Dragon Age: Utracony tron - David Gaider - Recenzja

Mariaże literatury z grami wideo stają się ostatnio coraz popularniejsze i coraz chętniej podejmowane w celach marketingowych. Jak już niejednokrotnie pokazała historia, na podstawie książki lub całego cyklu można stworzyć naprawdę dobrą i sprzedającą się grę, czego świetnym i bliskim nam przykładem jest chociażby Wiedźmin. Znacznie gorzej sytuacja wygląda, kiedy deweloper gry stara się wywołać większą burzę medialną i nieco na siłę dokooptować do gry powieść, najczęściej tnąc po kosztach i zatrudniając ludzi niedoświadczonych w arkanach pisarstwa, ponosząc przy tym sromotną porażkę – vide takie potworki jak Sacred 2 czy cykl Wrót Baldura.

Mając na uwadze powyższe dwa przykłady, z dość dużym dystansem podchodziłem do „Dragon Age: Utracony Tron” - dzieła idealnie wpisującego się w koncepcję książki, która powstała w celu promowania gry wideo, w tym wypadku Dragon Age: Początek. Na moje obawy wpłynął również fakt, że David Gaider, autor powieści, jest jedynie scenarzystą gry, co wcale nie oznaczało, że musi posiadać również papiery na pisarstwo.

„Dragon Age: Utracony Tron” to zgodnie z zapowiedzią prequel „Dragon Age: Początek”, przedstawiający wydarzenia dziejące się w królestwie Fereldenu na 30 lat przed rozpoczęciem głównego wątku fabularnego gry. Sytuacja nie wygląda najlepiej: po przegranej wojnie z Orlesiańczykami, fereldeńskimi ziemiami włada kuzyn Imperatora Orlais, Meghren. Co ważne, włada w sposób krwawy i bezlitosny. Oczywiście część szlachty zbuntowała się i uformowawszy rebelianckie wojsko, próbuje partyzanckimi metodami obalić uzurpatora. Na nieszczęście dla Fereldeńczyków, jeden z lokalnych władyków zdradza rebelię, przez co śmierć ponosi jej przywódczyni i prawowita następczyni tronu Kalenhada, legendarnego króla tegoż królestwa. Ostatnią nadzieją rebelii pozostaje Maric – syn królowej i zarazem główny bohater opowieści Gaidera.

Marika poznajemy, gdy tuż po zabójstwie matki ucieka przed oprawcami. Jest to mężczyzna, a właściwie chłopiec, bardzo niedojrzały i dziecinny, zdecydowanie nienadający się na przywódcę rebelii, o czym zresztą sam często wspomina. Oczywiście, tylko początkowo, gdyż jak na heroic fantasy przystało, na przestrzeni całej powieści obserwujemy przyśpieszony proces dorastania bohatera, przeistaczającego się z infantylnego i płaczliwego chłopca w mężnego i dojrzałego króla. Ot, klasyczny przykład drogi od zera do bohatera.

Na pierwszy plan wysuwa się jednak wątek odzyskania tytułowego „utraconego tronu”. Gaider z dużą pieczołowitością opisuje organizację rebelii – życie w obozowisku, hierarchię władzy, a także manewry taktyczne. Dość oczywistym skutkiem działań partyzanckich są bitwy, których opis już niestety trochę kuleje – widać braki w znajomości średniowiecznych militariów. Na prawdziwie epickie potyczki, rodem z Helmowego Jaru również nie ma co liczyć, choć to akurat jest dobrze uzasadnione brakami rebeliantów w zasobach ludzkich.

Trzeba jednak przyznać, że świat przedstawiony do najoryginalniejszych nie należy. Nie jest to wina tylko i wyłącznie autora, lecz całego settingu Dragon Age, który niestety powiela Tolkienowskie schematy: uniwersum stylizowane na średniowiecze, zamieszkanie przez ludzi, elfy i krasnoludy itp. itd. Owszem, Gaider stara się wprowadzić trochę nowinek, jak wędrowne i odizolowane szczepy elfów czy system kastowy w państwie krasnoludów, ale mimo wszystko jest tego niewiele i na usta cisną się słowa „to już było”.

Z biegiem fabuły krystalizuje się czwórka głównych bohaterów, choć trudno się oprzeć wrażeniu, że Gaider i tym razem nie oparł się na doskonale znanych modelach postaci. Pomijając kreację Loghaina, który wielokrotnie potrafi czytelnika zaskoczyć, pozostała trójka jest dość przewidywalna i sztampowa. Nie przeszkadza to jednak w zawiązaniu się pomiędzy całym „czworokątem” ciekawych relacji, będących podwalinami pod całkiem zgrabnie poplątany i przez to intrygujący aż do ostatnich stron wątek miłosny.

Niestety, tę całkiem nieźle pomyślaną powieść psuje nazbyt patetyczny styl. Autor chyba aż za bardzo wziął sobie do serca slogany reklamowe informujące o „epickości” świata Dragon Age, gdyż patos niemalże wylewa się z kart książki. I to całymi litrami. Owszem, większa część scen została opisana w bardzo dobrze wyważonym tonie, jednak do części z nich podniosły charakter zwyczajnie nie pasuje, tworząc momentami sytuacje wręcz komiczne.

Stylistycznie należy autorowi wypomnieć jeszcze jedną rzecz, mianowicie brak zdecydowania jeśli chodzi o docelowy wiek czytelnika. „Utracony tron” miał bowiem w swoim założeniu trzymać ciężki, mroczny i „krwisty” klimat, jakim szczyci się gra i to się prawie udało. „Prawie”, ponieważ całość została okraszona zupełnie niepotrzebnymi scenami, wyjętymi jak gdyby z prozy dla nastolatków. Można to zrzucić na karb braku pisarskiego doświadczenia Gaidera, ale pewien niesmak pozostaje.

W ogólnym rozrachunku „Dragon Age: Utracony tron” to jednak pozycja dość solidna. Powieść Gaidera przerosła moje oczekiwania, ponieważ oprócz wielu cennych informacji o świecie gry, co było dość istotne z marketingowego punktu widzenia, zawiera również dobrze opowiedzianą historię, która po prostu wciąga. Nie jest to może dzieło wybitne, lecz na tyle dobre, bym mógł je spokojnie polecić nie tylko graczom „Dragon Age: Początek”, ale także miłośnikom fantastyki w klimatach Tolkienowskich.


Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 20.12.2009 23:59