World of Warcraft: Malfurion - Richard A. Knaak - Recenzja

Insignis nie przestaje dostarczać nam kolejnych książek z uniwersum Warcrafta i w sumie chwała mu za to, bo polscy fani Thralla i spółki mogą wreszcie nadrobić zaległości i powoli dościgają kolegów z innych zakątków świata. Najnowszą propozycją jest wydany pierwotnie w 2010 roku Malfurion. Na zachód powieść trafiła pod tytułem Stormrage, ale Insignis postanowiło uniknąć epatowania niesławnym Burzogniewnym już z poziomu okładki, co nie znaczy oczywiście, że podobne kwiatki nie pojawiają się później. Na tym etapie problem tłumaczenia jest już jednak doskonale znany i obiecałem sobie (i wam), że nie będę więcej do niego wracał, zwłaszcza że nie to jest w tym wszystkim najgorsze.

Zanim przejdę do konkretów, czas na tradycyjny rys fabularny. Akcja Malfuriona rozgrywa się pomiędzy dodatkami Wrath of the Lich King oraz Cataclysm i opowiada o momencie, kiedy tytułowy arcydruid był pogrążony głęboko w Szmaragdowym Śnie. Jak zapewne doskonale wiecie, jest to coś w rodzaju transu, w trakcie którego dusza druida opuszcza ciało i podróżuje po wyidealizowanym, duchowym świecie, będącym odbiciem tego, czym stałoby się Azeroth, gdyby nie rozwój cywilizacji śmiertelników. W kontrolowanych dawkach śnienie ma zbawienny wpływ i pozwala łatwiej wpływać na realną przyrodę. Rzecz w tym, że z jakiegoś powodu Malfurion został w nim uwięziony, a jego pielęgnowane przez Tyrande ciało zaczyna umierać. Co gorsza mieszczący stolicę  nocnych elfów Teldrassil (następca osłabionego w wyniku wojny z Płonącym Legionem Nordrassila) stopniowo ulega spaczeniu. Nikt nie wie, co konkretnie jest przyczyną ostatnich nieszczęść, ale w sprawę wydaje się być zamieszany pewien stary znajomy…

Nie jest dobrze. Uwielbiam Warcrafta i jestem w stanie łyknąć niemal wszystko, na czym wybito jego logo, ale w tym przypadku wysiadam nawet ja. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że książki oparte na tym uniwersum nigdy nie należały do literatury wysokich lotów (dobrze, jeśli były choć przyzwoite), ale lektura Malfuriona przyprawiała mnie momentami o ból zębów. Narracja jest chaotyczna, trudna do zrozumienia i niepotrzebnie zagmatwana. Autor nieustannie komplikuje życie sobie i nam, tworząc choćby takie potworki:

„Lucian przeszedł obok kamiennego znaku, zapisanego pismem, którego nie mógłby rozszyfrować, choćby nawet udało mu się je zauważyć. Jednak tekst byłby całkiem zrozumiały dla nocnego elfa, który po jego przeczytaniu wiedziałby dokładnie, gdzie dotrze.”

Przecież nawet dla mnie, kompletnego amatora, jest oczywiste, że naturalniejszą formą drugiego zdania byłoby: „Tekst byłby jednak całkiem zrozumiały dla nocnego elfa, który dzięki niemu wiedziałby dokładnie, gdzie dotrze.” Po co ten dziwny szyk zdania? Po diabła wtrącać tam „po przeczytaniu?” Czy to nie oczywiste w przypadku tekstu? Dodam, że nie jest to najbardziej jaskrawy przykład, ale całkiem nieźle ilustruje istotę problemu i łatwo go przytoczyć. To jednak jeszcze nic w zestawieniu z arcydrewnianymi dialogami, w których rozmówcy z podziwu godną konsekwencją tłumaczą sobie oczywiste dla nich wydarzenia. Rozumiem, że autor musiał jakoś przemycić informacje mniej zaznajomionemu z Warcraftem czytelnikowi, ale nie na zasadzie: „Pamiętam cię z Wojny Starożytnych oraz z błogosławieństwa Nordrassila, które miało miejsce niewiele później”. Osoba, do której skierowane były te słowa (albo podobne - to luźny cytat) nie ma przecież sklerozy i doskonale pamięta, że uczestniczyła w tak ważnych wydarzeniach, a i jej rozmówcę trudno byłoby zapomnieć. Słowo daję: momentami miałem wrażenie, że wziąłem do ręki wprawkę średnio uzdolnionego studenta, a nie pełnoprawne dzieło weterana (co nie znaczy artysty) pokroju Richarda A. Knaaka. Wypada też wspomnieć, że wspomniana „koślawość” nie wynika w żadnym razie z winy tłumacza, bo podobne wrażenie odniosłem niegdyś, czytając anglojęzyczny oryginał. Wtedy miałem jeszcze nadzieję, że to mimo wszystko kwestia bariery językowej, ale teraz mam już pewność – to po prostu źle napisana książka.

No dobra, a co jeśli odłożyć na bok wątpliwe rozkosze literackie i skupić się na czynniku kluczowym dla tego typu publikacji, czyli świeżej dostawie wiedzy o świecie gry? Wciąż nie ma szału, ale mogło być gorzej. Wbrew pozorom nie dowiecie się zbyt wiele o przeszłości samego Malfuriona, ale już o życiu druidów i tajnikach Szmaragdowego Snu i owszem. Przez powieść przewija się też kilka ciekawych postaci drugorzędnych, ale wymienienie ich imion popsułoby niespodziankę, więc zachowam dyplomatyczne milczenie. Jeśli gracie druidami (albo się nimi interesujecie), to warto.

Malfurion jest moim zdaniem zdecydowanie najgorszą Warcraftową książką (a czytałem wszystkie) i jego zakup polecam tylko tym, którzy chcą mieć na półce całą kolekcję. Dobra wieść jest taka, że od tej pory może być już tylko lepiej. Dawn of the Aspects też co prawda nie powala, ale mimo wszystko wypada przyzwoiciej.


Profil redaktora Murky


Opublikowano: 04.03.2020 21:14