Cena milczenia - Jakub Pawełek - Recenzja

Jest! W końcu jest – zwykła, klasyczna fantastyka z mieczami, zbrojami i magią! No, może nie taka do końca zwykła i raczej średniawa jakościowo, ale tego nie mogłem jeszcze wiedzieć, zasiadając do lektury. Jakub Pawełek dostał więc ode mnie na starcie ogromny kredyt zaufania, mimo że jego poprzednich dzieł (utrzymanych w zupełnie innym, współczesnym klimacie) nigdy nie czytałem.

Niestety kredyt ów na samym początku spektakularnie roztrwonił. Powieść składa się z kilku opowiadań o losach trójki zupełnie różnych bohaterów. Samo w sobie nie jest to oczywiście problemem. Gorzej, że na pierwsze, poniekąd reprezentacyjne, wybrano zdecydowanie najsłabsze z nich. Gdyby nie fakt, że Pawełek ma już na koncie kilka pozycji, rzekłbym, że wyszło ono spod ręki debiutanta, niezbyt jeszcze pewnego własnych umiejętności i wciąż szlifującego warsztat. Byłoby to wówczas zrozumiałe i zapewne przymknąłbym oko – każdy wszak kiedyś zaczynał i nie ma co za dotkliwie kąsać młodych, zdolnych, bo jeszcze się zrażą i porzucą rozkwitające dopiero kariery. W tych okolicznościach nie pojmuję jednak, dlaczego pisarz z pewnym dorobkiem tak kiepsko radzi sobie z dobieraniem tempa, koncentrowaniem uwagi czytelnika na ważnych wydarzeniach czy tworzeniem realistycznych dialogów. Dlaczego okoliczności, w których główny bohater zyskał pewne specyficzne zdolności potraktowano po macoszemu i nie zrobiono z nich spektaklu, skoro motyw ten przewija się potem przez całą książkę? Słowo daję, że zanim dotarłem do połowy, nie pamiętałem już, co się tam właściwie wydarzyło. To trochę tak, jakby autor potraktował najważniejszą być może scenę jako zwykły wypełniacz w rodzaju nudnej przejażdżki przez las.

W tym i kolejnym opowiadaniu raziły też drętwe, informacyjne dialogi. Posłużę się najprostszym, najłatwiejszym do przytoczenia przykładem. Grupka znajomych płynie łodzią. Nagle jeden z nich rzuca: „Gdzieś ty nas wywiózł, głąbie jeden? Gdzie zatoka, gdzie Izbica, ta zatęchła dziura, z której wypłynęliśmy?!”. Mało prawdopodobne, by ktoś wyrzekł takie słowa w rzeczywistości – wszyscy na pokładzie wiedzą przecież, skąd wyruszyli, zwłaszcza, że było to całkiem niedawno. Czytelnikowi można było tę informację przekazać w zupełnie inny, wiarygodniejszy sposób.

 

Zastrzeżenia można mieć też do kreacji i motywacji bohaterów. O Wernarze, obdarzonym dziwną mocą najemniku, wiadomo tyle, że nie sposób sprostać mu w bitwie, i że z jakichś powodów zaczął się nagle w zaskakującym dla samego siebie stopniu przejmować ludzkim losem. Najpewniej ma to związek z jego „klątwą”. Jak i dlaczego? Kto to wie. Podobnie jak to, co w ogóle pchnęło go do podróży na koniec świata. Ludzie przestali go tolerować w miejscu oryginalnego pobytu? To ma sens i faktycznie skłania do drogi, ale po co tłuc się przez pół kontynentu u boku aroganckiego, poszukiwanego maga – w dodatku charakterystycznego, bo wytatuowanego na twarzy - skoro logiczniej było dać nogę za najbliższą granicę i tam spokojnie przeczekać? Nie jest przecież tak, że wszędzie panuje to samo prawo (a przynajmniej nic takiego nie wynika z treści książki): ktoś podejrzewany w jednym miejscu niekoniecznie znajdzie się na celu organów ścigania setki kilometrów dalej. Zwłaszcza, że Wernar niczym się na pierwszy rzut oka nie wyróżnia, a maili ze zdjęciem nikt raczej w średniowieczu jeszcze nie rozsyłał. To jednak jeszcze nic w zestawieniu z postaciami pobocznymi. Nie chcę psuć niespodzianki, bo autorowi faktycznie udało się mnie zaskoczyć, ale nie pojmuję, co kierowało poczynaniami pewnej wiejskiej dziewuszki w scenie mhm… „ogniskowej” – przeczytacie, zrozumiecie. Kto u licha zdecydowałby się na to (i inne czyny owej dzierlatki) z tak błahego powodu? I dlaczego wszyscy wokół te ekscesy bez należytego powodu tolerowali? Zagadki, zagadki.

No dobra, bo biczuję i biczuję, a z czasem robi się coraz lepiej. Powiew świeżości przynosi już opowiadanie o niewieście żyjącej w kraju stylizowanym na Japonię. Owszem, ostatecznie urywa się ono w połowie i prowadzi w zasadzie donikąd, ale postęp w kwestii dialogów, opisów i motywacji jest wyraźny i niezaprzeczalny. Wszystko, co robiła bohaterka, miało sens i zgadzało się z konstrukcją jej osobowości. Kolejne utwory prezentowały coraz wyższy poziom, którego szczyt – w mojej opinii – osiągnięto przy tytułowej Cenie milczenia. Autor opisuje w nim pewne śledztwo, przedstawiając przy okazji najciekawsze, najbarwniejsze postacie poboczne w całej publikacji. Niekiedy znów można się nieco zdziwić ich motywacjami, ale można je przynajmniej tłumaczyć wyjątkowo ciężką traumą. Nie mogę też zaprzeczyć, że Pawełek po raz pierwszy naprawdę porwał mnie swoją twórczością, sprawił, że w nią uwierzyłem i miałem ochotę szybciej przewracać kartki. Co z tego, że później doszukałem się kilku dziur, to już mniej ważne. Jak to mówią: refleksje po wyjściu z kina się nie liczą – ważne, co czujesz przed ekranem.

Cena milczenia to jedna z najbardziej nierównych książek, jakie ostatnio czytałem. Początek jest fatalny, potem robi się „znośnie”, wreszcie „przyzwoicie”, by pod koniec stać się „całkiem nieźle”. Rynek nie obfituje obecnie w klasyczną fantastykę, więc jeśli ktoś jest bardzo spragniony podobnych klimatów, może się ewentualnie skusić. Niechaj nie liczy jednak, że straci grunt pod nogami. To najwyżej średniak.


Murky


Opublikowano:


Komentarze

Ostrzeżenie

Komentowanie jest zarezerwowane dla zarejestrowanych użytkowników. Zaloguj się poniżej lub zarejestruj - za darmo i w mniej niż 5 minut!

Zaloguj się

Nie zalecane na współdzielonych komputerach

Szybsze logowanie

Możesz również zalogować się poprzez jeden z poniższych serwisów.