Miecz i kwiaty tom II - Marcin Mortka - Fragment #1

Gaston otworzył oczy i aż zamrugał, jakby spojrzał prosto w słońce – bezlitosne słońce Ziemi Świętej, nie ten nikły blask spływający z nieba w morze. Nad lądem wisiały mgły gęstsze niż dotychczas, połyskliwe fale odbijały blade światło zachmurzonego nieba. Wiatr osłabł i ogromny trójkątny żagiel załopotał ostrzegawczo. Obaj odwrócili się ku rufie, gdzie czuwał brat Giovanni, dowodzący galerą rudobrody szpitalnik w czarnej tunice bojowej zakonu. Z jego ust nie znikał wzgardliwy uśmieszek, z którym przyglądał się zarówno swej załodze, jak i żywiołom. Widząc go po raz pierwszy, de Baideaux pomyślał, iż być może ów grymas maskuje brak doświadczenia, lecz starczyła pierwsza seria rozkazów, by zrozumiał, że się mylił. Załoga – głównie italscy i prowansalscy żeglarze – wykonywała jego polecenia sprawnie i bez szemrania.
– Racja – powiedział po chwili zastanowienia. – Nie ma co, racja. Problem w tym, że nie mam pojęcia, jak się za to zabrać. Bladego pojęcia, Vittorio.
Szpitalnik znów wykrzyknął kilka rozkazów, które donośnie powtórzyli jego ofi cerowie. Dolny pokład nagle ożył – galernicy na lewej burcie, w większości jeńcy muzułmańscy, wyrwani z marazmu świstem batów, naparli na wiosła. Ogromny dziób galery, zakończony zanurzonym w falach taranem, zaczął powoli skręcać w kierunku lądu wciąż skrytego za mglistą przesłoną. Pochmurną twarz Italczyka niespodziewanie rozjaśnił bezczelny uśmiech.
– No to zacznij dziękować Bogu, że przydał ci mnie za towarzysza – rzekł Vittorio. – Coś mnie naszło. Hej, bracie!
Ostatnie słowa skierowane były do młodego szpitalnika, jedynego poza kapitanem rycerza zakonu na pokładzie. Właśnie przybiegł na dziób i wychyliwszy się przez okrężnicę, wypatrywał czegoś w oddali, nie bacząc na bryzgi słonej wody.
– Hej, bracie! – zawołał Vittorio.
Szpitalnik otarł mokrą od wody twarz i zerknął na Italczyka. Był jasnowłosym mężczyzną o szczupłej twarzy z wystającymi kośćmi policzkowymi i kwadratowym, obsypanym rzadkim zarostem podbródkiem. Sine plamy pod oczami wskazywały, że niewiele ostatnio zaznał snu lub dopiero co wyrwał się ciężkiej chorobie, lecz same oczy – przymrużone, błyszczące, niewiarygodnie wprost niebieskie – sugerowały ogromną przenikliwość.
– Nie chcę wam przeszkadzać... – Vittorio po mistrzowsku udał strapienie. – Broń Boże, róbcie swoje, bracie. Na rozmowy o Bogu zawsze znajdzie się czas.
– Nie jestem zajęty – odparł szpitalnik w langue d’oïl, a potem rzucił kilka słów do jednego z majtków po italsku. W obu tych językach mówił z osobliwym, twardym akcentem, ale zrozumiale, bo żeglarz natychmiast porzucił buchtowanie liny i ruszył biegiem w kierunku kapitana.
Usłyszawszy jego rozkaz, Vittorio natychmiast zerknął ponad ramieniem zakonnika. Gaston uczynił to samo, lecz dopiero po dłuższej chwili dostrzegł ciemny kształt statku idącego przeciwnym kursem znacznie bliżej lądu.
– Na morzu zawsze łatwiej rozmawiać o Bogu niż na lądzie – ciągnął szpitalnik z uśmiechem. – Może przez to, że człowiek nie ustaje w modlitwach, by ta krypa nie rozleciała się na kawałki.
– Lub by tamta na horyzoncie nie okazała się egipską.
– To chrześcijańska galera – wyjaśnił rycerz. – Ma krzyż na topie masztu.
Gaston i Vittorio jak na komendę spojrzeli na odległy okręt, ale nie zdołali dostrzec żadnego szczegółu poza tym, że szedł pod żaglem. Młody de Baideaux gwizdnął z podziwem, a Italczyk odkaszlnął, jakby nagle stracił pewność siebie.
– Bystrość waszego wzroku dorównuje głębi waszej wiary, bracie – oznajmił. – A ta wydaje się wprost niezmierzona. Skąd u was taka miłość do Pana naszego, bracie?
– Skąd? – zdumiał się jasnowłosy szpitalnik. – Wątpię, czy takie dylematy rozstrzyga ktokolwiek w zakonie, czy nawet w całym Outremer. Tym, którym przyszło władać resztkami naszych ziem w Ziemi Świętej, ani do głowy przyjdzie pytać dlaczego bądź skąd. Wystarczy im, że komuś w ogóle się jeszcze chce.
– A dlaczego? – indagował Vittorio. – Dlaczego wam się chce? Byłem pod Akką, widziałem równe szeregi braci w czarnych tunikach i zapytywałem sam siebie, skąd u nich to męstwo, skąd to nieprzejednanie.
– Doprawdy? – Zakonnik zmrużył oczy, przez co wydały się jeszcze bardziej przenikliwe. – Ja też stawałem pod Akką. Naprawdę, panie, znaleźliście czas na przemyślenia w trakcie bitwy?
– Myśli te naszły mnie dopiero po wszystkim, bracie. – Niezbity z tropu Italczyk zwiesił głowę w idealnej imitacji przygnębienia. – Dopiero po tym, jak uświadomiłem sobie naszą marność, naszą grzeszność. Gdzie tkwi źródło waszej siły, bracie? Poczucie jedności? Psalmy? Chorągiew? A może owe tuniki zbrojne w najświętszy znak?
– Nic z tych rzeczy. – Szpitalnik spoważniał. – Nic. Siłę nam daje tylko wiara. Przeświadczenie, że to, co robimy, jest słuszne. To ostatnie, wierzcie mi, panie, jest rzadkim przywilejem w naszych czasach.
– Wiara! – podchwycił Vittorio z emfazą. – Lecz cóż lepiej przedstawia naszą wiarę, cóż lepiej symbolizuje jej moc od znaku krzyża! Szczęśliwy ten, kto rusza do boju z krzyżem na piersi, szczęśliwy ten, kto może się z nim obnosić wśród rodaków. Dałbym wszystko za owo szczęście dla siebie i mych przyjaciół. Każdą cenę, jaką oznaczycie!
– Chodzi o nasze tuniki? – zmarszczył brwi zakonnik i zamrugał powiekami. – Ależ one są za darmo.
– Za darmo? – zachłysnął się Italczyk. – Cóż tedy powinienem uczynić, by zdobyć takie dla mnie i moich towarzyszy?
– Udać się do domu zakonnego w Tyrze – oznajmił rycerz, zbierając się do odejścia – by złożyć śluby zakonne.
I odszedł, nim Vittorio zdołał wykrztusić choćby słowo. Gaston, którzy przysłuchiwał się tej wymianie zdań, skwitował ją krzywym uśmiechem.
– Jak miło – mruknął pod nosem. – Z nas dwóch zwykle to ja wychodziłem na durnia. Co, Vittorio? – zapytał głośniej. – Jak ci się podoba wizja życia zakonnego dla naszej wesołej gromadki? Anzelm już kiedyś próbował i o mały włos skończyłoby się to tragicznie.
Wymownie zerknął przez ramię na rycerza z Ar-Ramli, który z półprzymkniętymi oczyma siedział na śródokręciu oparty o maszt, pogrążony w zadumie bądź drzemce.
– Zamknij pysk, de Baideaux – obruszył się Italczyk. – Przynajmniej próbowałem. Templariusze traktują szpitalników ze wzgardą lub w najlepszym razie z obojętnością.
Na pewno nie zwróciliby na nas uwagi, gdybyśmy założyli ich tuniki.
– Wybacz – westchnął Gaston. – Wiem, że próbowałeś.
Zamilkli obaj. Dziób potężnej galery skręcił jeszcze bardziej w stronę lądu, a załoga, ponaglona szorstkimi rozkazami kapitana, zwinęła żagiel. Zwalisty, łysy Wenecjanin o twarzy pokrytej dziobami strzelił z bata, ponaglając wioślarzy na prawej burcie, a potem zaczął podawać rytm dla obu grup. Rzędy szerokich piór wioseł jednocześnie rozryły połyskliwą, oleistą powierzchnię fal, ciężki okręt skoczył naprzód niczym rumak dźgnięty ostrogą. Ląd jednakże nadal krył swe tajemnice za rozciągniętą zasłoną mgieł.
Gaston naraz pomyślał, że wcale nie pali mu się do Tyru.
– Pies by ich trącał, banda nieużytych klechów w kolczugach – złorzeczył Vittorio. – Myślą sobie, że pożarli wszystkie rozumy, a tymczasem...
– Przestań biadolić.
Czas płynął wolno, odmierzany równomiernym pluskiem zanurzających się łopat wioseł. Wiatr świstał, niesforne fale wciąż nacierały na dziób galery i cofały się rozbite na pianę. Gaston usiłował zebrać rozbiegane myśli, przymusić je, by odnalazły rozwiązanie problemu, lecz na próżno. Z kipieli znów zerkały na niego widmowe twarze. Vivienne de Grenier. Robert de Sablé. Joscelin de Royes. Vivienne...
– Parszywe psy... – warknął niespodziewanie Italczyk, przerywając mu zadumę.
– Dałbyś już temu spokój – uniósł głowę de Baideaux.
– Przyzwyczaj się lepiej do myśli, że nie każdy w Outremer złapie się na twą potoczystą gadkę. Ten szpitalnik...
– Ja nie o tym! – syknął Vittorio. – Patrz!
Młody rycerz powiódł wzrokiem za drżącym lekko palcem towarzysza, wymierzonym prosto w coraz bliższą obcą galerę. Ta kierowała się wyraźnie na okręt szpitalników, choć nie bez pewnych trudności. Gaston naliczył na burcie dwanaście otworów, w większości zamkniętych, a nieliczne wystające z nich wiosła uderzały w wodę nierównomiernie, aż cud, że okręt w ogóle się poruszał. Większość marynarzy zajęta była zaganianiem świń do prowizorycznej zagrody na półpokładzie dziobowym, pozostali machali z przejęciem w stronę okrętu zakonników i krzyczeli coś jeden przez drugiego.
– Niby na co mam patrzeć? – zmarszczył brwi Gaston.
– Wygląda na to, że mają niezły bajzel tam na pokładzie, ale...
Jedna ze świń wyrwała się opasłemu majtkowi i popędziła wzdłuż burty. Dwa kolejne wiosła znieruchomiały, gdy wioślarze dołączyli do szaleńczego pościgu. Prowansalscy i weneccy majtkowie dowcipkowali głośno, nawet rudy szpitalnik dowodzący galerą krzywił się w szyderczym uśmiechu.
Pobladły lekko Vittorio przygryzł wargę.
– Patrz uważnie. Żaden z tych marynarzy nie ma brody czy turbanu. Ganiają za świniami, a na maszcie mają krzyż. Nikt by nie zwątpił, że to chrześcijanie, prawda?
– Prawda – odparł wolno de Baideaux. Ostrożność zjeżyła grzbiet, prychnęła niespokojnie.
– Ano właśnie.
Italczyk odwrócił się, zanim jego towarzysz zdążył zadać kolejne pytanie, i popędził ku rufie, przyciągając zaskoczone spojrzenia majtków, a nawet niektórych wioślarzy. Potrącony przezeń Anzelm skoczył na równe nogi. Bernard, dotąd drzemiący w cieniu burty, poderwał się nagle i zamrugał oczyma, instynktownie łapiąc za swój kij. Vittorio zaś, odtrąciwszy blokującego mu drogę jasnowłosego szpitalnika, przypadł do schodków prowadzących na rufę i gorączkowymi gestami nakłonił kapitana, by ten zszedł na dół. Potem zaczął mu coś pospiesznie tłumaczyć, pomagając sobie bogatą gestykulacją.
Gaston poczuł, jak po plecach biegną mu ciarki.

Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 01.07.2010 23:59