Agent JFK 7: Płonące Anioły - Miroslav Zamboch - Anioł (fragment)

John Kovař siedział na drewnianym krześle pod ścianą i z minimalnym zainteresowaniem śledził burzliwą debatę, jaką toczyli pozostali zgromadzeni w sali. Od momentu odparcia ataku upłynęły niecałe dwie godziny i nadal wszędzie panował chaos. Ludzie, z którymi spotkał się na wzgórzu, nie należeli do armii, stanowili naprędce sformowany oddział samoobrony obywatelskiej, który na terenie fabryki utworzył i uzbroił Roman Krystal. Dzięki jego trzydziestomilimetrowym działkom ustawionym na ciężarówkach udało się stosunkowo szybko odeprzeć atak.
– Pan pójdzie do kwarantanny. – Doktor Kaňkova w towarzystwie dwóch pielęgniarek starała się wyłączyć hałaśliwie dyskutującego mężczyznę z gromadki pozostałych.
Kovař nie dosłyszał jego odpowiedzi, ale gest, jaki tamten wykonał, wyglądał jednoznacznie.
– Naruszył pan zasady kwarantanny!
Tomaš Prof wygłosił swój zarzut niezbyt donośnie, żeby był słyszany tylko w najbliższym otoczeniu. To wystarczyło. Szeptana informacja, jak kręgi na wodzie, rozszerzała się pośród wszystkich obecnych.
– Koniec z kwarantanną! – zaprotestował mężczyzna. – Nie został tu kamień na kamieniu, a pan będzie mi tu truć o jakiejś kwarantannie! – krzyczał coraz głośniej, czując się przez to coraz pewniej.
– Nie, nie będę truć – cicho odparł Prof.
Jego ruch był tak naturalny, tak oczywisty i tak szybki, że JFK prawie go nie dostrzegł.
Nagle w ręce dowódcy pojawił się pistolet automatyczny, którego lufa opierała się o pierś krzykacza.
Rozgwar zmienił się w grobowe milczenie.
– Ma pan dwie możliwości. Posłuchać polecenia doktor Kaňkovej, szefowej stacji epidemiologicznej państwa Kopřivnice-Frenštat-Veřovice, albo nie posłuchać. To wszystko.
Prof mówił spokojnie, bez cienia napastliwości, co czyniło jego wypowiedź jeszcze groźniejszą.
Mężczyzna ucichł i bez słowa dał się odprowadzić pielęgniarce w maseczce na twarzy.
– To dotyczy również wszystkich, którzy opuścili strefę czwartą lub którzy zostaną przez lekarzy uznani za zagrożonych.
Debata przygasła, jakby zorganizowane działania personelu medycznego wprowadziły w nią element ładu.
Kovař stwierdził, że większości obecnych jak dotąd nie napotkał. Podczas swego pobytu w tym świecie przywykł do ludzi w kombinezonach roboczych lub znoszonych ubraniach. Obecni w sali byli lepiej odziani, wyraźnie należeli do notabli miasta. Pomyślał, że ten świat bardzo różni się od jego własnego, ale równocześnie pewne zasady pozostały takie same. Ci najważniejsi mieszkali w strefie pierwszej, najlepiej chronieni przed możliwością zarażenia. Istniały wyjątki, na przykład Krystal, który w kombinezonie poplamionym olejem, a może i krwią, raźnym krokiem wszedł do sali. Towarzyszyło mu kilku ludzi o podobnym wyglądzie. Nie przypominali go posturą, lecz sposobem zachowania. Kovař zastanawiał się przez chwilę, kim mogliby być, i nagle zrozumiał. Ci ludzie nie mieli w zwyczaju dokonywać zmian za pomocą wydawania rozkazów, zmieniali świat, wykorzystując siłę swoich osobowości, popartą wiedzą i sprawnością maszyn.
– Jesteśmy w komplecie – oznajmił Tomaš Prof na widok Krystala, przechodząc ku zestawionym stołom, tworzącym prowizoryczne prezydium.
Sala należała do fabryki i wielokrotnie już służyła jako miejsce zgromadzeń większej liczby ludzi.
Kovař przestał przyglądać się obecnym i wrócił myślami do uskakującej przed nim żaby i ciemnego zarysu głowy napastnika. Życie zawdzięczał łutowi szczęścia. Pomacał siniaki, które pomimo najwyższej jakości kamizelki kuloodpornej pojawiły się w miejscach trafień pociskami nieprzyjaciela. Mimo że miał lepsze wyposażenie, nigdy nie odczuł tak silnie własnej śmiertelności, nawet w Gwatemali, Iraku czy Libanie. Wszystko odbyło się zbyt szybko, bez planowania i przygotowań. Działał instynktownie, w miarę możności jak najskuteczniej. A do tego skok żaby i dwa szybkie strzały. Być może przyjdzie mu zginąć w tym dziwnym, śmiercionośnym świecie, ale z własnego wyboru, więc nie było sensu się uskarżać.
Przyszło mu do głowy, że te czarne myśli mogą być rezultatem wyczerpania organizmu i reakcją komórek na sztuczne przyśpieszenie rekonwalescencji. Najlepiej by zrobił, biorąc ciepłą kąpiel, zjadając dobrą kolację i kładąc się spać. Albo mógłby chociaż porządnie się najeść i wypić dwa kufle piwa. A zamiast tego siedział tutaj, czekał nie wiadomo na co i rozmyślał.
– Ze wstępnych informacji wynika – usłyszał głos Profa – że brakuje około dwóch tysięcy ludzi
– Zabitych? – zapytał zwalisty grubas w marynarce fatalnie dobranej kolorystycznie do spodni.
Z pewnością ubierał się w pośpiechu. Kovař zapamiętał to sobie. Tego człowieka atak wyraźnie zaskoczył.
– Nie, panie Bednař – odparł kapitan. – Dwa tysiące uprowadzonych, zabitych mamy około setki.
– Piraci-handlarze niewolników – oznajmił Krystal – uprowadzili dwa tysiące ludzi na sprzedaż. Musimy ich uratować, póki czas.
– Jak?! Przecież już odlecieli! – zakrzyknął mężczyzna w dwurzędowej marynarce i meloniku, który trzymał teraz w ręce.
Przypominał Kovařowi akwizytora i to dobrego, sądząc po jakości jego ubrania.
– Tak – potwierdził Prof. – Na południe od Lichnowa zauważyliśmy cztery odlatujące statki powietrzne.
– Mamy własnego „anioła”, panie Buček, praktycznie gotowego do lotu – oznajmił Krystal.
Potężny technik z trudem maskował rozpierającą go wściekłość.
– To tylko jeden statek powietrzny! A to są piraci! Uzbrojeni! Nie możemy ryzykować utraty maszyny, na którego zakup całymi latami oszczędzaliśmy pieniądze – protestował Buček.
Kovař zauważył potakiwania, desperackie spojrzenia i sporo oznak niezgody.
– Więc mamy tych ludzi spisać na straty? – zapytał Krystal. – Dwa tysiące naszych? Pozwolimy ich wywieźć nie wiadomo dokąd, narazić na śmierć skutkiem zarazy, a tych, którzy przeżyją, zrobić niewolnikami aż do końca ich dni?
Jego głos nabierał siły, patrzył prosto w oczy otaczających go mężczyzn, należących bez wątpienia do Rady Miasta.
– Nie, oczywiście, że nie – ustępował Buček wobec tak jasno postawionej sprawy. – Musimy ich ratować! Trzeba to przedyskutować i Rada w pełnym składzie zadecyduje, co przedsięweźmiemy – powiedział Krystal z wyraźną ulgą.
Tłoczący się wokół ludzie gorliwie potakiwali.
Kovař wielokrotnie widział takie sytuacje, kiedy nikomu nie chciało się nadstawiać karku i ryzykować karierą dla zdecydowanej akcji. Na ogół debatowano i rozważano wszystkie za i przeciw tak długo, aż było za późno. W końcu wszyscy klepali się po plecach i zapewniali nawzajem o właściwym rozwiązaniu.
– Ze względu na atak obowiązuje tryb doraźny – kapitan Prof zdecydowanie uciął dalsze dyskusje. – Panie Krystal, ile czasu pana zdaniem potrzeba do osiągnięcia przez statek powietrzny gotowości do lotu?
– Już jest gotowy, ale biorąc pod uwagę konieczność uzupełnienia paliwa, zapasów i amunicji, jakieś osiem godzin.
– W porządku. – Kiwnął głową Prof. – A ludzie?
– Wystarczą mi moi technicy – oznajmił Krystal.
– Mimo to dam wam swego człowieka jako uzupełnienie – powiedział kapitan i wskazał gestem swego adiutanta, porucznika Jankisa.
JFK natychmiast zrozumiał cel tego posunięcia. Kapitan obawiał się, że ktoś może przeciwstawić się jego autorytetowi i przeszkodzić w odlocie przy użyciu przemocy.
– Moi ludzie przeczesują teren, szukając nieprzyjaciół, którzy być może tu pozostali. Wszyscy powinni wrócić do swoich domów. Ogłaszam kwarantannę. Odwołać ją może tylko doktor Kaňkova na podstawie własnej decyzji.
Ktoś zaprotestował, Prof skinął na jednego ze swych ludzi, który zdjął karabin z ramienia i wycelował w krzykacza.
– Proszę odprowadzić pana Blažka do więzienia pod budynkiem sztabu – rozkazał.
To wystarczyło, aby wszyscy się uspokoili, a Prof opanował sytuację.
Ludzie zaczęli się rozchodzić, jedni do domów, zaś inni wypełnić rozkazy, których im nie skąpili podwładni Profa.
Dowódca armii podszedł do Kovařa.
– Co z pańską... siostrą? – zawahał się nad określeniem doktor Lavassi, lecz wyraźnie zdecydował się podtrzymać wersję pierwotną, z którą dwoje agentów przybyło do Kopřivnic.
– Wyciągnąłem ją z więzienia. Została ranna, ale tam, gdzie odeszła, zatroszczą się o nią właściwie. – John zdecydował się powiedzieć prawdę.
Praktycznie nie wykroczył przeciw zasadom utajnienia, a nie chciał okłamywać człowieka, który zaryzykował życie, żeby mu pomóc.
– To dobrze – powiedział po chwili Prof. – Twierdza Hyvela spłonęła, znaleźliśmy tylko kilka trupów, nikogo żywego. Dokąd odeszła, pewnie mi pan nie powie?
Kovař pokręcił tylko głową.
– Czy wierzy pan w istnienie innych światów? – zapytał po krótkim namyśle.
– To możliwe, niektórzy ludzie dają temu wiarę – odparł Prof. – A jeżeli czystym przypadkiem istnieją, to czy są lepsze, czy gorsze od naszego?
– W moim świecie, w odróżnieniu od waszego, miało miejsce o wiele więcej wojen, w których zginęło mnóstwo ludzi, ale nigdy nie zdziesiątkowały go tak groźne epidemie, jak te występujące tutaj. Ja już kiedyś odwiedziłem taki świat, który cały zamarzł i stał się lodowym piekłem.
– A więc są światy lepsze i gorsze – skonstatował Prof.
– Tak. Zasada, że na swój świat musimy sobie zasłużyć, obowiązuje wszędzie – JFK zacytował motto Agencji.
– A pan co właściwie tu robi? Zakładając, że wierzę w pana wersję. – Na poważnej twarzy kapitana mignęła na moment iskierka humoru.
Kovař wiedział, że Prof mu wierzy. Wszystko to, co powiedział, uzupełniało obraz, jaki sobie o kapitanie sam wyrobił. Było to zgodne z wyposażeniem, umiejętnościami i działaniami Profa.
– Jestem czymś na kształt stróżującego psa. Pilnuję, żeby się tu ktoś nie zjawił, nie napełnił swojej puszki Pandory waszymi zabójczymi wirusami i nie otworzył jej w jakimś innym świecie – zdradził swoją rolę JFK.
– A co byłoby, gdyby przyszedł ktoś, kto mógłby nam pomóc? – zapytał Prof.
– Na swój świat musimy sobie zasłużyć sami, prawidła są jasne – przypomniał Kovař.
– Rozumiem – przytaknął Prof. – Nie zechciałby pan popatrzeć na naszego „anioła”? Jak dotąd stanowił tajemnicę, która właśnie wyszła na jaw. Budowaliśmy go dziesięć lat, jest ukochanym dzieckiem Krystala i dumą nas wszystkich. Miał nam pomóc się wzbogacić, umożliwić niezależne kontakty handlowe z innymi małymi państwami w okolicy.
– Chętnie. Oprócz tego statku powietrznego, który niedawno przyleciał w celach handlowych, widywałem takie tylko na obrazkach – odparł JFK.
Przed oczami pojawiły mu się czarno-białe fotografie płonącego sterowca Hindenburg, największego i najlepszego statku powietrznego, jaki kiedykolwiek zbudowano.
W jego świecie miało to miejsce w 1937 roku, tutaj najwyraźniej nigdy.
Wyszli z sali i wkrótce dotarli do wewnętrznej części fabryki. Kovař dopiero teraz zauważył, jak wielkie są hale, w których stały ciężarówki w różnych stadiach montażu, nieco dalej wznosiła się budząca respekt wysoka konstrukcja pieca, a poza nim gigantyczna bryła hangaru.
– Modlę się, żeby udało się uratować tych ludzi. To, co się stało, jest wynikiem mojego błędu, jestem odpowiedzialny za obronę miasta i życie jego mieszkańców – powiedział Prof na wpół do siebie. – Weźmy auto, na piechotę to dobry kwadrans drogi – oznajmił nagle i podszedł do sześciokołowca bez kabiny, z dwoma fotelami i motorem bez omaskowania.
– Atak był bardzo dobrze przeprowadzony, napastnicy doskonale orientowali się w terenie, znali układ dróg, wiedzieli, gdzie wywieźć jeńców – oświadczył Kovař. – Bardzo dokładnie wyczuli moment odwrotu, żeby uniknąć zbyt dużych strat.
– Niezwykle nam pomogły działa na ciężarówkach – powiedział Prof, gdy ich pojazd ruszał. – Sądzi pan, że piraci mieli pomocników wewnątrz miasta? Czy możliwe, że mamy między sobą zdrajcę?
– Tak – potwierdził JFK. – O ile dobrze rozumiem, pojawienie się statku powietrznego naruszyłoby dotychczasowy status quo. Obszarnicy, przede wszystkim Hyvel, straciliby wpływy.
– Oni też mieliby zyski z handlu – sprzeciwił się Prof. – Wszystkich informacji, których potrzebowali łowcy niewolników, mogli im dostarczyć podróżni, tacy jak na przykład pan.
Przejeżdżając przez tory kolejki wąskotorowej, obaj zamilkli, ale niepotrzebnie. Duże koła pojazdu i dobre zawieszenie łatwo poradziły sobie z przeszkodą.
– Tym niemniej myślę, że ma pan rację, w ataku pomagał ktoś z miasta. Wszystkie ślady prowadzą do Hyvela. Jeśli wziąć pod uwagę, że musiał jakoś skontaktować się z piracką armią, zapewnić sobie szczepienia przeciw ich wirusom... to rzeczywiście mogło zająć całe lata.
– Hyvel musiał być dobrym organizatorem. A czy znaleziono jego zwłoki? – chciał wiedzieć Kovař.
– Jakieś ciało znaleźliśmy – potwierdził Prof. – Niestety, pod jego posiadłością zgromadzono duże zapasy benzyny. – Wzruszył ramionami. – Zostały tylko kości. Te większe.
Zatrzymali się przed ogromnym hangarem wznoszącym się wysoko ku niebu, zdawało się też, że nieskończenie długim. Ściany i dach tworzyły cienkie blachy przynitowane do stalowych żeber, stanowiących szkielet konstrukcji. Wyblakłe zacieki farby świadczyły o stałej konserwacji hali.
Kovař pomyślał, ile energii, materiałów i robocizny zainwestowali mieszkańcy w projekt budowy statku powietrznego. Poczuł dla nich podziw. Nie chcieli żyć izolowani w pełnej wirusów dziczy, nie chcieli być zależni od innych. Starali się wziąć sprawy w swoje ręce.
Prof przeszedł przez małe drzwiczki w ogromnych wrotach, będących praktycznie całą ścianą hangaru. JFK podążył za nim i przystanął we wnętrzu.
Nie był przygotowany na widok czegoś tak olbrzymiego. Czym innym było obserwować z pewnego dystansu unoszący się w powietrzu sterowiec, a całkiem czym innym patrzeć na niego z bezpośredniej odległości. W porównaniu z ogromnym cygarem o średnicy blisko pięćdziesięciu metrów i długości ponad ćwierci kilometra, wszystko wydawało się nieznaczne, nieważne i drobne.
– Wspaniały, prawda? – głos Profa wyrwał agenta ze stanu bliskiego osłupieniu.
Kovař wyczuł w słowach kapitana zadowolenie i dumę. Słuszną dumę. Doskonale aerodynamiczny kształt kolosalnej maszyny latającej, w porównaniu z drewnianymi domami, permanentnie naprawianymi płotami i drogami z ubitej gliny, wyglądał jak nie z tego świata.
– Wspaniały – przytaknął Kovař.
– Chodźmy popatrzeć, jak przebiegają przygotowania.
Powoli przechodzili obok sterowca, aż Kovařa rozbolała szyja od ciągłego zadzierania głowy.
Z korpusu wystawało tylko sześć podobnych do małych skrzydeł gondoli zaopatrzonych w śmigła oraz kabina dowodzenia o kształcie kropli. Wszystko pozostałe kryło się we wnętrzu kadłuba.

* * *

Romana Krystala znaleźli wśród palet z wyposażeniem i prowiantem. Pokrzykiwania pracujących ludzi mieszały się z wszechobecnym hałasem pomp, wielokrążków i silników. Kovař zauważył odjeżdżającą opróżnioną cysternę, której miejsce natychmiast zajęła następna, a dwóch techników szybko podłączyło ją do wylotu wlewu paliwa. Tankowanie było w pełnym toku.
– Będziemy gotowi nieco wcześniej – oznajmił Krystal, nie czekając na pytania, i otarł spocone czoło.
– Jak wygląda montaż uzbrojenia? – zapytał kapitan.
JFK nastawił uszu.
– Zainstalowaliśmy już obie trzydziestki, dwie dwudziestki, małe problemy mamy tylko z lewą wieżyczką strzelecką. Ale możemy je zlikwidować po drodze. Magazyn amunicyjny jest pełny. Cztery tysiące pocisków do większego i sześć tysięcy do mniejszego kalibru. Trzydzieści tysięcy nabojów do wielkokalibrowych karabinów maszynowych instalowanych na stanowiskach strzeleckich – wyliczał Krystal, a jeden z jego pomocników przybiegł z wykazem wykonanych prac. – Poza tym amunicja dla załogi, zunifikowane 7,62, a o broń osobistą każdy stara się sam.
– Z jak liczną załogą wylatujemy? – zapytał Prof.
– Potrzebuję minimum dwudziestu ludzi personelu, choć wolałbym trzydziestu – odparł bez wahania technolog. – Pić mi się chce, cholera jasna – warknął, rozglądając się i obserwując pracę podległych mu ludzi. – Hej! W tym silniku wysiadła faza! Nie słyszysz tego? – krzyknął do młodego człowieka w okularach.
Ten natychmiast wyłączył napęd jednego z wielokrążków, dając równocześnie znak, że zrozumiał.
– Wszyscy robimy, co umiemy. – Krystal wzruszył ramionami, rozgrzeszając swego człowieka.
– Do obsługi każdej wieżyczki działowej potrzebujemy minimum czterech ludzi, co najmniej dziesięciu w przypadku konieczności desantu, dwunastu do kaemów... – wyliczał Prof na głos.
JFK dokładnie rozumiał, o co chodzi. Prof i Krystal podsumowywali zaopatrzenie niezbędne do wykonania zadania. Takie działania podejmowały w wielu przypadkach całe sztaby specjalistów od logistyki. Jeśli teraz coś zostanie zapomniane, może to zagrozić powodzeniu misji i życiu biorących w niej udział ludzi.
– Hej, słuchajcie, gdzie mam to wyładować? – zapytał kierowca niewielkiej ciężarówki, ze skrzynią ładunkową wypełnioną kwiczącymi prosiaczkami.
– Wieprzowina na obiadek! – zawołał któryś.
– To są ulubieńcy doktor Kaňkovej. Jeśli się dowie, że mówisz o nich jak o obiadku, to sama zje cię na śniadanie – ostrzegł go kierowca.
Do auta podbiegł młody człowiek w kombinezonie poplamionym niebieską farbą.
– One pójdą do sekcji kwarantanny, podjedź tam, na rampę. – Wskazał ręką kierowcy.
– Mogę przydzielić trzydziestu pięciu ludzi ze swoich oddziałów – zadecydował Tomaš Prof. – A do tego piętnastu tęgich chłopów, którzy znają się na rzeczy i mają doświadczenie.
– Pan nie leci? – zdziwił się Krystal.
– Nie. – Kapitan pokręcił głową. – Bardzo bym chciał, o niczym innym nie marzę, jak o uratowaniu tych ludzi, ale – znów z żalem potrząsnął głową – jestem dowódcą armii i muszę zabezpieczać nasze terytorium. To jeszcze ważniejsze zadanie niż ratowanie jeńców.
JFK szczerze mu współczuł. Rozumiał motywy Profa i wiedział, że jest to dla niego ciężka decyzja. Sam był profesjonalistą i zdawał sobie sprawę, że wybór Profa był słuszny.
– Rozumiem – powiedział po chwili Krystal, kładąc rękę na wystającym brzuchu. – Jednak potrzebujemy kapitana. Ja jestem tylko sternikiem. Poprowadzę naszego „anioła” nawet do samego piekła, ale na wojaczce się nie znam. Nie mogę dowodzić żołnierzami. Czy wyznaczy pan Jankisa?
Tomaš Prof nie odpowiedział, tylko spojrzał na Kovařa.
– Zdaję sobie sprawę, że to nie pana bitwa, lecz mimo to oferuję panu dowództwo nad moimi ludźmi i załogą Romana Krystala.
JFK to zaskoczyło, nie oczekiwał takiego obrotu sprawy.
– Aż tak mi pan ufa? – zapytał cicho.
– Tak – odparł Prof. – Wiemy, co pan zrobił dla nas wszystkich.
Spojrzał na Romana Krystala.
Technolog skrzywił się lekko.
– Doktor Kaňkova powiedziała mi, że to właśnie pan uratował ją i jej dziewczyny z tej ciężarówki na drodze. A ryzykował pan niesamowicie. Może pan liczyć na mnie i na moich techników.
– Skoro tak, przyjmuję pańską ofertę – zdecydowanie oświadczył Kovař, salutując Profowi.
Miał świadomość powagi zadania, którego się podjął. Wyprawy na nieoblatanym statku powietrznym, przeciw o wiele silniejszemu i doświadczonemu przeciwnikowi. Szanse na sukces, czy choćby na przeżycie nie rysowały się zbyt różowo. Ale mimo to nie żałował. Właściwie przez całe życie wdawał się w podobne przedsięwzięcia, starając się ochraniać słabszych przed silniejszymi. Na jedno wychodziło, czy robił to w swoim świecie, czy tutaj. Kapitan John Francis Kovař, agent John Francis Kovař, ratownik John Francis Kovař, to zawsze był on.
– Niech pan tu poczeka, proszę – zwrócił się do niego Prof. – Zaraz nadejdzie Jankis z żołnierzami. Ja muszę już zająć się innymi sprawami
Kovař domyślił się, że Prof obmyślił wszystko przedtem.
– Czy ma pan wykaz materiałów wojskowych albo w ogóle tych materiałów, które załadowano na pokład? Chętnie bym go przejrzał – zwrócił się JFK do Romana Krystala.
Technolog wykrzywił twarz z rozbawieniem.
– Wszedł pan w swoją rolę cholernie szybko. Józef! Przynieś kapitanowi wykazy! I pośpiesz się, bo inaczej skopie mi tyłek! – Zakończył wypowiedź wybuchem hałaśliwego śmiechu.


Mrozie


Opublikowano:


Komentarze

Komentowanie jest zarezerwowane dla zarejestrowanych użytkowników. Zaloguj się poniżej lub zarejestruj - za darmo i w mniej niż 5 minut!

Zaloguj się

Nie zalecane na współdzielonych komputerach

Szybsze logowanie

Możesz również zalogować się poprzez jeden z poniższych serwisów.