Mrok nad Tokyoramą - Robert J. Szmidt - Recenzja

Trzeba Robertowi Szmidtowi przyznać, że potrafi się wstrzelić w potrzeby rynku. Była moda na żywe trupy, pojawiły się Szczury Wrocławia. Rozgorzała powszechna miłość do panów w maskach przeciwgazowych, dostaliśmy Otchłań i całą resztę. Dziś, w przeddzień debiutu głośnej gry Redów, przyszedł czas na cyberpunkową przygodę, której akcja zupełnym przypadkiem rozgrywa się w 2077 roku. Wbrew pozorom nie próbuję się tu wyzłośliwiać i zwyczajnie zauważam fakt. Pojmuję, że literatura nie jest obecnie najlepszym biznesem i każdy sposób na to, by trafić do nieco szerszego grona czytelników jest sposobem dobrym, zwłaszcza kiedy można im przy okazji dostarczyć wrażeń, których w danej chwili potrzebują. Ostatecznie liczy się przecież tylko to, czy czytając daną powieść czerpie się z niej przyjemność.

Wykreowany przez autora świat to cyberpunk w najklasyczniejszym wydaniu. W wyniku licznych katastrof naturalnych i korporacyjnych wojen większa część naszej planety stała się niezdatna do zamieszkania. Ludzkość zdołała przetrwać wewnątrz ogromnych aglomeracji miejskich, które – nie zgadniecie – szybko stały się areną nieustannych sporów pomiędzy brutalnymi gangami i bezwzględnymi biznesmenami. Bogaci mieszkają na szczytach luksusowych wież, biedni gnieżdżą się bliżej skażonej ziemi i w zasadzie nie widują światła słonecznego. Ogólnie: smutek, depresja i wszechobecna korupcja. Główny bohater, Rafał Tymura, to zaprawiony w bojach weteran jednej z wojen o zasoby, który mimo chwalebnej przyszłości i niezrównanych umiejętności bojowych stara się wieść w miarę normalne życie. Oczywiście tylko do momentu, gdy parszywy los posyła go na ścieżkę zemsty.

Banał, aż zęby bolą, nie? Trudno zaprzeczyć. Ale wiecie co? Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Realia cyberpunkowe nie są jeszcze zbyt mocno wyświechtane i zanim będę przewracał na ich widok oczami tak, jak robię to w przypadku metropodobnej postapokalipsy, miną jeszcze pewnie ze dwa lata. Zawsze mawiałem, że wtórność sama w sobie nie musi być wadą, o ile jest dobrze sprzedana, a Szmidt opchnął nam swoją całkiem zgrabnie. Tymura to niby kolejny samiec alfa, potrafiący znaleźć wyjście z każdej sytuacji, ale jego przygody niezaprzeczalnie wciągają.

 

Opowieść płynie równym, szybkim tempem, nie męczy dłużyznami czy zbędnym filozofowaniem i stawia przede wszystkim na czystą akcję. Trup ściele się gęsto i efektownie, dialogi bywają zabawne, zaś bohaterowie, choć nie powalają może głębią charakterologiczną, dają się polubić. Wątłego powiewu oryginalności można dopatrywać się tylko w dwóch przypadkach. Pierwszym jest popularny sport przyszłości, będący czymś w rodzaju połączenia szachów i sztuk walki. Mam świadomość, że gry komputerowe zawierały już podobne motywy, jednak nie do końca w tej konkretnej postaci. Druga rzecz to podwójne zakończenie. Nie będę psuł wam zabawy, ale powinniście wiedzieć, że po pierwszym, w mojej opinii bardzo udanym, następuje kolejne, przed lekturą którego autor lojalnie ostrzega. Zawarte w nim wydarzenia stawiają całość na głowie i choć mogą się podobać, w mojej opinii jednak nieco psują efekt.

Szmidt nieprzesadnie wysilił się tworząc swoją wizję przyszłości, ale co z tego, skoro przy lekturze czas mija jak z bicza strzelił? W wypadku powieści akcji cała sztuka polega na tym, by ze znanych elementów stworzyć przyjemną całość, a to jak najbardziej się udało. Mrok nad Tokyoramą nie ma z pewnością szans zapisać się na trwałe w czyjejkolwiek pamięci, lecz pomaga oderwać myśli od codzienności, a to samo w sobie jest niemałą sztuką. Jeśli szukacie przyzwoitej, lekkostrawnej rozrywki, jak najbardziej warto.


Murky


Opublikowano: