Tron tyrana - Sebastian de Castell - Recenzja

Dzieła Sebastiena de Castella są obecnie bodaj jedynymi książkami, na których premiery wyczekuję z niecierpliwością porównywalną do tej, jaka towarzyszy mi przy okazji debiutów ulubionych gier komputerowych. Zwykle niespecjalnie zawracam sobie głowę tym, kiedy konkretnie wydawcy wypuszczają na rynek dane pozycje: grunt, by przy nadarzającej się okazji znaleźć na nie odrobinę czasu. Z powieściami Kanadyjczyka jest zupełnie inaczej i muszę je dorwać tak szybko, jak to tylko możliwe. Ciężko mi bowiem wskazać drugiego pisarza, którego proza cechowałaby się tak cudowną lekkością, dystansem i humorem, jednocześnie dostarczając uciech typowych dla historii akcji.

Tron Tyrana to ostatnia odsłona cyklu, więc zgodnie ze wszelkimi prawidłami rządzącymi fantastyką, wydarzenia powinny sięgnąć iście epickich rozmiarów i nie zawadziłoby rzucić czytelnikom na żer smoka albo jednego czy dwóch bogów. Rzecz w tym, że te pierwsze w wykreowanym przez de Castella świecie nie występują, a drudzy... no cóż, niekoniecznie nadają się do występów scenicznych, o czym doskonale wiedzą wszyscy, którzy przeczytali poprzedni tom. Naprawdę ciężko było mi więc wyobrazić sobie, jakaż to nowa katastrofa mogłaby tym razem spotkać Wielkie Płaszcze. Kolejny raz wyszło na to, że człek ze mnie wyjątkowo małej wiary.

Zaczyna się dość nietypowo, bo od wesela. Choć na parkiet nie wpada nagle sanepid, a goście nie patrzą wilkiem na każdego, kto ośmieli się publicznie kichnąć, pan młody i tak nie zaliczy raczej uroczystości do udanych. Naturalnie później Falcio i jego ekipa nie mają wcale łatwiej, bo nad ich ukochaną ojczyzną zawisa kolejne niebezpieczeństwo. Agresywne, ale zwykle stanowiące bardziej drobną niedogodność niż prawdziwe zagrożenie plemiona z północnych gór szykują się do wojny na dużą skalę. Na ich czele stanął nowy przywódca, któremu udało się nie tylko zjednoczyć pod własnymi rządami skłóconych do tej pory watażków, ale także w niesamowicie szybkim tempie pchnąć do przodu rozwój technologiczny. Jego ludzie przestali być odzianymi w skóry, wiecznie pijanymi dzikusami, a na ich wyposażenie trafiła porządna stalowa broń oraz niemała liczba dział. Biorąc pod uwagę, że ojczyzna Falcio nie podniosła się jeszcze po dotychczasowych nieszczęściach, a miejscowa szlachta zamiast szykować się do obrony woli ryć pod wciąż niepewną pozycją Aline, przyszłość rysuje się w nader ponurych barwach.

 

Gdyby ktoś, kto nie miał do tej pory styczności z książkami de Castella przeczytał powyższy akapit, pomyślałby pewnie, że nie ma się absolutnie czym zachwycać, bo identyczne wątki pojawiają się w co drugiej książce fantastycznej i wychodzą już każdemu bokiem. Teoretycznie tak, ale styl, o Święty Murky Co Marudzisz Bez Końca, ten styl! De Castell ponownie dał radę i mimo że Tron Tyrana to opasłe tomisko liczące około 650 stron, nie było ani chwili, w której zacząłbym przysypiać z nudów. Nie wiem, jak ten facet to robi, ale akcja nie zwalnia ani na moment i wbrew pozorom nie opiera się wyłącznie na walkach, ale także ociekających ciętym humorem dialogach. Uwielbiam ludzi, którzy potrafią obrzucać bliźnich złośliwymi komentarzami, ale przy okazji wyraźnie dają znak, że to tylko słowa, pod którymi kryje się szczera sympatia. Ktoś, kto przechodzi obok mógłby pomyśleć, że dyskutanci zaraz wezmą się za łby, podczas gdy w rzeczywistości ledwie hamują wybuchy śmiechu. W ten właśnie sposób wyglądają tutaj rozmowy. Gdyby tylko istnieli naprawdę, Falcio, Kest i Brasti z pewnością byliby moimi najlepszymi kumplami (choć ten ostatni nieraz dostałby pewnie po łbie).

Jedną z najważniejszych cech cyklu o Wielkich Płaszczach jest to, że de Castell ma do swojej pracy ogromny dystans i to wyraźnie czuć – nie ma nic gorszego niż autor, któremu wydaje się, że musi dać światu arcydzieło i na każdym kroku sili się na zbędną oryginalność. Kanadyjczyk ma w nosie nowatorskość, z pełną świadomością stawiając na dobrą zabawę i chwała mu za to. Świat męczyłby się ze znacznie mniejszą liczbą literackich potworków, gdyby więcej autorów pojęło tę prostą prawdę (pozostaliby co prawda jeszcze ci, którzy nie mają nie tylko ciekawego pomysłu, ale i talentu, ale nie wymagajmy od razu cudów). Pisząc zakończenie tego tekstu, zmagam się z dość mieszanymi uczuciami. Z jednej strony cieszę się, że przygody Pierwszego Kantora w ogóle pojawiły się w moim życiu, z drugiej przykro mi, że to już koniec. Przynajmniej na razie, bo ostatnie strony dają jednak pewną nadzieję…


Profil redaktora Murky


Opublikowano: 15.09.2020 21:26