Skradzione dusze - Terry Goodkind - recenzja

Przedstawiać Terry’ego Goodkinda  fanom fantasy z całą pewnością nie trzeba. Po prawdzie nie trzeba by nawet recenzować najnowszej części jego dzieła, bo każdy, kto wcześniej zetknął się z cyklem Miecz Prawdy, będzie chciał tę książkę przeczytać i żadna recenzja, zła czy dobra, na to nie wpłynie. Tym jednak, którzy w jakiś sposób nie zetknęli się na swojej czytelniczej drodze z tym autorem, należałoby nieco przybliżyć sytuację.

Terry Goodkind zadebiutował w 1994 roku, kiedy to wydał tom otwierający cykl – Pierwsze prawo magii. Książka ta stanowiła swego rodzaju fenomen, chociażby dlatego, że autor za prawo do jej wydania otrzymał rekordową, jak na debiutującego pisarza, sumę – 275 tys. dolarów. Od tamtego czasu prawie co roku, aż do 2007, Goodkind wydawał kolejne tomy bestsellerowego cyklu, który w końcu osiągnął liczbę jedenastu książek o objętości średnio 600 stron. Dodatkowo, jak to zwykle bywa z kurami znoszącymi złote jaja, autor pokusił się o prequel i trzytomowy, jak do tej pory, sequel całej historii. Skradzione dusze to właśnie trzecia część sequelu – czyli tak naprawdę mamy do czynienia z kolejnym tomem cyklu, który oficjalnie częścią cyklu nie jest.

Przybliżanie fabuły w przypadku tak rozbudowanej wielotomowej historii w moim odczuciu mija się z celem. Dla tych czytelników, którzy nie czytali wcześniejszych części, opis z tylnej okładki wyda się tak zawiły, że aż zabawny. Ujmując rzecz bardzo ogólnie – Richard i pozostali bohaterowie robią to, co zwykle: walczą o życie z kolejnym potężnym przeciwnikiem zagrażającym światu. Od razu w głowie powstaje myśl: „to nic nowego”, zwłaszcza, że naście wcześniejszych tomów też opierało się na tym schemacie. Richard, odkąd w pierwszym tomie wpadł w tarapaty, tak przez kolejne trzynaście książek nie może się z nimi uporać, bo rozwiązanie jednego problemu ciągnie za sobą kolejne nieprzewidziane konsekwencje. Jednak Goodkind nawet z teoretycznie poważnej wady książki, jaką jest powtarzalność, potrafi stworzyć atut - właśnie na temat tej wady napisać powieść i jeszcze poprzeć to kolejnym „prawem magii”, które tradycyjnie pojawia się we wszystkich częściach i stanowi pewną powszechną prawdę sprawdzającą się nie tylko w fantastycznym świecie Goodkinda, ale także w naszym codziennym życiu.

Powieść jak zwykle prezentuje wysoki poziom – autor doskonale potrafi manipulować akcją tak, by czytelnika wciągnąć na wiele godzin. O ile początek czyta się powoli, celebrując możliwość ponownego zagłębienia się w pisarstwo Goodkinda, o tyle od połowy nie ma już mowy o celebrowaniu  - fabuła pędzi tak, że trzeba dużo silnej woli, by tę książkę odłożyć na później. W rezultacie prawie 500 stron tekstu mija błyskawicznie i chociaż po tylu tomach tej samej opowieści wydawałoby się, że już niczym nie da się czytelnika zaskoczyć, autor robi to w sposób tak niespodziewany, że czasem trzeba się cofnąć i dany fragment przeczytać jeszcze raz, i jeszcze raz, żeby do umysłu dotarło to, co się właśnie wydarzyło.

Technicznie książka jest prawie taka jak zawsze. Tłumaczenie niezmiennie zawdzięczamy Lucynie Targosz, co oczywiście jest dużym plusem, bo nie ma żadnych problemów z  różnicami w nazwach własnych w odniesieniu do poprzednich części powieści. Wydawcy postanowili jednak odrobinę powiększyć czcionkę w stosunku do „starych” tomów, co wydaje się dobrą decyzją – większa jest po prostu bardziej komfortowa dla oczu. Jedynym minusem jest okładka. W starszych tomach zachowano okładki oryginalne, a kolejne utrzymywano w tej samej konwencji rysowanej ilustracji związanej z tematem książki. Ta najnowsza, mimo że stworzona przez tego samego autora, wydaje się być nie najszczęśliwszą hybrydą zdjęcia z grafiką, w dodatku kompletnie niezwiązaną z fabułą… za to pasującą do współczesnych trendów – niestety. 

Ostatecznie jednak słaba okładka, choć ważna w momencie walki o uwagę czytelnika, Goodkindowi zaszkodzić już raczej nie może. Każdego, kto z książkami z tego cyklu wielokrotnie spędzał długie godziny, zachęcać nie muszę, bo i tak prędzej czy później sięgnie po Skradzione dusze. W stosunku do całej reszty zainteresowanych, którzy jeszcze tej drogi nie przebyli i historii nie znają, warto posłużyć się cytatem ze słynnej gry planszowej: „Wracasz na start” i odesłać do roku 1994.


Profil redaktora Shane


Opublikowano: 18.03.2015 02:04