Mag bitewny. Tom 1 - Peter A. Flannery - Recenzja

Nie można powiedzieć, by na polskim rynku brakowało epickiego fantasy. Być może to właśnie dlatego wydawnictwo Fabryka Słów przez długi czas omijało ten nurt, skupiając się na innych podgatunkach fantastyki. Coś jednak sprawiło, że w tym roku znany wydawca postanowił przełamać schemat i wypuścić pod swoim szyldem Maga bitewnego Petera A. Flannery'ego, czyli powieść na wskroś epicką. Z magami, rycerzami, smokami i wielkimi bitwami. Dlaczego? Czym ponad 600-stronnicowe dzieło Brytyjczyka uwiodło szefów Fabryki? Aż szkoda byłoby nie sprawdzić!

Historia zabiera czytelnika do autorskiego świata Siedmiu Królestw Furii. Dość szybko okazuje się, że jest to uniwersum pozbawione krasnoludów czy elfów, a linia podziału - tak politycznego, jak i kulturowego - przebiega pomiędzy poszczególnymi królestwami ludzi. Te dzieli bardzo wiele, a jednoczyć potrafią się tylko w obliczu jednego zagrożenia: Opętanych. Nieumarłych, demonów i innych istot z piekła rodem. Ludzkość byłaby stracona, gdyby nie miała magów bitewnych - specjalnie wyszkolonych czarodziejów, dodatkowo dosiadających smoków, którzy potrafią przechylić szalę zwycięstwa w bitwach z piekielnikami. Nietrudno zgadnąć, że kolejna inwazja tych potworów właśnie nadchodzi, a między królestwami bynajmniej nie ma zgody co do tego, jak radzić sobie z kryzysem...

Pod względem światotwórstwa Mag bitewny wygląda blado. Wprawdzie do książki dołączono całkiem ładną mapę Królestw Furii, jednak z biegiem historii okazuje się, że poszczególne krainy są dość sztampową kalką średniowiecznych państw zachodniej Europy z lekką domieszką mistycyzmu. Ot, kolejne uniwersum fantasy. Ciekawym wyróżnikiem jest podział na magów i magów bitewnych. Jedni z drugimi potrafią współpracować, gdy zachodzi taka konieczność, lecz rywalizują ze sobą o wpływy na dworach, co prowadzi do ciekawych rozwiązań fabularnych. Interesująco przedstawia się również więź, jaka łączy magów bitewnych z ich smokami. Wprawdzie owa kwestia została potraktowana dość powierzchownie, lecz można mieć nadzieję, że zostanie rozwnięta w kolejnym tomie cyklu.

Bohaterowie powieści prezentują się na tym tle dość miałko. Nietrudno zauważyć, że linia podziału pomiędzy "tymi dobrymi" a "tymi złymi" jest dość gruba i wyrazista, ale czego innego spodziewać się po epickim fantasy? Nietrudno też zgadnąć, jaki los czeka głównych bohaterów. Wprawdzie Flannery nie raczy czytelnika bajdurzeniem o przeznaczeniu, lecz i bez tego od samego początku nietudno zgadnąć, że Falko Dante, syn maga bitewnego i zdrajcy królestwa, może podążyć tylko jedną drogą. Podobnie zresztą jego przyjaciele: Malaki de Vane, syn kowala i znakomity szermiesz, a także Bryna Godwin, szlachcianka, a przy tym znakomita łuczniczka. Pierwszy tom Maga bitewnego to w zasadzie opowieść o dojrzewaniu do tego, co każdemu z nich jest pisane; to czas na nabywanie umiejętności, które w przyszłości mogą zadecydować o losie nadchodzacej wojny z Opętanymi. Każdy z bohaterów przechodzi przez to wszystko na swój sposób i mierzy się z różnymi wyzwaniami, lecz trudno oprzeć się wrażeniu, że cała trójka jest z góry skazana na sukces.

Znacznie bardziej naturalni wydają się bohaterowie drugoplanowi. Sir William Chevalier, emisariusz królowej Furii, to materiał na typowego "rycerza bez skazy", choć zdaje się skrywać pewne tajemnice. Bardzo ciekawą postacią jest Aurelian Cruz - były mag bitewny i przyszły nauczyciel Falka. Wreszcie cały konwent magów i Meredith Saker, człowiek-zagadka, który musi stanąć przed poważnym testem lojalności, mogącym mieć ogromny wpływ na Falka i przez to całe królestwo. Każdy z nich dowodzi, że Flannery potrafi tworzyć wyraziste postaci, choć z jakiegoś powodu - być może strachu? - w przypadku głównych bohaterów postanowił iść dość bezpieczną, lecz niezbyt ciekawą drogą.

Pewien powiew świeżości czuć w samej fabule. Dzieje się sporo, jest wielka bitwa, smoki i cały ten sztafarz, którego należałoby się spodziewać po epickiej fantasy. Najlepiej Flannery'emu wychodzą jednak spiski. Mimo poważnego zagrożenia zewnętrznego, Królestwa Furii niezmiennie zdaja się kierować zasadą "bliższa koszula ciału". Konflikt tradycyjnych magów z magami bitewnymi, w którego tle znajduje się postać Falka, syna zdrajcy, dodaje wszystkiemu odpowiedniej pikanterii. Innym dominującym wątkiem jest szkolenie głównych bohaterów w królewskiej akademii, lecz nie sposób zaliczyć tego do atutów powieści. Flannery chciał zapewne ukazać w ten sposób przemianę postaci, które dojrzewają i stają pełnoprawnymi żołnierzami królestwa. Sęk w tym, że ów trening - jak to trening - trwa długo i jest niezbyt zbyt atrakcyjny dla czytelnika, relacje między kadetami są dość dziecinne, a ich dialogi zanadto ugrzecznione, a przez to nijakie.

Skoro już o języku mowa, to warto też wspomnieć, że Flannery ma manierę używania wielu dość współczesnych określeń. Mimo że świat przedstawiony w książce to typowe uniwersum pseudośredniowieczne, zamiast "uczniów" czy "czeladników" występują tutaj "kadeci", którzy ćwiczą na... "poligonach". W zasadzie można zastanowić się, czy nie jest to błąd w tłumaczeniu, choć częstotliwość występowania takich określeń wskazywałaby raczej na to, że Brytyjczyk ma po prostu taki styl. Oryginalnie, jednak niesamowicie psuje immersję.

Mag bitewny nie należy do najbardziej pasjonujących lektur. Pozostawia jednak czytelnika w odczuciu, że to wszystko, z czym musiał mierzyć się przez ponad 600 stron, to zaledwie preludium do wielkiej wojny z Opętanymi. Flannery zdaje się obiecywać, że po męczarniach w akademii, Falko, Malaki i przyjaciele wypłyną w końcu na szerokie wody i pokażą na co ich stać, a sieć spisków rozwinie się jeszcze bardziej. To sprawia, że jestem skłonny sięgnąć po drugi tom cyklu, który powinien ukazać się w polskich księgarniach jeszcze w tym roku, i dać autorowi kolejną szansę. Kolejną, ale i ostatnią.


Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 10.03.2020 13:28