Jednym z największych problemów rozbudowanych cykli fantasy jest wtórność. Kiedy musisz napisać trzydziestą książkę w tych samych, ograniczonych ciasnymi ramami realiach, niełatwo wydusić z siebie coś oryginalnego. W rezultacie czytelnik odczuwa coraz większe znużenie, aż wreszcie odchodzi, szukając świeżych wrażeń gdzie indziej. Powyższy schemat idealnie opisuje moją relację m.in. z Uniwersum Metro 2033. Dodatkowe przygody w stworzonym przez Głuchowskiego świecie brzmiały początkowo jak rewelacyjny pomysł, ale kiedy pojąłem, że mimo przenosin do kolejnych krajów, zmianie ulegają w zasadzie wyłącznie imiona głównych bohaterów, sympatia przerodziła się w niechęć. Warhammer, o dziwo, skutecznie unika podobnego losu. Choć mam już na koncie ponad 20 „staroświatowych” powieści, następne wciąż potrafią mnie jeszcze czymś zaskoczyć.
Autorzy skupieni wokół „młotka” doskonale rozumieją, że skali i złożoności powierzonego im świata nie należy traktować jak przeszkody, lecz przekuć je w okazję do sprostania oczekiwaniom różnych grup docelowych. Przygody Zabójcy Trolli zdobyły serca miłośników „heroicznej” klasyki, nieudolne spiski Thanquola rozbawiły ponuraków, zaś śledztwa inkwizytora Thulmanna znalazły aprobatę poszukiwaczy klimatu grozy. Nathan Long podszedł do tematu pod jeszcze innych kątem, oferując dworskie intrygi, złożone charaktery oraz moralną szarość.
Opisywane wydanie składa się z trzech książek: Zrodzonej we krwi, Zahartowanej we krwi oraz Zaprzysiężonej we krwi. Mimo braku bonusowych opowiadań i tak liczy ponad 1000 stron, więc zdecydowanie jest co trzymać w ręku. Wielu z was może kojarzyć główną bohaterkę z przygód Gotreka i Felixa. Wypada zatem wspomnieć, że akcję Wampirzycy Ulriki osadzano gdzieś pomiędzy drugim a trzecim omnibusem o popularnym duecie. Sięgając po książki w niewłaściwej kolejności, nadziejecie się na pewne spojlery, ale że największy z nich pada w tytule, nie przywiązywałbym do sprawy większej wagi.
Była kochanka Felixa dołączyła do grona nieumarłych stosunkowo niedawno i wciąż próbuje zrozumieć nową rzeczywistość. Ma trudności z kontrolowaniem instynktów, gardzi potrzebą picia krwi oraz odrzuca ścisłą hierarchizację wampirzego społeczeństwa. Jako córka pogranicznego szlachcica przywykła do niezależności, tymczasem wszyscy traktują ją jak nieporadne, głupiutkie dziecko. Fakt, że mają w tym nieco racji, wcale nie ułatwia sprawy. Podobnie zresztą jak konieczność porzucenia bryczesów i miecza na rzecz fikuśnych sukien oraz fałszywych uśmiechów, będących jakoby główną bronią jej przybranego rodu.
Nathan Long włożył zaskakująco dużo trudu w ukazanie psychiki bohaterki. W przeciwieństwie do gatunkowego standardu, Ulrika nie łapie wszystkiego w lot, by po trzech rozdziałach rozstawiać starsze wampiry po kątach i rozwiązywać odwieczne zagadki za sprawą zdobytej cudownym sposobem mocy. Bojarówna popełnia błędy, daje się zwodzić, łamie stawiane samej sobie ograniczenia lub podejmuje decyzje pod wpływem chwili, nie zaś na podstawie dalekosiężnego, rozpisanego na chłodno planu, wiodącego prostą drogą do zwycięstwa. Niektórzy uznają ją pewnie za histeryczną i targaną skrajnymi impulsami, bo prawdę mówiąc taka właśnie jest… co w mojej opinii wyśmienicie pasuje do rozpuszczonej młódki, której cały świat fiknął właśnie spektakularnego koziołka. Choć daleki jestem od twierdzenia, że autor dokonał cudu, nadana Ulrice głębia uczyniła zeń jedną z najciekawszych postaci w ramach „średniowiecznego” Warhammera.
Czytelnik ma również okazję poznać zwyczaje poszczególnych frakcji, zrozumieć ich charakterystykę oraz cele polityczne. Ciekawym doświadczeniem jest spojrzenie na konflikt z „ludzkim bydłem” od strony czarnych charakterów. Choć pogardę uważa się za postawę zrozumiałą tudzież powszechnie akceptowaną, nie powinna prowadzić do nazbyt jawnych działań, ponieważ szkodzą one interesom, niepotrzebnie zwracając uwagę Inkwizycji. Zważywszy na to, że dobro i zło bywają pojęciami mętnymi, członków tej ostatniej nie zawsze można określić mianem bezmyślnych fanatyków. Ponownie: nic szczególnie nowatorskiego, acz poczułem się przyjemnie zaskoczony.
Od względnie wysokiego poziomu zbiorku odstaje wyłącznie zalatująca mało ambitną rąbanką Zahartowana we krwi. Miewa swoje momenty, lecz jedna czy dwie udane sceny nie równoważą rozmytej narracji oraz mniejszego nacisku osobowość bohaterki. W całej trylogii trzeba też zaakceptować typowe dla fantastyki głupotki w stylu przecinania rapierem wilczych karków, potężnie umięśnionych męskich ramion albo stalowych łańcuchów*. Uważam jednak, że czynienie z tego zarzutu książkom o wampirach i magach, ma równie wiele sensu co krytykowanie Rambo za ignorowanie potrzeby przeładowywania broni.
Drobne potknięcia nie umniejszają tego, że Wampirzyca Ulrika to kawał solidnej fantastyki w starym, pozbawionym zadęcia stylu. Mimo zachowania klasycznej formuły, Long tchnął w bohaterów dość życia, by podtrzymać zainteresowanie nawet doświadczonego czytelnika. Rzecz jasna nie można mówić o konkurencji dla Gry o tron czy dzieł Abercrombiego, ale jeśli ktoś szuka dowodu na to, że książkowy Warhammer bije na głowę Warcrafta i inne „tasiemce”, trudno o lepszy przykład. No chyba że sięgniemy po 40k…
*Nadnaturalna siła niewiele pomoże, jeśli wybierzesz niewłaściwe narzędzie do danej roboty. Choć prawdziwe rapiery służyły głównie do pchnięć, większość z nich rzeczywiście posiadała ostrze umożliwiające cięcia. Z racji na ciężar i konstrukcję głowni te ostatnie nie były jednak zdolne do spenetrowania grubej warstwy mięśni czy jakiegokolwiek opancerzenia. Mówimy o stosunkowo płytkich ranach. „Płytkich” nie oznacza przy tym niegroźnych. Czasem wystarczyło wszak trafić w dłoń, oczy bądź tętnice, co nie wymagało wdarcia się w cudze ciało na 10 centymetrów…