Antykwariat pod Salamandrą - Adam Przechrzta - Recenzja

Twórczość Adama Przechrzty znam głównie za sprawą całkiem udanego „stalingradzkiego” cyklu o majorze Razumowskim. Miał on rzecz jasna swoje wzloty i upadki, ale ogólnie rzecz biorąc, stanowił kawał solidnej literatury rozrywkowej. Choć w Antykwariacie pod Salamandrą teoretycznie zmieniło się wszystko, w praktyce nietrudno znaleźć punkty zbieżne.

Zacznijmy od niepodważalnych pozytywów. Pisarz ponownie zdecydował się na ciekawe, nietuzinkowe realia, które zadowolą nawet największego marudę. Fabuła rozgrywa się we współczesnej Zielonej Górze, przy czym w przeciwieństwie do Wiedźm Kijowa, nawet jeśli nazwa będącego miejscem akcji miasta to dla was tylko zbiór liter na mapie, nie powinno to mieć większego znaczenia dla przyjemności płynącej z lektury. W przeciwieństwie do Łady Łuziny Przechrzta nie zagłębia się bowiem specjalnie w historię miasta i jego mieszkańców, ograniczając się do okazjonalnych wstawek tu i ówdzie. Grunt, że sielska, acz nieco senna miejscowość to tylko pozór, pod którym kryje się świat pełen magii i demonów.

Gdybym miał uraczyć was jakimś obrazowym porównaniem, rzekłbym pewnie, że Antykwariat pod Salamandrą to coś w rodzaju połączenia Harry’ego Pottera, „historycznej” prozy Pilipiuka oraz klimatów rodem z gry The Thaumaturge. Główny bohater po śmierci ojca przekonuje się , że to, co znał jako jedyną prawdziwą rzeczywistość, stanowi zaledwie pierwszą warstwę, swoistą fasadę, pod którą – z dala od oczu „mugoli” – funkcjonuje społeczność magów zorganizowana na sposób luźno inspirowany Cesarstwem Rzymskim. Codzienność czarokletów rządzi się rzecz jasna szeregiem osobliwych praw i zwyczajów, wynikających po części z kultury, po części zaś z przyczyn natury… hm… fizycznej. W tzw. Głębokim Świecie nie funkcjonuje na przykład nowoczesna technika. Granica zdaje się przebiegać gdzieś w okolicach XIX wieku – rewolwer czarnoprochowy jeszcze przejdzie, współczesny karabin snajperski już nie. To oraz fakt, że Janusz jest antykwariuszem, a więc człowiekiem zakochanym w przeszłości i zakurzonych papierzyskach, nadaje powieści specyficznego posmaku, do tej pory kojarzonego przeze mnie głownie z dziełami wspominanego Pilipiuka. Spotkałem się z opiniami, jakoby wybierając taki świat, Przechrzta zanadto zbliżył się do cyklu Materia Prima/Secunda, niemniej potwierdzić tego nijak nie mogę, bo powieści o Olafie Rudnickim dopiero przede mną. Ja w każdym razie nie narzekam.

 

Tego samego nie mogę niestety powiedzieć o głównym bohaterze, który wydaje się bladą kopią majora Razumowskiego. Magnuszewski, podobnie jak oficer GRU, to dość typowy przykład samca alfa z „męskiej literatury”. Choć wrzucony na głęboką wodę, bardzo szybko orientuje się w realiach życia magów, błyskawicznie gromadząc wokół siebie potęgę oraz piękne kobiety. Żebyśmy mieli jasność – samo w sobie nie stanowiłoby to dla mnie problemu, nikt nie chciałby przecież czytać o nudnym życiu łysiejącego księgowego, zapierniczającego od 8 do 16 w towarzystwie zgorzkniałych, podstarzałych urzędniczek. Sęk w tym, że nasz antykwariusz jest przy tym zupełnie nijaki: przysięgam, że choć zacząłem to pisać chwilę po odłożeniu książki na półkę, jego imię i nazwisko musiałem sprawdzić w Internecie, a to chyba nienajlepsza oznaka…

Sama fabuła może się mimo wszystko podobać, choć trzeba przyznać, że pisarz zbyt często stosuje zagranie z metaforyczną kawalerią, ni z tego ni z owego przybywającą w ostatniej chwili, by wyrwać Janusza z opresji. Dziwi też, że choć Przechrzta najpewniej spędził sporo czasu nad obmyślaniem zasad rządzących jego światem, regularnie wyrzuca je przez okno twierdząc, że z tego lub owego powodu nie dotyczą głównego bohatera. Zmniejsza to wiarygodność wydarzeń i sprawia wrażenie, jakby powieść nie powstała na podstawie przemyślanego planu, a kolejne rozdziały rodziły się od przypadku do przypadku. „Cholera, jakby tu uzasadnić, że Magnuszewski znalazł nagle sojusznika w Głębokim Świecie… o, już wiem, niech ma krewniaka, o którym wcześniej nie było choćby słowa wzmianki, to na pewno zadziała!” albo „Hmm… logicznie rzecz biorąc facet powinien w tym miejscu zginąć, niechże więc od dzieciństwa ciąży nad nim zaklęcie ochronne, o którym nie wiedział!”. Wiecie, co mam na myśli. Raz czy dwa można by coś takiego przeboleć, jeśli jednak zdarza się regularnie – a tu się niestety zdarza – wygląda to dość słabo.

Antykwariat pod Salamandrą nie jest złą książką, jednak pisząc ją, Przechrzta popełnił zaskakującą w kontekście jego dorobku liczbę błędów. Świetny, ciekawy świat został niepotrzebnie okaleczony przez nagminne momenty z cyklu deus ex machina oraz dość bezpłciowego, pozbawionego charakteru bohatera, na skróty kroczącego ścieżką ku potędze. Racjonalnie rzecz ujmując to wady dość grubego kalibru, jednak niezły mimo wszystko warsztat pisarza uratował sytuację i sprawił, że bawiłem się na tyle przyzwoicie, że jestem ciekaw, co w świecie magów wydarzy się dalej. Radzę tylko nie myśleć zanadto podczas lektury i potraktować ją jak film akcji – dziurawy i niezbyt mądry, ale niezaprzeczalny lekki i przyjemny.


Murky


Opublikowano:


Komentarze

Ostrzeżenie

Komentowanie jest zarezerwowane dla zarejestrowanych użytkowników. Zaloguj się poniżej lub zarejestruj - za darmo i w mniej niż 5 minut!

Zaloguj się

Nie zalecane na współdzielonych komputerach

Szybsze logowanie

Możesz również zalogować się poprzez jeden z poniższych serwisów.