Kiedy nie mam możliwości wybrania czarodzieja, w grach komputerowych zwykle decyduję się na łotrzyka. Jest coś pociągającego w odzianych na czarno jegomościach, którzy dzięki sprytowi i bacznej obserwacji otoczenia wykonują zlecenie, zanim przeciwnicy w ogóle dostrzegą niebezpieczeństwo. Złodziej Krzysztofa Haladyna teoretycznie powinien więc przypaść mi do gustu. Problem w tym, że choć mówimy o pisarzu z pewnym dorobkiem, nie miałem wcześniej do czynienia z jego twórczością i nie widziałem, czego oczekiwać.
Czas pokazał, że siadając do lektury dokonałem znośnego wyboru, ale pierwsze wrażenie było fatalne. Przez dobry kwadrans zniesmaczony przerzucałem strony, kręcąc głową i zastanawiając się, po cholerę mi to było. Nagromadzenie najgorszych, najbardziej „memicznych” elementów fantastyki zakrawa na pastisz, a Złodziej takowym w założeniu nie jest.
Pierwszy przyznam, że nazwy własne sprawiające wrażenie zrodzonych w wyniku trzaśnięcia pięścią w klawiaturę są reliktem słusznie zapominanej przeszłości i za wszelkiej maści Zassiedmi-o-doopo’grrodami płakać nie zamierzam, niemniej miasto nazwane Miastem przegina w drugą stronę. Nie pierwszy taki przypadek w historii literatury czy gier, pewnie, ale na bogów… Zrozumiałbym, gdyby w okolicy istniała tylko jedyna metropolia, lecz z fabuły jasno wynika coś przeciwnego. Pomyślcie więc o tych wszystkich nieporozumieniach, zwłaszcza w mowie potocznej. „Hej, Zdzisiek, skąd wracasz?”. „Z Miasta”. „Którego miasta?. „No wiesz, Miasta, przez duże „M”. Nie pastwiłbym się pewnie nad tym aż tak długo, gdyby nie fakt, że chwilę później w oczy zaświeciła mi Niższa Dzielnica, a nawet nieśmiertelne Pożogi, Powodzie i inne Kataklizmy (z wielkiej litery naturalnie). Zapachniało sztampą i zupełnym brakiem wyobraźni.
Sytuacji nie poprawiły nazbyt opisowe dialogi. Kiedy rozmawiasz ze staruszką o wizycie u sąsiadki, nie powiesz przecież: „Babciu, co u mieszkającej naprzeciwko pani Halinki, z którą umówiłaś się wczoraj na waszą ulubioną herbatkę malinową?”. Zapytasz po prostu: „Co u pani Halinki?”, bo resztę rozmówcy dośpiewają sobie z kontekstu. Podobnie rzecz powinna wyglądać w powieści, zaś resztę niezbędnych informacji pisarz musi przekazać czytelnikowi innym kanałem: opisem, wspomnieniem albo czymś podobnym. Jestem tylko średnio utalentowanym pismakiem, ale nawet ja to rozumiem, do ciężkiej cholery.
Wiecie, co jest najzabawniejsze? Po 30-40 stronach większość problemów Złodzieja znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Do drętwych nazw własnych można jakoś przywyknąć, zaś dialogi sprawiają wrażenie napisanych przez zupełnie inną osobę. Nie określiłbym ich z pewnością mistrzowskimi, lecz zaczynają nieźle oddawać nastrój danej sceny. Kiedy bohaterowie mają czas poględzić, wypowiedzi są rozbudowane, kiedy sytuacja wymaga pośpiechu, królują półsłówka i krótkie, treściwe hasła. Ponadto szlachta posługuje się innym językiem niż prostaczkowie, rozmówcy uwzględniają nawzajem swą pozycję społeczną i tak dalej. Raz czy dwa parsknąłem nawet śmiechem z niewydumanych, acz udanych żarcików. Zadziwiająca przemiana.
W bardzo ogólnych ramach realia książki przypominają nieco serię Dishonored. Technologia wyrosła ponad ”typowe” średniowiecze. Pojawiły się pierwsze wynalazki mechaniczne, do powszechnego użytku weszły lampy gazowe, zaś naukowcy rozpoczynają powoli próby okiełznania elektryczności. Na marginesie społeczeństwa wciąż trwają ostatnie bastiony tradycji i magii, które swym istnieniem prowokują oczywiście liczne spory. Jak nietrudno zgadnąć, główny bohater kradnie coś, czego nie powinien, wplątując się tym samym w kabałę mogącą wpłynąć na losy całego Miasta.
Podstawy „złodziejskiego” świata nakreślono wyjątkowo pobieżnie. Haladyn wygodnie prześlizgnął się nad większością tematów, skąpiąc szczegółów między innymi na temat kluczowych dla scenariusza organizacji. Czytelnik ma o nich wyłącznie ogólnikowe pojęcie, niewykraczające dalece ponad „ok, to są fanatyczni technofile, a ci tutaj to szlachetni druidzi”. Podobnych zagadek jest zresztą znacznie więcej. Mam wrażenie, że sytuacja wynika jednak nie tyle z zaniedbania czy braku talentu, ale świadomej decyzji. Pisarz postawił najwyraźniej na prostą, weekendową rozrywkę, co samo w sobie nie jest przecież grzechem śmiertelnym. Nie każda książka musi rywalizować z Grą o tron.
Złodziej stawia na wartką akcję oraz przedstawianie coraz wymyślniejszych skoków. Locken sprawnie wymija strażników, rozbraja rozmaite pułapki i grzebie w absurdalnie złożonych zamkach. Tę ostatnią czynność opisano zresztą zaskakująco szczegółowo. Pojęcia nie mam, na ile zgodnie z rzeczywistością, bo sam ledwie potrafię otworzyć drzwi przeznaczonym do nich kluczem, ale brzmi przekonująco. Bohaterowie nie mogą pochwalić się szczególnie złożonymi osobowościami i zwykle można opisać ich dwoma słowami: „wredny kamienicznik”, „mądry druid”, „zdziwaczały wynalazca” i tak dalej. Na plus odstaje główny bohater. W ogólnym zarysie pasuje do archetypu łotrzyka, acz obrazowi wycofanego samotnika o ciętym języku zaprzecza specyficzna więź z pewnym „logicznym” kompanem. Swoją drogą o ile pojmuję związany z nim dowcip, nie zaszkodziłaby odrobina umiaru. Nazbyt eksploatowany żart zaczyna zwyczajnie męczyć.
Dwadzieścia lat temu Złodziej spełniłby zapewne większość moich potrzeb. Ironiczny główny bohater, wartka akcja, odrobina walki i seksu – pełen pakiet. Dziś dostrzegam w nim raczej jedną z tych książek, które gładko wchodzą, ale wylatują z pamięci natychmiast po odłożeniu na półkę. Na przecenie można wyłowić, jeśli nuda przyciśnie.