Szubienicznik - Jacek Piekara - recenzja

Po krótkim i burzliwym romansie Jacka Piekary z powieścią historyczną, którego dzieckiem jest udany Charakternik, autor ponownie zwraca się w jej kierunku płodząc tym razem Szubienicznika. Czy ktokolwiek będzie potrafił wywalczyć sobie choćby odrobinę przestrzeni w domenie Jacka Komudy? Wydaje się, że powoli udaje się to Piekarze (przy akceptacji monopolisty), o czym świadczy fakt wydania już kontynuacji o podtytule Falsum et verum.

Jacek Zaremba, podstarości łęczycki – główny bohater Szubienicznika – przybywa do włości Hieronima Ligęzy na wyraźną prośbę gospodarza. Po należytym przywitaniu gościa wieloma ucztami stolnik wyjawia powód zaproszenia. Okazuje się, że Zaremba jest jedyną osobą, której przybycia spodziewał się Ligęza. Od dłuższego czasu do majątku stolnika zjeżdżają goście z całej Rzeczypospolitej z zaproszeniami podpisanymi przez samego gospodarza. Problem tkwi w fakcie, że ów widzi te dokumenty pierwszy raz, gdy należy powitać przybyłych. Podstarości jest osobą mogącą pomóc stolnikowi w rozwikłaniu sprawy tajemniczych zaproszeń oraz gościom w uporaniu się z przeszłością.

Akcja rozgrywa się w gabinecie Ligęzy. Po długim wstępie goście przechodzą do opowiadań historii swojego życia gospodarzowi i podstarościemu, co jak zapewniają listy, ma pomóc w odnalezieniu osób, które przyczyniły się do upadku zaproszonych. Największym plusem powieści są wątki fabularne poszczególnych pokrzywdzonych. Są ciekawe, a w każdej, oprócz finału drugiej z nich, postacie kierują się logiką i dobrem własnym. Tak naprawdę książka jest zbiorem trzech opowiadań z wieloma przerywnikami.

Przedstawienie wydarzeń w formie opowieści umożliwia Piekarze wyciąganie z historii tego, co najlepsze. Nudniejsze wątki są pomijane, ale równie skrupulatnie omijane są opisy walk, tak barwne u Komudy. Autor skupia się tylko na tym, co najistotniejsze, a reszta streszczona jest przez opowiadającego w przerywniku. Czytelnik dostaje więc trzy długie opowieści okrojone na rzecz rozwijania właściwego tła powieści, co nie wyszło na dobre książce.

Niestety, powieść byłaby dużo przyjemniejsza w odbiorze, gdyby pozbyto się wspomnianych przerywników. Ciężko nie odnieść wrażenia, że stworzone są, aby zwiększyć objętość książki. Ligęza i Zaremba często wchodzą w słowo rozmówcom, co irytuje czytelnika i nic nie wnosi do opowieści. To samo tyczy się wstępu, który mógłby być okrojony ze zbędnych pomniejszych wątków i wielu dywagacji bohaterów.

Konstrukcja bohaterów budzi mieszane uczucia. Z jednej strony mamy Zarembę przedstawionego jako wybitna jednostka, zawsze odgaduje dalsze wątki opowiadanych przygód przerywając gościom. Nawet gdy wygłasza pogląd odmienny od zdania Ligęzy, to szybko go zmienia i, co więcej, argumentuje tak, jakby podstarości miał taką opinię od zawsze. Zaremba jest zdecydowanie najsłabiej wykreowaną postacią. Gospodarz i jego domownicy są do bólu szablonowi. Ligęza jest najbardziej doświadczonym, najmądrzejszym, dbającym o chłopów, przewidującym dokładnie upadek Rzeczypospolitej starcem, który ma piękną, młodą i kształtną kochankę. Jego córka jest bodaj jeszcze powabniejszą istotą od faworyty stolnika, na dodatek inteligentną i melancholijną, spoglądającą, jakżeby inaczej, łaskawym okiem w stronę Zaremby.

Z drugiej strony mamy zaś barwne postacie przybyłych gości. Różnice obejmują i sposób mówienia, i całą historię upadku. Nie da się doszukać jakichkolwiek podobieństw między bohaterami. Jeden nie toleruje przerywania sobie, co nie przeszkadza duetowi w irytującym procederze, inny z chęcią na bieżąco wysłuchuje komentarzy. Jest zemsta, naiwność, żądza pieniądza i zazdrość, a wszystko rozważnie podzielone pomiędzy troje gości.

Autor upodobał sobie kilka zwrotów, których używa nagminnie, jak „hetka-pętelka” i „pływać po piasku”. Dotyczy się to również dłuższych form, gdzie bodaj trzy razy czytelnik natknie się podczas lektury na opis wątpliwej odwagi u osób wyglądających na groźnych i niezwykłego wyrachowania od ludzi „za których wygląd nie dałbyś nawet klepańca”. I choć dotyczy raz kondycji, potem umiejętności szermierczych, to ciężko nie znaleźć podobieństw w przekazie, co ponownie wywołuje wrażenie rozdmuchania powieści.

Nadzieję na więcej akcji w drugiej części powieści daje to, że chyba wszystkie historie zostały przedstawione, a w samym finale tempo się zwiększa. Niestety tylko przez półtorej strony, po czym lektura się kończy.
 
Reasumując, gdyby w książce zostawiono same opowieści zaproszonych gości lub przynajmniej pozbyto się części wtrąceń, to Szubienicznik byłby ciekawą książką z dobrze wykreowanymi bohaterami w mocno „piekarowym” stylu. W przeciwnym wypadku jest powieścią, której lektura się dłuży i momentami irytuje, przez co nie sposób nie robić sobie częstych przerw.


Profil redaktora Sonky


Opublikowano: 17.04.2014 18:23