Karaibska krucjata. Płonący Union Jack - Marcin Mortka - Recenzja

Do stu tysięcy kul i kartaczy, to nieprawdopodobne, co się ze mną ostatnio dzieje. Od kilku dni odczuwam przemożną chęć wyśpiewywania na całe gardło marynarskich szant, rugania śmiertelnie niebezpiecznych piratów (drogowych) i spożywania w dużych ilościach wyskokowych trunków, w szczególności grogu i rumu, o które na moje szczęście trudno w okolicznych sklepach. Ten nader niespodziewany i niezwykle niebezpieczny stan umysłu ma, jak przypuszczam, związek z lekturą pierwszej części dylogii autorstwa Marcina Mortki pt: Karaibska krucjata. Płonący Union Jack.

Muszę uczciwie przyznać, że jako typowy przedstawiciel gatunku określanego czasem przez ludzi morza pogardliwie mianem szczura lądowego, nie byłem w pełni przygotowany na spotkanie z całą watahą wilków morskich zaokrętowanych na pokładzie statku o dźwięcznej nazwie „Magdalena”. Kiedy jednak minął pierwszy szok kulturowy, postanowiłem chłonąć specyficzną atmosferę powieści, a przy okazji liznąć nieco wiedzy na temat żeglowania. Po ukończeniu lektury z przykrością stwierdziłem, iż nadal nie jestem w stanie klarownie wytłumaczyć, jaka jest różnica między fokiem , a foką, ani czym różni się bukszpryt od bukszpanu. Zamiast tego głęboko w pamięci wryły mi się najszpetniejsze przekleństwa używane przez marynarzy, które cisną mi się na usta, ilekroć coś wyprowadzi mnie z równowagi.

Wracając jednak do sedna sprawy; głównym bohaterem powieści, oprócz kaperskiego okrętu „Magdalena”, jest jego kapitan William O'Connor - niezwykły pechowiec i narwaniec, który do perfekcji opanował sztukę pakowania siebie i swej załogi w kłopoty. Na szczęście ten niezwykle kochliwy i skory do awantur dowódca może w każdej sytuacji liczyć na swych dzielnych ludzii. Na specjalne wyróżnienie w kategorii niebanalna postać powieści marynistycznej zasługują: Edward Love - oficer i gentleman, posiadający zdolność powalenia gołymi rękoma tuzina przeciwników, nie roniąc przy tym kropelki potu i pozostając w zgodzie z dworską etykietą, znienawidzony przez załogę kuk Butcher,wykorzystujący narzędzia kuchenne do zgoła innych celów, czy w końcu miotający przekleństwa we wszystkich językach świata Sanchez - okrętowy cieśla. Ważną rolę do odegrania mają w powieści także pojawiające się od czasu do czasu duchy dawnych kapitanów i prześladujący załogę, złośliwy i przewrotny diabeł morski.

Jak przystało na dzieło opiewające losy prawdziwych wilków morskich, powieść obfituje w liczne motywy morskich bitew, karczemnych awantur i zmagań ze sztormową pogodą.William O'Connor wraz ze swą niezastąpioną załogą mają okazję nie tylko przeprowadzić cało konwoje jednostek handlowych, ale także zagrać na nosie kapitanom potężnych okrętów należących do Royal Navy, wywołać międzynarodowy konflikt ostrzeliwując Bogu ducha winnych Francuzów, ustrzec przed zniszczeniem oblężone miasto, a nade wszystko stanąć w obronie czci pewnej pięknej damy. Prawdziwym wyzwaniem dla dowódcy "Magdaleny" będzie jednak zmierzenie się ze zgrają najgroźniejszych piratów i ich przywódcą Christopherem de Lanvierre.

Sięgając po tę pozycję, spodziewałem się wielu odniesień i nawiązań do kinowych hitów z Jackiem Sparrowem w roli głównej, nie sądziłem jednak, iż autor potrafi tak doskonale bawić się konwencjami i stylami. Do tej chwili nie mogę się nadziwić, jak udało mu się przemycić do historii o marynarzach postać niezwyciężonego Rambo. Choćby dla rozwikłania tej tajemnicy warto zajrzeć do książki.

Karaibska krucjata to wyśmienita lektura nie tylko dla osób interesujących się marynistyką i historią, ale także dla tych, którzy lubią dowcip i zabawę konwencjami. Biorąc pod uwagę wielkie poczucie humoru autora mam nadzieję, iż nie obrazi się on, jeśli pozwolę sobie w ostatnich słowach na sparafrazowanie klasyka i wzniesienie gorącego apelu: Marcinie, Mortko Ty nasza, podążaj tą drogą!


Profil redaktora szakul


Opublikowano: 01.06.2011 23:59