Primal Hunter. Tom 1 - Zogarth - Recenzja

Do tej pory z LitRPG miałem styczność tylko raz, recenzując pierwszy tom Drogi szamana, i – delikatnie mówiąc – obyło się bez zachwytów. Powieść Wasilija Machanienki zraziła mnie kartonowymi bohaterami, pożałowania godnymi dialogami oraz światem pozbawionym wewnętrznej spójności. Jako miłośnik książek i gier komputerowych powinienem teoretycznie być wymarzonym odbiorcą docelowym, niestety ciągła wyliczanka rosnących statystyk protagonisty nijak nie potrafiła przykryć mizerii pozostałych elementów. Bolesne rozczarowanie popularną serią podświadomie przeniosłem na cały podgatunek, planując nie tknąć go w przyszłości choćby i kijem. Niedawno w moje ręce trafił jednak Primal Hunter, a skoro już spozierał nieśmiało z półki, dałem się skusić. Kto wie, może tym razem załapię wreszcie, skąd te wszystkie zachwyty?

Fabuła powieści Zogartha podąża znajomym schematem. Z bliżej niewyjaśnionych przyczyn korporacyjny biurokrata trafia do świata kierującego się zasadami zbliżonymi do gier komputerowych. Mieszkańcy są opisani szeregiem statystyk, awansują na kolejne poziomy, odblokowują umiejętności i tak dalej. Akcję pierwszego tomu osadzono w obszarze samouczka, czyli specjalnie wydzielonej strefie, gdzie nowicjusze pokroju Jake’a i jego kompanów mają okazję przyswoić nową rzeczywistość i zrozumieć rządzące nią zasady. Wszechwładny System nie zamierza jednak trzymać nikogo za rączkę i tłumaczyć każdego szczegółu – najmarniejszy bodaj strzęp wiedzy należy samodzielnie wyszarpać metodą prób i błędów. Sytuacji nie poprawia fakt, że tutejsze realia wyraźnie premiują agresywne zachowania. Jak nietrudno się domyśleć, zasady z poprzedniego życia Jake’a szybko trafiają na śmietnik.

Dłuższy czas zastanawiałem się, jak podejść do analizy Primal Huntera, i doszedłem do wniosku, że wiele zależy od wieku potencjalnego czytelnika. Gdybym wciąż miał 13 lat, a mama goniłaby mnie sprzed komputera, nie posiadałbym się z zachwytu: toż to prawie jak RPG! Są przygody, statystyki, przedmioty – aż chciałoby się chwycić za pada i samemu skosztować tych wszystkich pyszności! Sęk w tym, że „trzynastka” strzeliła mi w roku premiery Warcrafta III, czyli mniej więcej w późnym średniowieczu. Jako człowiek – za przeproszeniem – dorosły dostrzegam zaś niedostatki, nad którymi dawniej przeszedłbym do porządku dziennego. Weźmy sam początek. Znudzony facet wsiada do windy z zamiarem odbębnienia kolejnego dnia w korpo. Ni z tego, ni z owego zostaje przeniesiony do obcego świata oraz posadzony naprzeciw robota czy innego kosmity, bredzącego coś o klasach i umiejętnościach. Zamiast próbować w panice ustalić, co się – do ciężkiej cholery – wyprawia, gość wzrusza ramionami i spokojnie rozważa, która postać najbardziej odpowiada jego preferencjom. Ot, wtorek.

Kupuj bez DRM na GOG.com!

Jeśli dokonasz zakupu z powyższego linku, możemy otrzymać niewielką prowizję.

Poszczególni bohaterowie cechują się niewielką głębią psychologiczną, prostymi motywacjami i skromną dozą rozsądku. „Gracze” traktują nową rzeczywistość jak realną, bowiem śmierć wygląda na nieodwracalną. Mimo to nie mają problemu z ryzykownymi, sprzecznymi z logiką posunięciami. Psychopatę mogącego dać wreszcie upust swoim żądzom jeszcze rozumiem (swoją drogą to jedyny w miarę ciekawy jegomość), ale „normalny” facet, który z własnej woli udaje się na wygnanie, bo tak zdobędzie więcej doświadczenia, odrobinę mi umyka. Rzecz jasna próżno oczekiwać też nazbyt złożonych charakterów. Choć teoretycznie mowa o żywych osobach, a nie bezmyślnych NPC-ach, mało kto jest kimś innym, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Drużynowa medyczka istnieje tylko po to, by Jake miał do kogo wzdychać, szef najemników jest… szefem najemników (bezwzględnym i zamordystycznym, rzecz jasna) i tak dalej. Chęć wpasowania się w potrzeby nieletniego odbiorcy wskazuje nawet zastosowany przez autora (bądź tłumacza, trudno orzec, ponieważ nie miałem dostępu do oryginału) język. Jest bardzo prosty, potoczny do tego stopnia, że momentami zahacza o niezbyt ambitnego fanfika. Pisarz niespecjalnie zawraca sobie głowę konstrukcją zdań, powtórzeniami, próbami dopasowania słownictwa do danej sytuacji bądź osoby i tak dalej. Aż mi się pierwsze sesje w D&D przypomniały…

Twórczość Zogartha ma mimo wszystko pewną przewagę nad nieszczęsnym „Szamanem”. Autor jako tako przemyślał reguły rządzące „grą”, więc nawet jeśli główny bohater wymyka się ograniczeniom pętającym pozostałych, na większość zaszczytów musi przynajmniej zasłużyć. Nieodzowne dla podgatunku farmienie doświadczenia, „pompowanie” statystyk, profesji oraz zbieranie przedmiotów (podsumowane stosownymi powiadomieniami od Systemu oraz okazjonalnym wglądem w „kartę postaci”) zachowuje więc elementarny sens. Jake nie dokonuje nadzwyczajnych czynów „bo tak”, jak miał w zwyczaju jego odpowiednik z prozy Machanienki. Owszem, rośnie w siłę, ale w uzasadniony sposób. Jestem pewien, że dawniej byłbym tym aspektem zachwycony, co piszę bez cienia ironii. Hej, do dziś potrafię przeczytać podręcznik do „papierówki”, nawet jeśli nigdy w życiu nie chwycę już pewnie za kostki, więc wiem, o czym mówię.

Czy Primal Hunter sprawił, że polubiłem LitRPG? W żadnym razie. Poczucie współuczestniczenia z głównym bohaterem w grze komputerowej jest przyjemne, ale nawała statystyk i modyfikatorów pozostawiła niewiele miejsca na sensowną fabułę, ciekawe postacie czy wiarygodne dialogi. Złośliwy mógłby rzec, że to akurat dobrze, bo większość gier również nadmiarem takowych nie grzeszy. Problem w tym, że trzymając pada, łatwo przegapić część głupotek, lecz kiedy uwagi nie rozprasza konieczność „osobistego” wybijania wrogów, optyka ulega zmianie.

Dorosły człowiek raczej nie ma czego szukać w Primal Hunterze, chyba że nigdy nie próbował LitRPG, a ma ochotę na literacki eksperyment. Co innego młodzież. Podejrzewam, że nastolatkowie będą się bawili znakomicie. Powieść oferuje wartką akcję, poczucie rośnięcia w siłę i wszystko, czego przed laty oczekiwałem od gier komputerowych, tyle że zaklęte w papier. Żeby było jasne: nie kpię, patrząc z pogardą z tronu „wiekowego” mędrca, bo anim szczególnie sędziwy, ani nazbyt rozgarnięty. Mam po prostu świadomość faktu, że potrzeby odbiorcy ewoluują wraz z upływem lat, co jest rzeczą absolutnie naturalną. Dziś stękam na LitRPG, za dwadzieścia lat będę pewnie psioczył na to, co zachwyca mnie obecnie.


Cursian
Zobacz komentarze ()

Komentarze

Ostrzeżenie

Komentowanie jest zarezerwowane dla zarejestrowanych użytkowników. Zaloguj się poniżej lub zarejestruj - za darmo i w mniej niż 2 minuty!

Zaloguj się
Nie zalecane na współdzielonych komputerach
Szybsze logowanie
Dołącz do nas na Facebooku! Dołącz do nas na Facebooku!
Dołącz do nas na Twitterze! Dołącz do nas na Twitterze!
Dołącz do nas na Twitterze! Zasubskrybuj informacje z Enklawa Network w Google News!