają podobny kierunek.

*W rzeczywistości działała do 1993 roku, a potem została przeformowana.


Cursian
Zobacz komentarze ()

Komentarze

Ostrzeżenie

Komentowanie jest zarezerwowane dla zarejestrowanych użytkowników. Zaloguj się poniżej lub zarejestruj - za darmo i w mniej niż 2 minuty!

Zaloguj się
Nie zalecane na współdzielonych komputerach
Szybsze logowanie
Dołącz do nas na Facebooku! Dołącz do nas na Facebooku!
Dołącz do nas na Twitterze! Dołącz do nas na Twitterze!
Dołącz do nas na Twitterze! Zasubskrybuj informacje z Enklawa Network w Google News!