Oko Jelenia: Drewniana Twierdza - Andrzej Pilipiuk - Fragment #2

Kozak Maksym i żelazny komar
Maksym Omelajnowicz uderzył konika piętami w boki. Szkapa popatrzyła na niego z wyrzutem, ale przyspieszyła. Ledwo widoczna ścieżka wiła się po zboczach góry Fløyen. Kozak z odrazą oglądał szare granitowe skały, liche drzewka czepiające się korzeniami szczelin między kamieniami.
- Kraina plugawa, jałowa i skalista niczym bisurmański Krym - powiedział do szkapy. – Szczęściem
długo miejsca tu nie zagrzejemy. Aby do wiosny jakoś przebiedować, a potem, jak Bóg da, do dom wracamy. Stąd, z góry, Bergen widać było jak na dłoni. Trzecią godzinę Kozak błąkał się po zboczach, szukając odpowiedniego miejsca na wykopanie ziemianki. Trafił już na trzy lub cztery, ale przeczucie podpowiadało mu, że nie należy zadowalać się byle czym. Notował w pamięci, gdzie rośnie dobra trawa. W kilku miejscach zeskoczył z konia, by przeżuć łodyżkę lub dwie ziela. Rośliny w tych stronach były inne niż na Ukrainie, ale znalazł co trzeba. Dróżka, którą obecnie podążał, spodobała mu się już na pierwszy rzut oka. W miarę szeroka, co świadczyło, że kiedyś jeżdżono tu furką, lecz jednocześnie zarośnięta.
- Prrr... - osadził klaczkę.
Na szerokiej półce skalnej ktoś kiedyś mieszkał. Maksym zeskoczył z siodła. Maluśki domek wzniesiono z kamiennych ciosów spojonych gliną. Dach zapadał się do wnętrza. Stare, rozeschnięte drzwi wisiały na sparciałych zawiasach. Obok chaty ział otwór groty zabezpieczony resztkami palisady.
Wszystko dawno zarosło chwastem. Błona zaciągająca okno była pęknięta. Kozak wszedł do środka domu. Najpierw poczuł charakterystyczny trupi zapach, co skłoniło go, aby w pierwszej kolejności zlokalizować jego źródło. Na całkiem jeszcze porządnym łożu pod zetlałą derką spoczywał szkielet.
- Tfu! - splunął z dezaprobatą. - Co za kraj pogański, że nawet szczątków zmarłego ziemi nie oddali...
Rozejrzał się po wnętrzu. Nikt od lat tu nie zaglądał. Piec był pęknięty, wiszący na haku miedziany kociołek
pokrył się wykwitami śniedzi. Maksym przejrzał wszystkie kąty, znajdując zardzewiały kozik, dziurawy worek, kilka drewnianych misek stoczonych przez robactwo.
Pozbierał kości, zawinął w derkę, a następnie wyciągnął na zewnątrz. Odszukał drewnianą łopatę, której koniec okuto żelazem i nie spiesząc się, wykopał w kamienistej ziemi grób.
Złożył w nim szczątki, przykrył siennikiem z łoża. Następnie zdjął papachę i przeżegnał się nabożnie.
- Przyjacielu drogi a nieznajomy, dziękuję ci z całego serca mego prawosławnego za twój dom, łoże, kociołek i inne sprzęty, którymi mnie ubogiego wędrowca poratować raczyłeś. Spoczywaj w pokoju, a Bóg niech twą duszę przygarnie.
Z metalowej buteleczki zaczerpnął święconej wody i chlapnął na szczątki, a następnie zasypał mogiłę.
- Chrystus zmartwychwstał, tak i my z martwych powstaniem... - Wbił u wezgłowia krzyż.
Rozkulbaczył klaczkę i puścił ją wolno, aby poskubała zeschniętej jesiennej trawy, a sam zaczął przepatrywać ruinę, planując jednocześnie kolejność prac.
Za domem jest zbiornik na wodę ściekającą po skałach, należy go oczyścić. Dach zniszczony, wymieni się bieżmo, a potem pokryje go korą. W jaskini ulokuje konika. Trzeba tam nową ścianę wznieść i to nie z drewna, a z gliny i kamieni, bo wichry od morza tu z pewnością dokuczliwe... Ścieżkę w dół doliny należy zbadać, bo niepodobna drogą naokoło chodzić za każdym razem, gdy zechce szynk odwiedzić... Niektóre sprzęty już do niczego, trzeba znaleźć odpowiednie drewno i porobić
sobie nowe. Na skalnych półkach sporo trawy rośnie, pójdzie z sierpem i pościna, wiatr przesuszy, a dużo musi na strychu zgromadzić, bo to i jedzenie dla konika na zimę, a i cieplej będzie. W głąb doliny pojedzie, tam lasy, bo krzaków na skale niewiele, a tu potrzeba na mrozy sąg drewna naszykować...
Wreszcie zadowolony z życia siadł przy rozklekotanym stole. Przygotował papier i inkaust. Jednym zręcznym ruchem kozika przyciął gęsie pióro.
Drogi batko atamanie!
Jeśli list mój dotarł do rąk twych, wiesz już, iż rozkazy twe wypełniając, z pludrackiego miasta Stockholmu drogę na zachód obrałem, aby na miejscu zbadać legendy o skarbach i fortunie kupców Bergenu. Po przygodach licznych i część gotówki strwoniwszy, przybyłem oto na miejsce, o czym spieszę donieść.
Droga ma przez wysokie góry wiodła, gdzie mimo iż Oktobrus kalendarium moje pokazało, mrozy i srogie śnieżyce pokonać mi przyszło. Okolica ta dla Kozaków wielce przykra, jako iż wzrok nasz przywykły, by swobodnie hulać po stepie, tu co i rusz na górę skalistą natrafia, przez co oko się męczy, a i rozum tęsknota za ziemią ojców paląca ogarnia. Osobliwością tej krainy są wąwozy, które tubylcy fiordami zwą, a które na dnie swym głębokim wodę mają, ponoć morza odnogi, co dla onej wody słoności prawdopodobnym mi się wydaje. Drogi brzegami ichnimi się wiją, jako że przebyć ich mostem dla szerokości niepodobna.
Przebywszy jednakowoż te trudy i znoje, zjechałem w doliny, gdzie nad zatoką wlaną między dwie góry, jako
bełt wbity pomiędzy pośladki, miasto owo się rozłożyło. Bergen to gród dziwaczny, ni do pludrackich, ni do lachskich, ani nawet do turczyńskich zgoła niepodobny. Niepodobieństwa te spisać spróbowałem. Tedy pierwsze jest takie, iż lud tu durny wielce, w jednym miejscu miasta wznieść nie potrafił, tedy w kawałkach je rozrzucił. Na zachodzie zamek wzniesiono, by nad wejściem do zatoki czuwał. Obok, na gruncie podmokłym, choć kamienistym, stocznię ulokowano. Dalej na wschód idąc, Niemce siedzą, co do Hanzy należą. Domy ich z drewna pobudowane, do naszych kureni siczowych podobne, jeno ze trzy razy wyższe, a i w długości także inne. Ognia w nich palić zakazano, nawet zimą dla ogrzania. Dachy ich gontem drewnianym miast słomą kryte. Rzędem stoją wzdłuż brzegu zatoki, co ją Vågen zowią, a frontem do niej zwrócone, gdzie na parterach kantory kupieckie umieszczono. Pomiędzy nie wąskie uliczki biegną dla towarów cyrkulacji, jako iż domy te od boków i tyłu magazyny na wszelakie dobro posiadają - o czym niżej dokładnie napiszę. Od strony zamku kościół wpiały z kamienia wzniesiony, jako żywo łacińskie chramy w Kijowie przypominający, tamże ku żałości wielkiej luterańskie heretyki bałwochwalnię sobie uczyniły, łacinnikom tylko kościółek mały, starożytny wielce i przez czas zniszczony, pomiędzy domy wciśnięty zostawiwszy, któren pod wezwaniem św. Mikołaja. Za domami uliczka biegnie, drewnianym płotem od kantoru odgrodzona, a po jej drugiej stronie w domkach niewielkich małp wszetecznych siedzi całe zatrzęsienie. Luboć wiele widno zarazę polską w sobie nosi, bo na ryjach krostami zsypane. Mniemam, iż takie ich nagromadzenie tym
spowodowane, że wśród kupców ni kobietom, ni dziewkom żyć nie dozwolono. Dzieci takoż z tej przyczyny tam nie uświadczysz, nie wiem tedy, jak się te Niemce mnożą. Może wodą przybywają z krain odległych?
Dalej ku wschodowi miasto kolejne leży, które jednakowoż częścią kantoru nie jest, ani władza jego nad Niemców nie sięga. W nim Duńczyki i Norweżcy siedzą, a jeszcze dalej na wschód i ku górom postępując, leprozorium niewielkie, gdzie trędowatych trzymają, wymienić należy. Przy szlaku w góry klasztor pobożnych sióstr franciszkanek zacny się znajdował, ale lutry już przed paru laty monaszki do ożenku zmusili, część wymordowali, a budynki rozwalili, bojąc się widno, aby bogobojne życie nikogo nie kusiło. Kaplica jeno dla grubości murów się ostała.
Tamże piwniczkę półzwaloną sobie upatrzyłem, coby kozackim zwyczajem osiąść i zimę jako kret w ciepłej ziemi przeczekać, lecz mnie starzec jeden ostrzegł, że pomysł to zły nad wyraz, a raz z powodu tego, że lensmann miejscowy włóczęgów nie lubi i łapie wszystkich, których za takowych uzna, dwa z powodu tego, iż ruiny klasztoru władze na oku mają i mogliby pomyśleć, iżem mnich katolicki, a takowych tu topią, kamienują, na stosach palą i inne jeszcze męki zadawać im lubią, trzeci zaś powód, że ponoć duchy pomordowanych monaszek mocno tam nocami dokazują. Tedym rad nierad mieszkanie sobie na stoku góry wyszukał, gdzie wiatry ostre wieją, by za kąt do pia i dach nad głową srebrem nie płacić...
Obyczaje mieszkańców plugawe wielce. Po domach ni obrazów świętych, ni ikon złotem na drewnie pisanych nie uświadczysz. Spać chodzą nago, dla chłodu uprzednio
gorzałkę pijąc, którą ja żem też skosztował. Mocna jest ona diabelnie, w łeb wali niczym młot, z niezrozumiałej jednakowoż przyczyny zielsko jakoweś obrzydliwe w niej moczą, które sprawia, że smak psuje się kompletnie i jedynie odrazę siłą woli żelazną przełamując, napitek ten w gardło lać można. Okoliczność ta tym bardziej jest przykrą, iż beczułka, którą batko na drogę mi przysposobił, dawno już dno pokazała i w górach żem ją ostawił, uprzednio wodą źródlaną napełniwszy, aby deski moc oddały, a jeśli droga powrotna przez okolicę tę prowadzić będzie, tedy zawartość spożyję.
Ubiór mieszkańców do naszego podobny, jednakowoż buty noszą skórzane w miejsce łapci, spodnie wąskie a obcisłe w miejsce szarawarów, koszule ich takoż bliżej ciała przylegają. Płaszcze dla odmiany szersze i bardziej obfite, a papach całkiem nie znają, głowy czapami lub kapeluszami ze skóry nakrywając. Różnica ta jeszcze, że między koszulą a płaszczem odzienie jakoweś noszą, do żydowskich chałatów lub szlacheckich żupanów żywo niepodobne, a które germańskim przyodziewkiem jako i w Kijowie na Niemcach zobaczyć można. Mężowie zniewieścieli ze szczętem, po mieście tylko mało który z bronią chodzi, zwady karczemne kułakami miast szablą prostują, a ponoć siadać do stołu z bronią za srogi grzech przyjęli.
Lud tu mieszany jako we Lwowie. I Niemców tu multum, i Duńczyków, których namiestnik władzę tu sprawuje, i Norweżców, do których ta ziemia należała, a może i nadal należy, i Walonów nieco, którzy w górach rud mądrych szukają, Flamandów, Brabantów, Fryzyjczyków i temu podobnych nacji po mendlu luboć tuzinie ledwie,
Polaków może garstka, co katolickiej są religii, kilku, com ich pochodzenia nie rozpoznał. Taka jeszcze okoliczność zdumiewająca, o której wspomnieć dla jej niezwykłości trzeba, kraj ten od naszego odróżniająca, że Żydów wcale tu nie ma. Ponoć lutry skutkiem pism swego proroka wyjątkowo cięci na nich i żyć Mojżeszowej wiary ludziom nie dają, a gdy któregoś złapią, męki straszliwe mu zadają, a potem w wodzie zatoki topią.
Dziwnie się w tych krainach oszukaństwo zwane polityką rozpleniło. Na ilem się rozpytać zdołał, dni kilka przed moim przybyciem bitwa morska na morzu się odbyła, w której statków kilka udział wzięło. Sprawa tak wyglądała, iż kupiec, którego dom w Szwecji, a któren do związku Hanzy należy, pochwycony został przez piratów na morzu, a przez okręty Hanzy uwolnion, złożył protest, jako że pochwycić go Duńczycy próbowali. Protest tenże Duńczykom wręczył, bo innej władzy tu nie ma i skarżyć się przed nią niepodobna. Takoż widzi mi się, iż w tym kraju szalonym nie tylko kupcy, przeciw swej władzy występując, obcemu pomogli, ale że ten jeszcze skarżyć się tejże władzy próbował. A namiestnik miejscowy twierdzi, że to omyłka być musi, bo żaden Duńczyk z piratami nigdy przyjaźni nie ma. Łże w żywe oczy, czy może kupiec kłamie? Nie na mój to rozum rozsądzać, ale dziwnym się wydaje.
Bogactwa głównie w rękach niemieckich tu spoczywają, a choć wydają mi się znaczne, to, co widać, trudnym do zrabowania wielce. W magazynach ich po dach sięgają zwały suszonej ryby zwanej sztokfiszem, która choć gorsza niż nasza, smak miejscowej gorzałki nieźle zabić
w ustach potrafi. Po wtóre, zboża pszenicznego wory, po trzecie, skór trochę ze zwierza renem zwanego, który do jelenia podobny, jednakowoż mniejszy i bardziej kudłaty. Po czwarte luboć po piąte, bom chyba numera w wyliczeniu zmylił, beczki z winem reńskim i takież z tłuszczem cuchnącym wielce, któren się z ryb wytapia, i jeszcze innych towarów bez liku.
Atak na miasto wydaje mi się wykonalnym, należy ze czterdzieści czajek na zatokę wprowadzić, bo choć murów obronnych nie ma, jeno palisady od strony lądu, z braku odpowiedniego nabrzeża trudnym by to było. Atak tenże wydaje mi się bezcelowym raz z uwagi na oddalenie niezwykłe tego miasta od Siczy, dwa jako towar tu zebrany ciężki jest a objętościowy i gdyby czajki nim napełnić, w niewielkiej ilości wartości specjalnej nie przedstawia. Złota mieszkańcy na sobie noszą niewiele, jeden turecki wielmoża dobrze obskubany przyniósłby łup lepszy jak trzydziestu Niemców. O zamku zapominać też nie należy, zdobyć go nijak, a armaty jego naszej flocie dokuczyć by mogły. Tedy, drogi batko, myśl o złupieniu Bergenu porzucić trzeba, a ja tu jeszcze do wiosny zostanę, gdyż jechać zimą przez góry niepodobna. Wiosenną porą z kupcami do Gdańska się zabiorę, a stamtąd, jak Bóg da, na Ukrainę już ruszę. Chyba że okazja będzie Londyn po drodze zbadać, choć powodu nie widzę, bo miasto to jeszcze dalej krom Bergenu leży, tedy czajkami płynąc, dosięgnąć go ciężko, co w rabunku przeszkodą.
Tedy kreślę się, waszeci syn, podnóżek i niewolnik najwierniejszy
Maksym Omelajnowicz
Kozak poczekał, aż atrament wyschnie, i odwrócił pismo na drugą stronę. Naszykował sobie nowe pióro, z juków wyjął mały kałamarz napełniony sokiem cebuli.
Przybywszy do Stockholmu, odnalazłem wspomnianego człowieka. Żelazny komar pojawiał się tu ubiegłego lata i na samym początku jesieni bieżącego roku. Widziało go co najmniej siedmiu ludzi, ustaliłem ich listę i postarałem się wszystkich przesłuchać. Wykonane przez naocznych świadków szkice wykazują zbyt wiele podobieństw, by zrzucić to na karb przypadku, jednak jego gniazdo musi być odległe. Postaram się zużyć część funduszy na pociągnięcie za język bywalców portowej tawerny i pobliskiej karczmy. Będę próbował wkręcić się do domu zebrań Hanzy, może przyjmą mnie na posługacza. Tak czy inaczej, czuję, że choć w niewielkim stopniu, zbliżyłem się jednak do serca tajemnicy. Nie zdołałem nawiązać kontaktu z Peterem Hansavritsonem, gdyż odpłynął ledwie pięć dni przed moim przybyciem, ale zimuje tu ponoć jego okręt „Srebrna Łania” i dwaj jego ludzie, Sadko i Borys. Spróbuję ich podpytać o pochodzenie metalu, z którego wykonano łyżki. Prawdopodobnie zostanę w Bergen co najmniej do wiosny. Jeśli poszukiwania tutaj nie przyniosą rezultatu, ruszę na północ.
Poczekał, aż cebulowy sok dobrze zaschnie, i pomachał kartką, by choć trochę rozwiać jego zapach. Następnie złożył papier w ciasny zwitek, natarł po wierzchu woskiem i włożył do tulejki z cienkiej miedzianej blaszki. Z małej klatki wyjął ostatniego gołębia.

Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 05.09.2008 21:59