Bilet w tamtą stronę - Marcin Kowalczyk - Recenzja

Stereotypowy nerd oprócz zainteresowania szeroko pojmowaną fantastyką z reguły z rozrzewnieniem spogląda jeszcze w kierunku „papierowych” RPG-ów, gier komputerowych lub… kolejnictwa. Choć dwa pierwsze obszary są mi bliskie, to o pociągach wiem tylko tyle, że istnieją. Świat jest jednak pełen ludzi, którzy z ogniem w oczach potrafią opowiadać o starych lokomotywach, rodzajach wagonów czy sposobach ich obsługi. To właśnie z myślą o nich powstał zbiór opowiadań pod tytułem Bilet w tamtą stronę.

Wydawca reklamuje Bilet… jako zbiór opowiadań grozy, ale to nie do końca prawda. Owszem, nie zabrakło nawiedzonych lokomotyw czy pojawiających się znikąd tajemniczych wagonów, ale trafiają się też o wiele bardziej przyziemne - co nie znaczy nudne! - historie. W jednej z nich bohaterowie starają się na przykład rozwikłać historyczną zagadkę (fikcyjną rzecz jasna, ale całkiem wciągającą). Ba, nie zabrakło nawet opowiadania komediowego, dzięki któremu dowiemy się, że pracując na kolei warto mieć mocny żołądek. Głowę też swoją drogą.

Wbrew pozornej jednorodności tematycznej nie ma się więc co obawiać nudy. Mimo to wszystkie teksty mają pewną cechę wspólną – są najlepszym dowodem na to, że deklarowana przez autora miłość do kolejnictwa jest prawdziwa i goreje mocnym płomieniem. Jako kompletny laik miałem niekiedy poważne problemy ze zrozumieniem fragmentów, w których Kowalczyk rzuca się na głęboką wodę i zgłębia pracę kolejarzy, nie szczędząc czytelnikowi specjalistycznego języka oraz nazw konkretnych lokomotyw czy urządzeń do ich obsługi. Czułem się jak pacyfista, który dostaje do ręki powieść pisaną przez byłego żołnierza, ale zakładam, że zaznajomieni z tematem będą wniebowzięci. Na moje oko wyglądało to całkiem przyjemnie, choćby z racji na fakt, że zawsze miło jest posłuchać kogoś znającego się na rzeczy.

Jeśli miałbym opisać wrażenia płynące z większości opowiadań, powiedziałbym, że należy spodziewać się czegoś w rodzaju połączenia stylu Stephena Kinga i Andrzeja Pilipiuka z powieści nie-Wędrowyczowskich (choćby Szewca z Lichtenrade). Od pierwszego z wymienionych panów Kowalczyk czerpie tendencję do skupiania się na małych wioseczkach czy obrzeżnych osadach, w których senna codzienność zaczyna nagle ustępować miejsca tajemniczym wydarzeniom. Z Pilipiukem łączy go zaś charakterystyczne rozumienie historii oraz miłość do tego co stare i niekoniecznie przydatne, ale za to niewątpliwie klimatyczne. Ciężko opisać to słowami, ale to trochę tak, jakbyście weszli na babciny strych i zaczęli grzebać w zgromadzonych tam szpargałach. W nozdrza uderza zapach kurzu, pot leje się z czoła, ale usta unoszą się w wywołanym wspomnieniami uśmiechu. To, że Kowalczykowi udało się we mnie wywołać podobną reakcję, mimo że pociągi nie znaczą dla mnie wiele, daje dobre świadectwo jego umiejętnościom i obiecuje prawdziwą ucztę dla osób zainteresowanych tematyką.

Do tej pory pomijałem kwestię bohaterów i stało się tak nie bez przyczyny. Nie żeby wypadali fatalnie, są jak najbardziej w porządku, tyle że brak im charakterystycznych cech, które unieśmiertelniłyby ich w mojej pamięci. Odgrywający zwykle pierwsze skrzypce Covalus (cóż za zupełnie przypadkowy pseudonim!) to typowy, żyjący we własnym świecie pasjonat. Kolejnictwo jest jego pierwszą i jedyną miłością, a świat poza nastawniami i podobnymi miejscami mógłby dla niego w zasadzie nie istnieć. To sympatyczny gość, jednak dam sobie rękę uciąć, że za tydzień zapomnę o jego istnieniu. Na plus (choć pewnie nie dla wszystkich) wybija się za to niejaki Kalota. Temu to akurat nie sposób odmówić charakteru! Wyobraźcie sobie zrodzonego z rodzinnych legend wujka Władka. Facet jest głośny, uciążliwy dla otoczenia, nie stroni od alkoholu i raz po raz wali głupawymi powiedzonkami, ale z drugiej strony w trudnej sytuacji stanie za tobą murem i rzuci się na wszystkich, którzy chcą ci w jakiś sposób zaszkodzić. Diabli wiedzą: kochać tu takiego czy nienawidzić? Jakby nie było trzeba Kowalczykowi przyznać, że Kalota budzi emocje, a to zawsze ogromny plus.

Bilet w tamtą stronę nie jest może materiałem na wielki hit, ale z pewnością zaliczyłbym go do grona najoryginalniejszych książek tego roku. Lubię tych wszystkich rycerzy, wojowników i innych odkrywców, ale czasem człowiek potrzebuje po prostu odmiany. Możliwość przeniesienia się na kilka godzin w zupełnie nieznany mi świat kolejnictwa, podlany gdzieniegdzie klimatem grozy, okazał się całkiem miłą niespodzianką i jeśli tylko pociąg Kowalczyka wybierze się kiedykolwiek w kolejny kurs, najpewniej zaklepię sobie miejsce w wagonie. Do tego czasu może nawet będę potrafił odróżnić go od tysiąca innych. 


Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 18.08.2020 14:26