Upiór w ruderze - Andrzej Pilipiuk - Recenzja

Andrzej Pilipuk może pochwalić się niezwykle bogatym dorobkiem artystycznym. Jego twórczość bywa zabawna, bywa poważna, ale chyba nigdy nie była na wskroś straszna. Wspominam o tym, ponieważ najnowszy zbiór opowiadań autora, Upiór w ruderze, jest na swój sposób przerażający, choć daleko mu do tradycyjnego horroru.

Opowieść rozpoczyna się w czasach napoleońskich. Rozpoczyna od wybuchu - i to nie bylejakiego, bo armatniego. Wskutek swojej niefrasobliwości giną w nim dwie hrabianki Liszkowskie, Kornelia i Lukrecja, a także ich służąca Marcysia. Sąd Boży okazuje się rychliwy i sprawiedliwy - panienki muszą odpokutować swoje winy na ziemskim łez padole w niematerialnej formie, czyli po prostu jako duchy. W ten oto sposób stają się nieformalnymi strażniczkami liszkowskiego majątku, znacząco wpływając na losy jego kolejnych mieszkańców.

Wbrew tytułowi upiór jest zatem nie jeden, a trzy, a i pałac w Liszkowie trudno nazywać ruderą - choć część jego lokatorów usilnie do tego dąży. Losy wymyślonego majątku, który Pilipiuk umiejscowił gdzieś pod Lublinem (raczej trudno utożsamiać miejsce akcji książki z Liszkami pod Krakowem lub Liszkowem na Litwie), czytelnik śledzi na przestrzeni wielu dziejowych wydarzeń: niemieckiej okupacji, sowieckiego "wyzwolenia", PRL-owskiej kolektywizacji, Gierkowszczyzny, schyłkowego PRL-u, a nawet... niedalekiej przyszłości. Każdemu z wymienionych okresów poświęcone zostało jedno opowiadanie, których w sumie, licząc z prologiem i epilogiem, jest osiem. Choć każde z nich stanowi osobną opowieść, to razem tworzą dość spójną, chronologiczną całość. Każde opowiadanie to również nowe, barwne postaci: oficer SS, który woli współpracować z AK, niż ryzykować własne życie; AK-owcy, którzy na bazie wspomnianej współpracy trudnią się tropieniem sowieckiej partyzantki, choć tej jest jak na lekarstwo; NKWD-ziści, którzy w tropionych Sowietach odnajdują bohaterów dla mitu założycielskiego nowej ludowej ojczyzny; późniejszy historyk, który wypromował się na magisterium o dzielnych, radzieckich sołdatach i teraz ma szansę odkryć prawdę o ich dokonaniach; etc. Wymienieni wyżej są głównymi bohaterami poszczególnych opowiadań, a ich losy splatają się w liszkowskim pałacu, który od wieków jest nierozerwalnym spoiwem lokalnej mikrohistorii. W kluczowych momentach decydującą rolę odgrywają jednak upiorne panny, które nie przepadają za okupantami i radzą sobie z nimi na swój sposób. Inwencja hrabianek prowadzi do wielu zabawnych sytuacji, będących esencją Pilipiukowskiego, czarnego humoru.

W Upiorze... Pilipiuk po raz kolejny udowadnia, że świetnie potrafi opowiadać historię z epok minionych. Bez względu na to, czy dotyka epoki napoleońskiej, II Wojny Światowej czy dowolnego fragmentu Polski Ludowej, jego dzieła tchną autentycznością. Pisarz jak zwykle zadbał o detale, dlatego czytelnicy, którym nieobca jest historia, odnajdą wiele ciekawych smaczków. Nie do końca rozumiem natomiast obecność epilogu w akurat takim kształcie. Można postrzegać go jako swego rodzaju przestrogę dla współczesnych czyetelników, ale... Wprawdzoe warsztatowo nic nie można mu zarzucić, to jednak sprawia on wrażenie "ciała obcego" w dość dobrze funkcjonującym organiźmie.

To jednak nie to sprawia, że w pewnej warstwie Upiór w ruderze jest książką straszną, wręcz przerażającą. O co chodzi? Otóż najnowszy zbiór Pilipiuka uzmysławia, jak wiele dziedzictwa narodowego zostało bezpowrotnie utracone wskutek dzikiej kolektywizacji drugiej połowy lat 40. XX w. W pałacu liszkowskim jak w soczewce można przyglądać się wydarzeniom, które po II wojnie światowej miały miejsce w wielu ziemskich majątkach: przeznaczanie zabytkowych budynków na pomieszczenia gospodarcza, niszczenie "burżuazyjnej" sztukaterii, bezmyślne niszczenie antyków oraz książek, które przedstawicielom homo sovieticus miały się już do niczego nie przydać. Straszne to i smutne.

Pilipiuk w swoim najnowszym zbiorze skłania też do refleksji natury historiozoficznej. Śledząc historię radzieckiej partyzantki na ziemiach hrabiów liszkowskich, można odnieść wrażenie, że prawda obiektywna nie istnieje. Fakty historyczne, choć pozornie wydają się niepodważalne, stają się przedmiotem interpretacji, a kierunek tejże wyznacza osobisty interes ich interpretatorów, interes klasowy, czy nawet "narodowy". Fakty przeczą teorii? Tym gorzej dla faktów. I choć wydawałoby się, że takie instrumentalne traktowanie źródeł historystycznych zakończy się wraz z PRL-em, to opowiadanie Koncert przeczy temu z całą stanowczością. Okazuje się bowiem, że nawet transformacja ustrojowa nie jest w stanie wyzwolić prawdy obiektywnej z okowów polityki historycznej. Strach pomyśleć, ile podobnych "legend" wytworzyło się naprawdę.

W twórczości Pilipiukowskiej Upiora w ruderze postawiłbym gdzieś pomiędzy przygodami Jakuba Wędrowycza a serią o Wampirze. Jest i śmieszno i straszno, a do tego trochę refleksyjnie. Barwne postaci i pełne specyficznego humoru dialogi sprawią, że każdy miłośnik twórczości Wielkiego Grafomana poczuje się w Liszkowie jak we własnym domu. Niemniej z racji poruszanych wątków, szczególnie mocno polecam tę pozycję młodym adeptom historii i archeologii, bowiem Upiór... jest naprawdę znakomitym studium tego, jak tworzą się legendy.


Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 15.07.2020 10:32