Sabaa Tahir

Półtora roku to czas niekiedy wystarczający na zatarcie wspomnień pozostałych po lekturze nawet najlepszej powieści. Kim byli bohaterowie? Jakie były między nimi relacje? I szczególnie: co, u licha, tam w ogóle się działo? Jeżeli hierarchizacja książek pod względem wrażeń ma jakikolwiek sens, to sensownym przybliżeniem zależności pomiędzy jakością lektury, a ilością zapamiętanych wątków wydaje się zwykła proporcjonalność. Innymi słowy: im lepsza książka, tym więcej zostaje w głowach. Nie sposób ukryć, że debiut Saby Tahir – Ember in the Ashes. Imperium ognia – potrafił zapewnić kilka miło spędzonych wieczorów, lecz w wyidealizowanej klasyfikacji znalazłby się kilka kroków za czołówką.

Raz na jakiś czas pojawia się debiut, który rzekomo ma podbić rynek i serca czytelników. Powieść mająca, jeśli nie zdetronizować Harrego Pottera czy Pieśń Lodu i Ognia, to konkurować z liderami na równi. Książka, która będzie połączeniem wszystkich wcześniej wymienionych, a jednocześnie posiadająca tę boską cząstkę tchniętą przez wyjątkowego autora. Podobnie mówi się o debiucie Saby Tahir, która za pomocą Ember in the Ashes. Imperium Ognia dotarła nad Wisłę. Tak jak w wielu przypadkach, tak i teraz wydaje się, że cały hype jest nieuzasadniony. Nie oznacza to jednak, że omawiana książka jest pozycją złą.

Strony: 1