Piter. Bitwa bliźniaków - Szymun Wroczek - Recenzja

Uniwersum Metro jest obecne na polskim rynku wydawniczym na tyle długo, że w mojej prywatnej biblioteczce wchodzące w jego skład książki ledwie mieszczą się na dwóch rozległych półkach. Większość z nich to pozycje przyzwoite, ale zdarzają się też niewarte zmarnowanego na nie papieru potworki w stylu Mrówańczy. Szczęśliwie równoważą je perełki, do których zaliczyłbym serię Piter Szymuna Wroczka, a zwłaszcza opublikowaną dwa lata temu Wojnę.

Powieści Rosjanina wyróżniają się na tle konkurencji zwłaszcza za sprawą Ubera, czyli – nie wierzę, że to piszę – najsympatyczniejszego skinheada w dziejach literatury. Facet ma w sobie niewiele ze stereotypowego łysego troglodyty, który najpierw wali w pysk, a potem poprawia z drugiej strony, bo myśleć przecież nie wypada. Jest zaskakująco złożoną postacią – z jednej strony deklaruje przywiązanie do określonych wartości i chyba faktycznie w nie wierzy, z drugiej traktuje je (i samego siebie) z olbrzymią dozą dystansu i autoironii. Choć w boju radzi sobie bardzo dobrze, nie sposób nazwać go kretynem, bo świetnie rozumie otaczający go świat i raz po raz wyskakuje z cytatami z piosenek i książek czy innych dzieł kultury. Jeśli grywacie na komputerach, możecie mieć skojarzenia z Tychusem ze StarCrafta. Tylko Odyna brakuje. Ten oto nietypowy jegomość odgrywa główną rolę w najnowszej powieści z cyklu, Bitwie bliźniaków.  

Niestety są i złe wieści. Po napisaniu dwóch poprzednich książek Wroczek postanowił spróbować nieco innego podejścia i w efekcie zamiast urozmaicenia dostaliśmy katastrofę godną wojny nuklearnej. Nie mam bladego pojęcia, dlaczego autor doszedł do wniosku, że ciągła zmiana sposobu narracji to dobry pomysł. Raz proponuje nam pierwszą osobę i czas teraźniejszy, za chwilę przechodzi do tradycyjnej formy trzecioosobowej, by po chwili znów wrócić do pierwszej, tyle że w czasie przeszłym. W zestawieniu ze zbędną zabawą perspektywą (raz jest to sam Uber, raz postać drugoplanowa, a niekiedy nawet popromienny mutant), rodzi to niesamowity chaos, który utrudnia śledzenie akcji i zaciemnia przekaz. Ponadto Wroczek niepotrzebnie skręca w źle rozumianą poetykę. To dziwne, że tak doświadczony pisarz, który wcześniej nie zdradzał podobnych ciągot, nagle zapomniał, że epitetów i opisów otoczenia należy używać z umiarem – słowo daję, czasem miałem wrażenie, że czytam post-apokaliptyczną wersję Nad Niemnem. Czarę goryczy przelewa tsunami równoważników zdania. Rozumiem, że mają one swoją użyteczność i niekiedy są niezbędne, by podkreślić dynamikę sytuacji czy podkręcić dramatyzm, ale tutaj wygląda to trochę tak, jakby autorowi zacinała się klawiatura. Irytacja. Zażenowanie. Wykrzywione z niesmakiem usta. Pół strony podobnych kwiatków. Tragedia.

Nastraszyłem? Cytując Ubera: „wybacz, brachu”. Wszystko, co napisałem powyżej to szczera prawda, ale na szczęście dotyczy tylko kilkudziesięciu pierwszych stron. Poświęciłem im tyle miejsca, bo wywarły na mnie doprawdy fatalne wrażenie i miałem ochotę cisnąć książkę na półkę i nigdy do niej nie wracać. Gdyby nie to, że miałem napisać tę recenzję, pewnie bym tak zrobił i byłby to ogromny błąd, bo potem Wroczek przestaje dziwaczeć, wraca do tego, co wychodzi mu najlepiej i forma przestaje wreszcie przerastać treść. Co więcej Uber wyraźnie jest w formie i ponownie czaruje swą niesamowitą osobowością, a nawet zdradza jej nieznane dotychczas elementy. To jeden z nielicznych w Uniwersum przypadków, kiedy bohater jest czymś zdecydowanie więcej niż śmiertelnie poważną maszyną do zabijania i sadzenia czerstwych powiedzonek. Jeśli chodzi o samą przygodę, jest dobrze, ale w żadnym razie nie wybitnie. Bohater trafia po prostu na kolejną stację z Paskudnym Sekretem, który chcąc nie chcąc musi rozwikłać. Ma to wszystko ręce i nogi, jest całkiem zajmujące i mogę się wyprzeć, że byłem ciekaw zakończenia, więc nie ma powodu do narzekania – zwracam tylko uwagę, że główną gwiazdą jest tu Uber i jego relacje z zamieszkującymi metro indywiduami. Czasem dość nieoczekiwanymi. No i dialogi! Te dialogi! Wypada też pewnie wspomnieć, że druga część powieści (znacznie krótsza, bo zaledwie kilkudziesięciostronicowa) mocno odbiega tematycznie od reszty i budzi skojarzenia z filmową Parszywą Dwunastką – zamierzone zresztą. Dość jasno komunikuje też, że to nie ostatni Piter, jakiego będzie nam dane czytać.

Wroczek napędził mi sporo strachu arcybeznadziejnym i przekombinowanym zawiązaniem akcji, ale na kolejnych stronach wrócił do tradycyjnej formy narracji i ponownie porwał postacią Ubera. Jego przygody nie zaskakują może niczym nowym, ale jaki to problem? Liczy się styl. Styl, dziecino! Tego akurat skinowi odmówić nie sposób. Powieści zresztą też.


Profil redaktora Murky


Opublikowano: 13.07.2020 17:14