Sięgając po książkę o inkwizytorze ze świata Warhammera 40K, spodziewałem się schematycznej opowieści o zaślepionym nienawiścią fanatyku palącym całe osiedla w myśl zasady „zabij ich wszystkich, Imperator rozpozna swoich”. Dan Abnett udowodnił swym dziełem, że wysłannik Świętych Ordo nie musi wcale być szaleńcem sięgającym po broń, zanim skończy jeszcze zadawać pytanie.
Powyższa refleksja nie stanowi zapewne niespodzianki dla większości z was, ale dla mnie Eisenhorn był pierwszą publikacją z uniwersum, które do tej pory znałem głównie z gier komputerowych oraz fanowskich filmików „historyczno-instruktażowych”. Po tym, co zobaczyłem, cieszę się, że zdecydowałem się wreszcie zanurzyć w zbiorach “kosmicznej” odnogi Black Library.
Wydany przez Copernicus Corporation Eisenhorn stanowi zbiór trzech powieści o tytułowym jegomościu. Mowa o książkach Xenos, Malleus oraz Hereticus, a także krótkim opowiadaniu Tło za jedną koronę więcej. Monstrualna cegła liczy niespełna 800 zapisanych drobnym maczkiem stron. Choć jako przedmiot budzi pozytywne wrażenie schludną oprawą i niezłym papierem, efekt psuje skąpych rozmiarów czcionka. Jest znacznie mniejsza niż standardowa i gdybym miał strzelać, obstawiałbym najwyżej „ósemkę”. Rozumiem, że wydawca nie chciał wchodzić w koszta i przekroczyć psychologicznej bariery 100 złotych za egzemplarz, ale wolałbym chyba zapłacić ciut więcej, dostając w zamian sensowny komfort. Nie można też zapomnieć, że Omnibusy o Gotreku kosztowały tyle samo a były znacznie grubsze, nie strasząc przy tym literkami godnymi przypisów w pracy magisterskiej.
Katusze umęczonych oczu wynagradza całkiem zajmująca treść. Nie zamierzam wam wciskać, że Dan Abnett wywrócił mój świat do góry nogami i zrewolucjonizował współczesną fantastykę, niemniej stworzył coś znacznie godniejszego uwagi niż oczekiwałem. Podskórnie przygotowałem się bowiem na prostą opowiastkę złożoną z bombastycznych scen batalistycznych oraz smętnych dialogów w stylu: “Na Imperatora, toż to herezja!”, “Na honor, słusznieś rzekł, bracie!”. Szczęśliwe sprawy mają się zupełnie inaczej, zaś bohaterowie są mniej jednowymiarowi, niż zakładałem.
Przede wszystkim powinniście wiedzieć, że choć Dan Abnett nie szczędzi zgrabnych opisów walk, wplata też w swoje dzieło odmienne wątki. Zazwyczaj Eisenhorn prowadzi śledztwa, tropiąc wrogów Złotego Tronu na rozmaitych planetach, lecz miewa także chwile wytchnienia. Dzięki nim autor zyskuje okazję do przemycenia informacji o życiu zwykłych obywateli. Owszem, większość z nich wegetuje w parszywych warunkach, ale to nie znaczy, że nie dane są im żadne radości. Wypad do restauracji, spokojna pogawędka, osobliwa herbatka z pewnym olbrzymem i tak dalej. Śmiertelnie poważne zazwyczaj postacie również opuszczają niekiedy gardę, pokazując bardziej ludzką część osobowości. Mogłoby się wydawać, że nie istnieje nic mniej Warhammerowego, ale zapewniam, że pisarz wiedział, co robi. Po pierwsze poznawanie mniej oczywistego oblicza Imperium jest zwyczajnie ciekawe, po drugie spokojniejsze fragmenty pozwalają mocniej wybrzmieć tym dramatyczniejszym - ciągła kanonada z broni wielkokalibrowej stałaby się w pewnym momencie najzwyczajniej nudna.
Nowicjusze mojego pokroju docenią, że powieść przywraca realiom 40K właściwe proporcje. Bazując na grach komputerowych, można na przykład odnieść wrażenie, że Kosmiczni Marines stanowią niemalże szeregową piechotę, mięso armatnie, mające za zadanie zabezpieczyć cenniejsze jednostki za cenę własnego życia. Porzuciłem podobne pomysły już jakiś czas temu, lecz powieść przemówiła bezpośrednio do mojej wyobraźni, pokazując nabytą wiedzę w odpowiednim kontekście. Zapomnijcie o scenach z Dawn of Wara (świetnego swoją drogą): Adeptus Astartes stanowią niezwykłą rzadkość, a ich obecność na polu bitwy jest wyjątkiem, nie regułą. W jednej ze scen ponad stutysięcznej armii zwykłych żołnierzy towarzyszy zaledwie 60 Kosmicznych Marines, lecz pisarz i tak daje odczuć niezwykłość sytuacji, wynikająca wyłącznie z nadzwyczaj istotnego charakteru opisywanej misji.
Co oczywiste zbiorek przemyca sporo ciekawych faktów o samej Inkwizycji – jej wewnętrznej strukturze, celach oraz odłamach. Świętemu Oficjum daleko bowiem do monolitu. Rozmaite zakony czy nurty filozoficzne dążą do wspólnego celu sprzecznymi ścieżkami, co prowadzi do licznych spięć. Czytelnik może się przekonać m.in. czym różnią się purytanie od radykałów, a Ordo Xenos od Ordo Malleus. Słowem: świetny materiał przygotowawczy przed majaczącą na horyzoncie premierą Dark Heresy. Przypomnę, że w kolejnym po udanym Rogue Traderze Owlcat Games pokierujemy właśnie członkiem wspominanej organizacji.
Eisenhorn sprawił mi masę radości, przy czym nie wykluczam, że częściowo wynika to z dość niskiego wstępnego poziomu oczekiwań. Relatywnie niedawno postanowiłem zanurkować w realia Warhammera 40K głębiej i wciąż próbuję pozbyć się z głowy uproszczonej, nieco zakłamanej wersji z gier komputerowych. Dawn of Wary, Space Marine’y, Battlesector, Mechanicus, Chaos Gate i wiele, wiele innych są godne polecenia, ale ze względu na wybrane gatunki siłą rzeczy okrojone z fabularnych szczegółów. Dopiero wspomniany Rogue Trader próbował podejść do tematu nieco ambitniej i właśnie dzięki niemu znalazłem nowe hobby. Książkowy Eisenhorn utwierdził mnie w przekonaniu o słuszności podjętego wyboru. Inna rzecz, że dzieło Abnetta jest silne nie tylko popularną marką, ale także solidnym warsztatem autora.