Strażnik bram - Adam Przechrzta - Recenzja

Bezwąsy Janusz z Zielonej Góry powrócił w ostatnim tomie swoich przygód. Poprzednie wzbudziły we mnie mieszane uczucia. Owszem, były niezłymi „czytadłami", ale ciekawie zaprojektowany świat bladł w obliczu szeregu dziwacznych rozwiązań oraz chaotycznej, nazbyt pospiesznej narracji. Adamowi Przechrzcie trzeba przyznać, że jest przynajmniej konsekwentny. W obu kwestiach, niestety.

Tym razem bohater planuje wyprawę na terytorium Rosji. Jako że akcję książki osadzono we współczesności, nastręcza to szeregu problemów. Rosnące napięcie między ojczyzną Putina a szeroko rozumianym Zachodem nie ma co prawda dla Janusza większego znaczenia, gdyż jako mag nie musi przejmować się ograniczeniami typowymi dla zwykłych śmiertelników, ale relacje obu bloków nie są łatwe również w ukrytym dla „mugoli” Głębokim Świecie. Dzielny antykwariusz wyrusza zatem z misją pod przykrywką. By uniknąć schwytania już na lotnisku, stosuje przebranie, co w przypadku czarodziejów oznacza znacznie więcej niż tanią perukę i okulary przeciwsłoneczne. Jeśli więc patrząc na okładkę, dumacie, dlaczego długowłosy chudzielec zaczął nagle wyglądać jak Triple H sprzed paru lat, może niniejszym czas przestać. Magia, proszę państwa. Dalej proszę nie drążyć.

W ten oto sposób dochodzimy do typowych dla zielonogórskiej trylogii bolączek. Skoro zaklęcia pozwalające zmienić postać (i nie chodzi tu tylko o aparycję…) istnieją, dlaczego u licha nie korzystano z nich wcześniej? Pewnie, Januszowi daleko do magicznej wierchuszki i teoretycznie mógł o nich nie wiedzieć, ale wykonywał przecież dla Senatu Arcyważne Zadania, przy których podobna sztuczka z pewnością znalazłaby zastosowanie. Teraz udostępniono mu ją zaś do celów, które na dobrą sprawę sprowadzają się do prywatnej wendetty i kiepsko nakreślonej misji wywiadowczej. Słowem: intrygujące, nietuzinkowe realia ponownie cierpią na tym, że obowiązujące wcześniej zasady i ograniczenia idą do kosza przy byle okazji.

Kupuj bez DRM na GOG.com!

Jeśli dokonasz zakupu z powyższego linku, możemy otrzymać niewielką prowizję.

Bohater jak zwykle rozwiązuje zatem odwieczne zagadki oraz prowadzi za rączkę lokalnych ważniaków, bo ci mimo obezwładniającej mocy sami nie potrafiliby zawiązać butów. Nie zabrakło oczywiście wyświechtanych scen z „odsieczą kawaleryjską” i cudownym ratunkiem w ostatniej chwili. Przy jednej z okazji autor sam żartuje, że podobne sytuacje zdarzają się wyłącznie w filmach akcji, acz nie przeszkadza mu wcale stosować ów motyw wielokrotnie.

Podobnie jak poprzednie tomy, Strażnika bram cechuje iście diabelskie tempo. Z jednej strony stanowi ono zaletę, bo decyduje o lekkości i przystępności, z drugiej Przechrzta kolejny raz zdecydowanie przesadził. Narracja sprawia wrażenie przypadkowej, jeden wątek goni drugi, w rezultacie żaden nie sprawia wrażenia domkniętego. Ni z tego ni z owego na scenę wkracza Ważny Gość lub potężna tajna organizacja, by po chwili pójść w odstawkę, ponieważ pisarz kładzie nacisk na turniej sztuk walki. Trzy akapity później w lakonicznej wzmiance posyła na śmierć ważną dla fabuły postać, a za moment całkowicie zmienia miejsce akcji, przenosząc Janusza na drugi koniec świata. Ba, nawet wielką kulminację całego cyklu upchnięto na trzech czy czterech stronach, kompresując ją do tego stopnia, że na dobrą sprawę nie bardzo rozumiem, co się właściwe stało. To trochę tak, jakby w Warcraftowej powieści starcie z Sargerasem streścić w kilku zdaniach, pierwszy raz wymieniając jego imię dwa akapity wyżej.

Chaos i brak ciągłości ujmują zielonogórskiej trylogii wiarygodności, podobnie zresztą jak nakreśleni po łebkach bohaterowie. Większość kobiet „zaprojektowano” na przykład wedle tego samego schematu: traktują bohatera z sympatią i stroją sobie z niego żarty, zachowując jednocześnie lojalność i ucząc go zasad lokalnej społeczności. Kto wymieni pięć różnic charakterologicznych między Zoe a Moną, może sobie postawić piwo.

Mając na uwadze powyższe niedostatki, muszę przyznać, że w tym szaleństwie mimo wszystko tkwi jednak metoda. Jeśli potraficie wyłączyć krytyczne myślenie i potraktujecie Strażnika bram jak niezbyt mądry serial na piątkowy wieczór, możecie liczyć na znośny „seans”. Akcja gna na złamanie karku, tu wybucha, tam miga, a że nie ma sensu i widzieliście to setki razy? Bywają chwile, kiedy brzmi to nawet pociągająco. Ot, czytadło – podobnie jak poprzednio. Jeśli skończyliście już zahaczającą o tę samą kategorię, acz mimo wszystko nieco bardziej udaną Trylogię Przymierza Stali, od biedy można. Do pociągu jak znalazł.


Cursian
Zobacz komentarze ()

Komentarze

Ostrzeżenie

Komentowanie jest zarezerwowane dla zarejestrowanych użytkowników. Zaloguj się poniżej lub zarejestruj - za darmo i w mniej niż 2 minuty!

Zaloguj się
Nie zalecane na współdzielonych komputerach
Szybsze logowanie
Dołącz do nas na Facebooku! Dołącz do nas na Facebooku!
Dołącz do nas na Twitterze! Dołącz do nas na Twitterze!
Dołącz do nas na Twitterze! Zasubskrybuj informacje z Enklawa Network w Google News!