Aparatus - Andrzej Pilipiuk - Choroba białego człowieka - Prolog (fragment)

Ziemia Franciszka Józefa 2 czerwca 1911

Nad wyspą hulał arktyczny wiatr. Trzej członkowie ekspedycji stali mrużąc oczy. Na ten rekonesans wyruszyli akurat w dość egzotycznym składzie: felczer, botanik i mechanik pokładowy. Przeszli około piętnastu kilometrów przez tundrę, by na wzgórzach widocznych z pokładu przeprowadzić obliczenia triangulacyjne. Dźwigali altimetr, tyczki do teodolitu, a dowodzący wyprawą miał nawet mały heliograf, by w razie czego na bieżąco przekazywać informacje na statek. Pływająca baza wyprawy – stary slup wojenny „Kniaź Igor” cumowała na zatoce, a ponieważ szczyty wzgórz były widoczne z pokładu należało przypuszczać ze komunikacja będzie możliwa. W ciągu czterogodzinnego marszu przez tundrę nie wydarzyło się nic szczególnego. Zaobserwowana roślinność była typowa dla reszty archipelagu. Świat zwierzęcy reprezentowały jedynie ptaki. Budowa geologiczna nie wskazywała niestety na możliwość wystąpienia cennych rud ani innych kopalin. Botanik Timofiej zebrał do pudełek osiem próbek nieznanych sobie porostów by później dokonać ich oznaczenia i klasyfikacji. Mechanik Iwan o prostu rozprostowywał nogi. Szedł patrząc w zadumie jak noski jego robociarskich buciorów stają się żółte od kwiatowego pyłku.
I oto u podnóża pasma skalistych wzgórz trzej podróżnicy stanęli wobec zagadki, która niweczyła przekonanie iż znajdują się na ziemi nietkniętej dotąd stopą człowieka. Najpierw minęli stary dębowy krzyż. Musiał stać tu od lat. Przechylił się pod naporem wichrów a jego fikuśnie rzeźbioną powierzchnię pokrywała sieć głębokich spękań. Całą trójka kontemplowała znalezisko.
- Nic z tego nie rozumiem! – parsknął felczer Fadej. – Przed nami dotarło tu może pięć ekspedycji! Sądziłem że w tej części archipelagu nie było przed wcześniej nikogo! A jeśli nawet ktoś się tu zapuścił to najwyżej na rekonesans...
- Może wznieśli to Eskimosi – bąknął niepewnie Iwan. – Wszak na swych kajakach potrafią przebyć ogromne przestrzenie...
- I może powiesz jeszcze, że są chrześcijanami? – burknął Timofiej. – Samojedom byłoby bliżej, ale oni dla odmiany prawosławni.
- Masz jakąś koncepcję? – zaciekawił się mechanik.
- Podobne krzyże rzeźbią górale z Karpat. Archipelag odkryty został przez wyprawę polarną Juliusa von Payera. Sami wiecie jak wyglądają te cesarsko- królewskie ekspedycje, dziesięciu ludzi reprezentujących pięć religii i do tego ze dwanaście narodowości.
- Sądzisz że wśród nich trafił się rumuński lub węgierski góral, który w cywilu pracuje jako snycerz lub rzeźbiarz? – zadumał się felczer.
- Najwyraźniej w tych warunkach klimatycznych cztery dekady wystarczyły, by solidnie uszkodzić drewnianą powierzchnię... – rozważał Iwan. – Tylko po co go tu postawili?
- My także tam, gdzie dotrzemy stawiamy krzyże. Wprawdzie nasze są prawosławne i znacznie większe, ale i imperium mamy większe, to obliguje – zakpił Timofiej. – Naprzód bracia, za batiuszkę cara! Zdobędziemy to wzgórze, skoro szczęśliwie nie ma na nim lodowca!
Na szczycie spostrzegli kolejne ślady działalności człowieka... Trzej członkowie załogi „Kniazia Igora” stali przed długim murem wykonanym ze starannie obrobionych bloków. Ściana wznosiła się około metra i opasywała teren o kształcie prostokąta. Kamienie spojono lichą zaprawą, zapewne z miejscowej gliny.
- Pomyślmy raczej, co to mogło być – zasugerował Fadej. – Mi to wygląda na fundament sporego domostwa albo stodoły może?
- Szczególnie stodoła była tu komuś potrzebna. – Mechanik kopnął ze złością kępę mchu.
- Teraz faktycznie jest tu zbędna – westchnął Fadej. – Ale może nie zawsze tak było. Gdy wikingowie zajęli Grenlandię, wyspa była zielona. Stąd zresztą jej nazwa. Potem dopiero zimy stały się cięższe, lata krótsze i kolonia przestała istnieć. Może to była skala jakiegoś jarla?
- Sądzisz, zatem że to dzieło wikingów? – powątpiewał Iwan skubiąc brzeg powalanego smarami rękawa. – Po co by się pchali w okolice, gdzie licha trawka rośnie może trzy miesiące w roku a potem wszystko na dziewięć miesięcy skuwa lód? I czy pchaliby się w rejony gdzie co i rusz natrafia się na pływający lód? Ich okręty były robione z drewna.
- Myślę, że nie można tego tak absolutnie wykluczyć. Mieszkali na Grenlandii. Wiemy z sag, że pływali gdzieś na zachód, być może do Ameryki. Czy możemy zatem wykluczyć, że wyprawiali się także na wschód? Mogli zapuścić się aż tutaj. Przezimowali i widząc, że nic tu po nich odpłynęli na zawsze... – Felczer uczepił się swojej teorii.
- Jak na domostwo morskiego rozbójnika ten fundament leży za daleko od morza! Poza tym w tej części wybrzeża nie ma dobrego portu – zaprotestował botanik. - Choć punkt obserwacyjny nie powiem, całkiem przyzwoity.
Ze szczytu rozciągał się niezły widok. Dzień był pogodny. Trzej podróżnicy widzieli stąd spory kawałek archipelagu. Bazaltowe wyspy, jałowe i skaliste przypominały stado wielorybów. Te większe nosiły czapy lodowców. „Kniaź Igor” stał w zatoczce...
- A to niby co? – Botanik wskazał grubą płytę z kiepsko obrobionego kamienia wyrastającą spomiędzy kęp czerwonawego mchu. – Nagrobek?
- Tak wygląda... – Fadej przeskoczył mur i w skupieniu badał powierzchnię głazu. – To mogły być niegdyś napisy... – Wskazał dziwnie regularne zagłębienia. - Ale na runy wikingów nie wyglądają. To coś bardziej nam współczesnego...
- Jakaś odmiana łupka. – Iwan tylko rzucił okiem. – Albo kamień mydlany, jak te z których Eskimosi robią sobie garnki.
- Myślisz że... – Timofiej nie dokończył.
- W zasadzie jest tylko jedna metoda, by to sprawdzić. Pomóżcie mi podważyć tę płytę. – Felczer wydobył z plecaka łom. – Tu jest wieczna zmarzlina. Zwłoki i inne materiały organiczne powinny się dobrze zachować. Rzucimy okiem na ubiór zmarłego i zapewne będziemy wiedzieli...
- Doktorze – zaprotestował mechanik. – Naruszanie spokoju zmarłych...
- Robimy to w imię nauki – odburknął Fadej. – Nie musisz nam pomagać, jeśli nie masz ochoty...
Razem z Timofiejem wbili dwie solidne tyczki od teodolitu pod krawędź płyty.
- Hej raz...
Kamień ze zgrzytem zaczął ustępować... Zdołali go obluzować, ale minęło dobre pół godziny, nim wyrwali go z leża. W niewielkim zagłębieniu leżała stara trumna z pociemniałych, kruszących się desek. Wieko przymocowane było za pomocą dwu cienkich łańcuszków, kompletnie poczerniałych ze starości. Fadej po chwili wahania przeciął je marynarskim nożem. Ustąpiły łatwo, wykonano je z miękkiego metalu. Felczer i botanik złapali za krawędzie.
- Lepiej to zostawcie – warknął mechanik.
- Nie dzieje się tu nic zdrożnego – uspokoił go Timofiej. – Traktujemy miejsce spoczynku z szacunkiem, grób otworzymy tylko na chwilę.
Unieśli pokrywę i odstawili ją na bok. Dno trumny pokrywała cienka warstewka lodu. W grobie spoczywały na wpół zamrożone, na wpół zmumifikowane zwłoki mężczyzny. Blada jakby pergaminowa skóra opinała czaszkę. Jasne, niemal siwe włosy rozsypały się na przegniłej poduszce. Ciało nieboszczyka okrywała koszula z samodziałowego płótna, zapinana na sprzączki. Wykonano je z brązu lub mosiądzu. Z upływem czasu poczerniały i pokryły się grynszpanem, a tkaninę wokół znaczyły zacieki jadowicie zielonego koloru.
- Ten strój nie kojarzy mi się kompletnie z niczym – mruknął felczer. – Szkoda, że nie zabraliśmy ze sobą archeologa.
- Wygląda mi trochę jak huculski góral – bąknął botanik. – Buty ma podobne... Może to i wiking?
- Myślisz, że zwłoki któregoś z tych morskich łupieżców przetrwałyby w tak idealnym stanie minimum 700 lat?
Opuścili pokrywę na miejsce, a potem ułożyli domniemany nagrobek.
- Już po strachu... – zawoła Fadej do mechanika, który stał opodal patrząc na morze. – Otwarliśmy, złożyliśmy uszanowanie i zamknęliśmy, niech spoczywa w pokoju, kimkolwiek jest... Trzeba będzie zgłosić komisji starożytności akademii nauk w Petersburgu. Myślę że zechcą zbadać to miejsce dokładniej... Ślad osadnictwa i grobowiec sprzed kilkuset lat w takim miejscu to sensacja naukowa i odkrycie o ogromnej doniosłości!
Iwan nie odpowiedział. Patrzył nadciągający z północy wał ciemnych deszczowych chmur.


Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 02.12.2011 05:59