Herezja Horusa jest bodaj najbardziej rozbudowanym, a zarazem fascynującym cyklem w świecie „kosmicznego” Warhammera. Perspektywa sięgnięcia po niespełna 50 dostępnych obecnie w Polsce tomów potrafi jednak onieśmielić, zwłaszcza że następne dopiero przed nami. W jakiej kolejności czytać? Od czego zacząć? Czy warto w ogóle się angażować? Podseria Prymarchowie powstała z myślą o ludziach zadających sobie takie właśnie pytania. Są to krótkie, niezależne od głównej gałęzi fabularnej historie przybliżające kluczowe dla uniwersum postacie.
Zacznijmy od informacji ogólnych. Herezja Horusa traktuje o okresie historycznym mającym miejsce 10 tys. lat przed wydarzeniami ze „współczesnego” Warhammera 40k. Ludzkość stała wówczas u szczytu potęgi, niepodzielnie władając większością galaktyki dzięki osobistemu przywództwu Imperatora. Niedobitki xenos padały pod naporem dysponujących niewyobrażalnym dziś arsenałem Astartes, zaś gospodarka oraz kultura kwitły. Wyczekującym ostatecznego triumfu Imperium Człowieka wstrząsnęła jednak wojna domowa, która zapoczątkowała jego upadek. Społeczeństwo stopniowo popadło w odmęty szaleństwa, zabobonu i zamordyzmu. Na domiar złego siły Chaosu wyszły z cienia, przeciągając na swą stronę część z niezachwianie dotychczas lojalnych marines. Słowem: działo się.
No dobrze, ale kim w ogóle są ci cali Prymarchowie, zapytacie? Upraszczając, synami Imperatora oraz wodzami dawnych legionów Astartes. Stanowią personifikację określonych cech ojca: zmysłu taktycznego, nadziei, wierności, przebiegłości i tak dalej. Owe wartości w mniej lub bardziej świadomy sposób przekazali podległym żołnierzom, kładąc podwaliny pod niebywałe zróżnicowanie poszczególnych grup futurystycznych zabijaków.
Wybaczcie przydługą lekcję historii – to już w zasadzie cała wiedza, jaką musicie posiadać. Przechodząc wreszcie do rzeczy: Roboute Guilliman - Władca Ultramaru prześwietla osobę przywódcy Ultramarines. Jeśli graliście w Space Marine’a 2, powinniście ich kojarzyć. Odziani w niebieskie pancerze wojownicy stanowią kwintesencje tego, czym w założeniach powinni być Astartes. Honorowi służbiści, postępujący ściśle według zasad: bezwzględni, gdy trzeba, litościwi, kiedy to możliwe. Nie posiadają specjalnych mocy ani dziwacznych cech – sukces zapewniają im dyscyplina, ogień bolterowy oraz wierność Imperatorowi.
Ultramarines, choć kluczowi dla marki, przez wielu są uważani za niewymownie nudnych: ot, pozbawieni błysku twardziele z wielkimi giwerami. Choć trudno zaprzeczyć podobnym stwierdzeniom, taki właśnie był zamysł. Musi przecież istnieć „normalna”, powszechnie kojarzona grupa, by na jej tle pozostałe miały okazję zabłysnąć unikalnością. Bez niebieskich sztywniaków Wilki nie szokowałyby dzikością i brakiem manier, a Pożeracze Światów bezwzględnym okrucieństwem. Co więcej, oddziały Guillimana łatwo zrozumieć: sięgasz po książkę, odpalasz grę i po 5 minutach wiesz już w zasadzie wszystko. To wada, ale też zaleta – zależy, jak spojrzeć.
Sedno powyższego wywodu ma bezpośrednie przełożenie na książkę. W innych okolicznościach, widząc drewniane, przepełnione pseudofilozoficznym bełkotem dialogi, rwałbym włosy z głowy. Tutaj świadczą jednak o tym, że David Annandale doskonale zrozumiał naturę XIII Legionu. Żołnierze ględzą niczym bohaterowie filmów akcji z lat 90., co trzecie zdanie rzucają mądrościami z wykutych na blachę kodeksów postępowania, zaś myśl o ominięciu hierarchii napawa ich grozą. Mimo że mdliło mnie od wszechobecnego patosu, zarzucanie go synom Guillimana uważam za równie sensowne, co krytykowanie lekceważącego stosunku orków do staroterrańskiej poezji śpiewanej.
Skoro już o zielonoskórych mowa, wojna z nimi teoretycznie stanowi jeden z głównych wątków powieści, lecz z wyjątkiem niezłej końcówki niespecjalnie jest o czym mówić, bo to typowa tutejsza młocka. Boltery huczą, miecze łańcuchowe warkoczą, a w tle słychać baterie ciężkich dział. Kto ma na koncie inne książki z uniwersum, podobnych scen doświadczył już wielokrotnie, zapewne dramatyczniejszych lub o większej skali. Czy to problem? Cóż, pokazanie nowicjuszom „typowego Warhammera” stało u podstaw Prymarchów, więc trudno narzekać. Nawet jeśli chciałoby się więcej.
O ile średnio udany główny wątek i kiepskie dialogi można tłumaczyć założeniami cyklu oraz specyficzną kulturą Ultramarines, o tyle nie uzasadniają one nieporadności językowej. Trudno stwierdzić, czy winę należy przypisać autorowi, czy też tłumaczowi, ale momentami miałem ochotę chwycić za czerwony długopis i wyplenić wszechobecne babole, zwłaszcza że wielu dało się stosunkowo łatwo uniknąć. Koślawe „zazębiające się zębatki” wystarczyło zamienić na „dopasowane zębatki” względnie „zazębiające się tryby”. W pewnym miejscu na dwóch sąsiadujących stronach kilkanaście razy wciśnięto słowo „był”/„było”, choć w połowie przypadków wprowadzanie zamiennika lub lekkie przekonstruowanie szyku zdania załatwiłoby sprawę. Zupełnie zdębiałem zaś, widząc stwierdzenie, wedle którego czyjaś „złość mogła wybuchnąć szałem”. Złość jest uczuciem, nie może więc „wybuchnąć szałem”, co najwyżej się w niego przerodzić.
Książkę poświęconą Guillimanowi niełatwo ocenić. Celnie wskazuje istotę Ultramarines, podkreślając ich przywiązanie do honoru, dyscypliny oraz sztywnego kodeksu moralnego. Teoretycznie wywiązuje się więc z postawionego przed nią zadania. Niejeden nowicjusz, skuszony obecnością znanych ze Space Marine’a żołnierzy, może jednak odnieść wrażenie, że Warhammer nie oferuje niczego ambitniejszego literacko, przez co przegapi prawdziwe perełki. Powiem tak: Władca Ultramaru daje niezły wgląd w psychikę poprzedników Titusa, ale jest też jedną z najsłabszych „młotkowych” powieści, jakie czytałem.