Mag bitewny. Tom 2 - Peter A. Flannery - Recenzja

Pierwszy tom Maga bitewnego pozostawił wiele do życzenia. Mnóstwo utartych schematów, płytkość świata przedstawionego, infantylność relacji pomiędzy głównymi bohaterami... i jeszcze kilka innych rzeczy. Powieść Petera A. Flannery'ego miała jednak w sobie pewien czar, który sprawiał, że czytelnik mimo wszystko chciał poznać zakończenie tej opowieści. Na to trzeba było czekać aż do teraz - czyli wydania drugiego tomu.

Nowy rozdział historii rozpoczyna się spokojnie - niemal sielankowo. Kadeci Akademii wyruszają na kampanię treningową, by stać się pełnoprawnymi rycerzami i żołnierzami, podczas gdy Falko rozpoczyna ostatnie przygotowania do Rytuału Assay. Nietrudno zgadnąć, że sprawy szybko przybiorą paskudny obrót, a młodzi ludzie będą musieli udowodnić swoją wartość w boju. A to dopiero początek!

W drugim tomie Maga bitewnego Falko, Malaki, Bryna i przyjaciele ostatecznie dopełniają swej przemiany z niefrasobliwych dzieci w pełnoprawnych obrońców Królestw Furii. Prym wiedzie oczywiście ten pierwszy, którego szkolenie nabiera tempa i, jak nietrudno zgadnąć, w końcu zostaje bohaterem na miarę swoich czasów. Oczywiście po drodze musi zmierzyć się z kilkoma przeciwnościami losu, lecz radzi sobie z nimi śpiewająco, by nie powiedzieć - zbyt łatwo. Przyjaciele Falka zyskują sławę i chwałę na polach bitew. Owszem, nieco częściej okupują to krwią, potem i łzami, ale przez większość czasu trudno wyzbyć się wrażenia, że prędzej czy później dobro zwycięży.

Schematyczność Maga bitewnego nadal pozostaje jego największym mankamentem. Flannery starał się ratować sytuację w kilku momentach. Zasadzka w wąwozie wyszła całkiem nieźle. Finał? Zapowiadał się naprawdę ciekawie, lecz czar prysł, gdy sprzymierzone siły ludzi w decydującej chwili uzyskały wsparcie niemalże deus ex machina.

Mimo wszystko powieść Flannery'ego nadal posiada kilka mocnych punktów, które nie pozwalają jej przedwcześnie odłożyć na półkę. Wspomnieć warto przede wszystkim o bitwach. Wprawdzie autor znów nie wystrzegł się błędów, jednakże ruchy poszczególnych formacji, manewry taktyczne czy wreszcie bohaterskie czyny najmężniejszych spośród mężnych śledzi się z prawdziwym zainteresowaniem. Jeszcze bardziej pasjonujące są potyczki samych magów bitewnych z demonami Opętanych. W drugim tomie rumieńców nabrały również relacje pomiędzy poszczególnymi postaciami - i nie mam tu na myśli jedynie Malakiego i Bryny. Bezustannie najciekawszą postacią jawił się jednak prosty hultaj Paddy Fleck, o którym jako jednym z nielicznych można powiedzieć, że jest postacią naprawdę wielowymiarową.

Zgodnie z oczekiwaniami Flannery rozwinął również wątek spisku magów. W drugim tomie Maga bitewnego czytelnicy w końcu dowiadują się, czym tak naprawdę było Wielkie Opętanie i dlaczego czarne smoki nienawidzą rodzaju ludzkiego. W tym wypadku autorowi udała się naprawdę zgrabna, niespodziewana wolta. Odkrycie prawdy o tym bezprecedensowym wydarzeniu okazuje się kluczowe dla dalszych losów świata, w czym wydatny udział ma Meredith Saker - kolejna postać, której nie można odmówić głębii. Dużą rolę odgrywa również królowa Catherine, która musi stanąć ponad politycznymi spiskami i zdecydowanie wychodzi jej to na dobre.

W ostatecznym rozrachunku drugi tom Maga bitewnego jest znacznie lepszy od poprzedniego, lecz nadal jest jedynie solidnym produktem rzemieślniczym. To typowe heroic fantasy ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami. Wielkie bitwy, mężni wojownicy, piękne damy. Miłość, przyjaźń, braterswo i zdrada. To wszystko tutaj jest. Ale jest też dość banalne światotwórstwo, zbyt współczesny język, nader archetypiczni bohaterowie oraz przesadnie "epicki" wątek główny, który zmierza do wszystkim znanego finału z możliwie jak najbardziej szczęśliwym zakończeniem.

Jeśli ktoś zatem cierpi na brak lektur spod znaku magii i miecza, ten zapewne przymknie oko na niedociągnięcia Maga bitwenego. Wątpliwe jednak, by wrócił do tej książki kiedykolwiek później.


Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 30.05.2020 10:32