Marcin S. Przybyłek zasłynął do tej pory przede wszystkim serią o Gamedecu, lecz ma na koncie także m.in. Orła Białego, czyli coś w rodzaju Warhammera 40k w krzywym zwierciadle. Obie te pozycje łączą wspólne cechy – silne odczuwalne elementy futuryzmu oraz nietuzinkowe światy. Tworząc je, autor wyraźnie czerpie ze sprawdzonych wzorców, lecz nie zapomina jednocześnie o unikalnych rozwiązaniach, dzięki czemu udaje mu się zachować świeżość. Nie inaczej jest i tym razem.
Stara kobieta i smok stanowi teoretycznie nowy start i nie nawiązuje w żaden sposób do poprzednich dzieł autora. Zgodnie z tradycją akcja rozgrywa się jednak w przyszłości, tyle że dość specyficznie rozumianej. Jeśli graliście w Horizon Zero Dawn, wiecie już w zasadzie wszystko, czego wam trzeba. Jakieś tysiąc lat przed wydarzeniami z powieści wysokorozwinięta technologicznie cywilizacja upadła, rozpoczynając okres gwałtownego regresu ludzkości. Dziś niedobitki starają się przetrwać w niegościnnym środowisku, traktując swych przodków jak istoty niemalże legendarne i żerując na resztkach pozostawionych przez nich urządzeń. Dawne państwa i organizacje upadły, zaś społeczeństwa podzieliły się na mniejsze, niezależne grody.
Samo w sobie nie byłoby to być może najgorszym losem, niestety świat gęsto zaludniły też Bestie Gai, czyli smoki oraz modyfikowane genetycznie zwierzęta (w tym dinozaury, a jakże), które zdają się pilnować nowego ładu. Ilekroć ludzkość próbuje się nadmiernie rozwinąć, spotyka się z atakiem sił natury. Choć w przeciwieństwie do świata Aloy tutejsze stwory nie dysponują wyrzutniami rakiet na grzbietach, i tak są na tyle niebezpieczne, że wymusiły powstanie kasty dedykowanych im łowców. Należą do nich rzecz jasna główni bohaterowie.
Powyższy opis mógł zabrzmieć, jakby Przybyłek bezwstydnie wziął dzieło Guerrilla Games na warsztat, podkradł co najlepsze pomysły, a potem pozmieniał imiona bohaterów i ogłosił sukces. Nic bardziej mylnego. Owszem, inspiracje wydają się dość oczywiste, jednakże to tylko szkielet, wierzchnia warstwa, pod którą kryją się arcyciekawe, unikalne pomysły. Daruję sobie konkrety, bowiem ich odkrywanie to przynajmniej połowa radości z obcowania z powieścią. Uwierzcie mi jednak: Przybyłek jak zwykle pokazał klasę. Jak niewielu pisarzy w tym kraju potrafi porwać czytelnika spójnością wytworzonego przez siebie świata. To nie toczące się od przypadku do przypadku Mroczne Drogi, które sprawiały wrażenie, jakby Przechrzta pchał bohatera w kabałę za kabałą nie bardzo przejmując się faktem, czy wszystko klei się – za przeproszeniem – do kupy. Stara kobieta i smok proponuje czytelnikowi uniwersum wiarygodne, choć by je docenić, trzeba poświęcić nieco czasu, bo początki bywają nieco niejasne.
To ostatnie w dużej mierze wynika z typowej dla powieści ocierających się o science-fiction miłości do nurzania się w neologizmach. Nie jest co prawda aż tak „źle” jak w niektórych tomach Gamedeca, niemniej zanim się człowiek przyzwyczai, swoje musi odcierpieć. Swoją drogą mam pewne wątpliwości co do metodologii tworzenia nowych słów. Wiele z nich powstało bowiem przez proste skrócenie zwrotów ze świata realnego. Uropa jako Europa, nologia jako technologia, etr jako metr i tak dalej. Rozumiem iż miało to obrazować naturalny proces przekształcania języka na przestrzeni lat. W rzeczywistości wiele dawnych słów również zostało przecież zniekształconych czy uproszczonych, a forma ich zapisu lub wymowy dramatycznie się zmieniła. Niemniej propozycje Przybyłka wydają mi się jakieś… tanie. Od olery ginalne, jeśli wiecie, co mam na myśli. Z drugiej strony gdyby ktoś z czasów Chrobrego usłyszał, jak dziś wypowiadamy słowa, które i on miał prawo znać, najpewniej czułby się równie zażenowany. Być może więc tak właśnie miało być.
Pomijając kwestie językowe, Stara kobieta i smok to kawał solidnej, wciągając „powieści drogi”. Sam w sobie wątek główny nie jest może szczególnie pociągający, ale podróż bohaterów, relacje między nimi oraz zręczność, z jaką autor przemyca kolejne szczegóły na temat zasad funkcjonowania swego uniwersum, budzą szczere uznanie. Poszczególne osoby myślą na swój własny sposób, mają osobiste cele i dążenia. Nie czytają też sobie cudownie w myślach, więc dochodzi między nimi do nieporozumień czy sporów. Kłótnie niekoniecznie muszą przy tym zaraz kończyć się katastrofą czy Zdradą-której-każdy-się–spodziewał. Podkreślają po prostu indywidualne cechy bohaterów, co pozwala zachować ich w pamięci i wyrobić sobie z nimi pewnego rodzaju emocjonalną więź. W żadnym razie nie dochodzi więc do sytuacji, w której czytelnik, żeby zupełnie nie pogubić się w nawale identycznych kukieł, musi sobie tworzyć w głowie proste szufladki na zasadzie ”X – facet z mieczem, Y – ładna kobieta, Z – stara nauczycielka”. Zapewniam, że nie będziecie mieli żadnych trudności, żeby zorientować się, kto jest kim i do czego dąży.
Rozpisałem się bardziej, niż zamierzałem, więc na koniec krótko i konkretnie: Stara kobieta i smok to świetna książka oraz kolejny dowód na to, że Przybyłek należy obecnie do elity polskiej sceny fantastyki. Czekam na więcej.