<?xml version="1.0"?>
<rss version="2.0"><channel><title>Tw&#xF3;rczo&#x15B;&#x107; w&#x142;asna Latest Topics</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/dzial/21-tw%C3%B3rczo%C5%9B%C4%87-w%C5%82asna/</link><description>Tw&#xF3;rczo&#x15B;&#x107; w&#x142;asna Latest Topics</description><language>en</language><item><title>Moja nowa ksi&#x105;&#x17C;ka</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/5746-moja-nowa-ksi%C4%85%C5%BCka/</link><description><![CDATA[<div style="color:#333333;font-size:14px;padding:0.1em 0px;">
	<div style="border-top:1px solid #9999aa;padding:1em 1em 2px 0px;">
		Zapraszam na stronę internetową<span> </span>www.gracc.pl, tam można pobrać pierwsze 100 stron mojej książki pt. "Mechanizm Leona Gracca".<br>
		                                                                                                                                                                                      Leon Gracc.
	</div>
</div>
]]></description><guid isPermaLink="false">5746</guid><pubDate>Sat, 16 Aug 2025 14:44:06 +0000</pubDate></item><item><title>Ku przygodzie 5e! [blog]</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/1851-ku-przygodzie-5e-blog/</link><description><![CDATA[
<p style="text-align:justify;">
	Dzień dobry!
</p>

<p style="text-align:justify;">
	Zapraszam na mojego fanowskiego bloga, na którym wrzucam materiały do gry w D&amp;D 5e.
</p>

<p style="text-align:justify;">
	Jakiś czas temu wrzuciłem na forum linku do tłumaczeń dwóch mini-kampanii opublikowanych przez <em>dndbeyond.com:</em>
</p>

<p style="text-align:justify;">
	<strong>* Droga do Wrót Baldura:</strong> <a href="https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2020/05/droga-do-wrot-baldura-wprowadzenie-do.html" rel="external nofollow">https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2020/05/droga-do-wrot-baldura-wprowadzenie-do.html</a>
</p>

<p style="text-align:justify;">
	<strong>* Przesyłka do Doliny Lodowego Wichru:</strong> <a href="https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2020/10/przesyka-do-doliny-lodowego-wichru.html" rel="external nofollow">https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2020/10/przesyka-do-doliny-lodowego-wichru.html</a>
</p>

<p style="text-align:justify;">
	 
</p>

<p style="text-align:justify;">
	Ponadto można znaleźć tu:
</p>

<p style="text-align:justify;">
	* przygody (zarówno tłumaczenia z <em>dndbeyond.com, </em>jak i moje własne): <a href="https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/search/label/Przygoda" rel="external nofollow">https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/search/label/Przygoda</a>
</p>

<p style="text-align:justify;">
	* magiczne przedmioty: <a href="https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/search/label/Magiczny%20przedmiot" rel="external nofollow">https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/search/label/Magiczny przedmiot</a>
</p>

<p style="text-align:justify;">
	* bronie (zarówno magiczne, jak i niemagiczne): <a href="https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/search/label/Bro%C5%84" rel="external nofollow">https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/search/label/Broń</a>
</p>

<p style="text-align:justify;">
	* zasady domowe: <a href="https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/search/label/Zasady%20domowe" rel="external nofollow">https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/search/label/Zasady domowe</a>
</p>

<p style="text-align:justify;">
	 
</p>

<p style="text-align:justify;">
	W ostatnim miesiącu zamieściłem następujące aktualizację:
</p>

<p>
	<strong>1. Jest tu jakiś cwaniak?</strong> <a href="https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2020/12/jest-tu-jakis-cwaniak.html" rel="external nofollow">https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2020/12/jest-tu-jakis-cwaniak.html</a>
</p>

<p>
	Spotkanie losowe inspirowane kultowym filmem "Chłopaki nie płaczą"
</p>

<p>
	</p>
<p> </p>


<p>
	<strong>2. Kusarigama</strong> <a href="https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2021/01/kusarigama.html" rel="external nofollow">https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2021/01/kusarigama.html</a>
</p>

<p>
	Tradycyjna japońska broń składająca się sierpa połączonego łańcuchem zakończonym obciążnikiem przystosowana do gry w D&amp;D 5e. Idealna dla mnicha lub skrytobójcy.
</p>

<p>
	</p>
<p> </p>


<p>
	<strong>3. Młot na czarownice</strong> <a href="https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2021/01/mot-na-czarownice.html" rel="external nofollow">https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2021/01/mot-na-czarownice.html</a>
</p>

<p>
	Zestaw młotów przygotowany z myślą o tępieniu wiedźm, heretyków, diabłów, demonów i nieumarłych.
</p>

<p>
	</p>
<p> </p>


<p>
	<span lang="en-us" xml:lang="en-us"><strong>4. Romeo i Julia </strong><a href="https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2021/01/romeo-i-julia.html" rel="external nofollow">https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2021/01/romeo-i-julia.html</a></span></p>
<p></p>


<p>
	Przygoda inspirowana dramatem Szekspira dająca graczom okazję napisania szczęśliwego zakończenia tragicznej historii ich miłości.
</p>

<p>
	</p>
<p> </p>


<p>
	<strong>5. Krasnoludzkie kusze</strong> <a href="https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2021/01/krasnoludzkie-kusze.html" rel="external nofollow">https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2021/01/krasnoludzkie-kusze.html</a>
</p>

<p>
	Mistrzowska fantazja i krasnoludzka technologia w połączeniu oferują kilka nietypowych ulepszeń do kusz.
</p>

<p>
	</p>
<p> </p>


<p>
	<strong>6. Na lodowym szlaku</strong> <a href="https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2021/01/na-lodowym-szlaku.html" rel="external nofollow">https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2021/01/na-lodowym-szlaku.html</a>
</p>

<p>
	Tłumaczenie darmowej przygody udostępnionej przez WotC, która rozgrywa się w Dolinie Lodowego Wichru. Dzięki drobnym modyfikacjom, można uzyskać ciekawą przygodę dla dzieciaków.
</p>

<p>
	</p>
<p> </p>


<p>
	<strong>7 i 8. <span lang="en-us" xml:lang="en-us">Femme fatale – Starter Pack</span></strong><span lang="en-us" xml:lang="en-us"></span></p>
<p></p>


<p>
	<span lang="en-us" xml:lang="en-us">cz. 1 <a href="https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2021/01/femme-fatale-starter-pack-cz-1-cudowne.html" rel="external nofollow">https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2021/01/femme-fatale-starter-pack-cz-1-cudowne.html</a></span></p>
<p></p>


<p>
	cz. 2 <a href="https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2021/01/d-femme-fatale-starter-pack-cz-2-bronie.html" rel="external nofollow">https://przygody-dnd-5e.blogspot.com/2021/01/d-femme-fatale-starter-pack-cz-2-bronie.html</a>
</p>

<p>
	Zestaw magicznych przedmiotów i broni, które można znaleźć w torebce przechowania femme fatale.
</p>

<p style="text-align:justify;">
	 
</p>

<p style="text-align:justify;">
	Moja działalność ma w pełni charakter hobbystyczny - sposób na twórcze wykorzystanie wolnego czasu. Mam nadzieję, że wrzucane przeze mnie materiały przydadzą się Wam w prowadzonych przez Was sesjach i będę wdzięczny wszelkie uwagi i opinie, abym mógł tworzyć coraz lepsze rzeczy. Pozdrawiam <img alt=":)" data-emoticon="" height="21" src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/emoticons/smile.png.4f9915682b867d8fc2bca5ca3514b9bb.png" title=":)" width="21" /></p>
]]></description><guid isPermaLink="false">1851</guid><pubDate>Fri, 22 Jan 2021 20:16:51 +0000</pubDate></item><item><title>Szkielety Bog&#xF3;w - opowiadanie dark fantasy/horror (wersja audio i tekstowa)</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/5730-szkielety-bog%C3%B3w-opowiadanie-dark-fantasyhorror-wersja-audio-i-tekstowa/</link><description><![CDATA[<p>
	Tysiące lat temu, w pewnym królestwie na dalekim południu, żył człowiek, który zawsze chciał mieć więcej, niż miał… chciał być kimś więcej, niż był. Jego imię zostało wymazane z kronik, lecz mędrcy znający tę historię, zwą owego człeka „Nienasyconym”.
</p>

<p>
	Urodził się w rodzinie służących pewnego wielmoży. Jego rodzice od małego przyuczali go, by kiedyś zajął ich miejsce. Zawsze mu powtarzali: „Zobacz, jakie masz szczęście! Mogłeś być niewolnikiem na jakiejś plantacji, a jesteś służącym w domu bogacza! W dodatku, takiego dobrego człowieka. Pozwala nam zjadać resztki ze swojego stołu i bije tylko wtedy, gdy naprawdę się zdenerwuje. Będziesz mieć u niego istny raj!”.
</p>

<p>
	Ale owego młodego człowieka nie zadowalały ochłapy z pańskiego stołu. Chciał mieć to wszystko, co miał jego pan… I jeszcze więcej. Nie miał natomiast pomysłu, jak to zdobyć.
</p>

<p>
	Lata mijały, rodzice Nienasyconego zestarzeli się, a on wyszedł z wieku młodzieńczego. Zajął miejsce ojca, stając się najbardziej zaufanym sługą. To dało mu dostęp do wszelkich zakamarków wielkiego domostwa. Pewnego razu, sprzątając sypialnię swojego pana, natrafił na schowany pod poduszką zwój. Natychmiast wziął go do rąk, rozwinął i zaczął przeglądać. Posiadł sztukę czytania na tyle, aby zrozumieć ogólny sens zapisanych słów. A były to słowa nad wyraz znaczące. Pan domu spiskował z innym wielmożą, arystokratą ze starożytnego rodu, przeciwko księciu rządzącemu prowincją!
</p>

<p>
	Nienasycony był zszokowany, ale po chwili owo uczucie zamieniło się w ekscytację. To była okazja, na którą czekał tyle lat! Wreszcie mógł się wznieść ponad swoją nędzną egzystencję… Po trupie tego nędznego, tłustego wieprza, któremu musiał usługiwać!
</p>

<p>
	Mężczyzna popędził do stajni i bez pytania zabrał najlepszego konia, po czym zmusił go do galopu w stronę książęcej siedziby. Kiedy dojechał pod fortecę, jego rumak ledwo dyszał, a końskie boki pokrywał gęsty pot. Lecz jeździec nie zamierzał litować się nad stworzeniem. Natychmiast zeskoczył z wierzchowca i popędził ku wrotom fortecy.
</p>

<p>
	A tam zatrzymali go zbrojni strażnicy. Wojownicy nie mieli zamiaru wpuścić nieznajomego do zamku. Oświadczyli, że jeśli ma on jakieś ważne wieści dla księcia, niech przekaże je im, a oni dopilnują, by dotarły do uszu włodarza. Wówczas Nienasycony wpadł w popłoch. Nie mógł oddać listu wartownikom. Wszak sami mogli brać udział w spisku. Ale nawet jeśli byli lojalni wobec księcia – niewiele to zmieniało. Gdy to oni ostrzegą magnata o zagrożeniu, na nich spłynie cała chwała – i wszelkie nagrody – zaś biedny donosiciel zostanie zapomniany. Był tak blisko wyniesienia… a teraz okazja mogła mu się wymknąć z rąk.
</p>

<p>
	Dlatego Nienasycony zaczął głośno protestować i domagać się widzenia z księciem. Wydzierał się wniebogłosy. Wartownicy mieli tego dość i już zabierali się do przepędzenia natręta siłą, gdy przez okno jednej z komnat wychyliła głowa władcy zamku. „Skoro ten człek tak bardzo chce ze mną rozmawiać, pozwólcie mu na to” – oświadczył książę.
</p>

<p>
	Słysząc takie słowa, strażnicy musieli wprowadzić przybysza do zamku. A on w ich asyście maszerował przez korytarze twierdzy. Pomimo swojego podniecenia nie przestawał obserwować otoczenia. Widział bogactwa – dzieła sztuki na ścianach i drogie dywany na podłogach. Mijał książęcych służących, z których wielu było odziany dostatniej od jego własnego pana. Oczywiście, natychmiast poczuł żądzę posiadania tego wszystkiego… rządzenia tym wszystkim.
</p>

<p>
	Ale to była odległa przyszłość. Najpierw Nienasycony musiał zabezpieczyć nieco skromniejsze wyniesienie. Stanął przed obliczem księcia. Padł na twarz przed magnatem, a potem wręczył mu list, informując o spisku. Arystokrata rozwinął zwój i zaczął czytać. Najpierw zmarszczył brwi. Potem zaczął zgrzytać zębami. Wreszcie zwinął zwój w kulkę i rzucił na bok, a sam ze złością uderzył pięścią w ścianę. Nienasycony bał się, że gniew księcia zwróci się ku niemu, lecz magnat nie zamierzał karać posłańca, tylko rzeczywistych winowajców. Natychmiast kazał aresztować wszystkich spiskowców. Zbrojni jeźdźcy ruszyli co koń wyskoczy w różne zakamarki księstwa i machinacje zdrajców zostały zduszone w zarodku. A plac przed zamkiem wkrótce przyozdobiły pale, na których zwijali się w męczarniach uczestnicy spisku – w tym dawny pan Nienasyconego.
</p>

<p>
	Książę okazał swoją sprawiedliwość również w inny sposób. Domostwo, w którym Nienasycony był niegdyś sługą oraz okoliczne ziemie przekazał temu, który ostrzegł go przed niebezpieczeństwem. Donosiciel miał teraz wielki majątek i zastępy sług na swoje rozkazy.
</p>

<p>
	Ale to mu nie wystarczało. W pamięci miał przepych książęcego zamku. Poprzysiągł sobie, że go posiądzie. W jego głowie zaczął kiełkować pewien plan. Otóż książę pomału się starzał, a wciąż nie miał męskiego potomka, jedynie córkę. Nienasycony wiedział, że kto weźmie ją za żonę, zostanie dziedzicem książęcego tytułu i związanych z nim splendorów.
</p>

<p>
	Ale książę nie miał zamiaru wydawać swej jedynaczki za byłego służącego. Kiedy Nienasycony delikatnie zasugerował taką możliwość podczas rozmowy, twarz magnata przybrała niemal tak srogi wyraz jak podczas czytania pamiętnego listu. „Jedynie przez wzgląd na dług wdzięczności daruję ci tę zniewagę” – wycedził arystokrata przez zęby. Nienasycony ukłonił się i przeprosił za swą bezczelność, ale z planu nie zrezygnował. Wiedział, że jest taki klucz, który otwiera nawet najlepiej strzeżone drzwi – w tym te do alkowy książęcej córki. A tym kluczem jest złoto.
</p>

<p>
	Następne lata Nienasycony poświęcił gromadzeniu fortuny. Szukał wszelkich możliwych okazji handlowych. Pożyczał pieniądze na procent. Podniósł daniny nałożone na wieśniaków. Za każde, najmniejsze przewinienie egzekwował bez litości wysokie grzywny. Ale trzeba przyznać, że sam siebie też nie oszczędzał. Starał się jeść i ubierać jak najskromniej, nie marnować pieniędzy na luksusy, dzięki czemu przyspieszał pomnażanie swojego majątku. Świadomość rosnącej góry w skarbcu sprawiała Nienasyconemu pewną przyjemność. Bywało, że przychodził, żeby po prostu popatrzeć na jej blask. Ale cały czas żył w przekonaniu, że to tylko środek do celu.
</p>

<p>
	Jednocześnie podjął pewne działania mające na celu sprawienie, że książę zacznie potrzebować pieniędzy. Nienasycony przeznaczył niewielką część swojego majątku na uzbrojenie band zbójców, którzy zaczęli grasować w książęcej domenie, paląc wioski oraz napadając na karawany kupieckie i poborców podatkowych. Magnat był bezradny. Nie mógł wyśledzić zleceniodawcy bandytów, gdyż ten kontaktował się ze złodziejami bardzo rzadko i tylko przez pośredników. Nienasycony nie wymagał, aby zbóje oddawali mu część łupu – wystarczyło mu, że rujnują księcia.
</p>

<p>
	A sytuacja finansowa magnata stawała się coraz gorsza. Odcięty od źródeł dochodu, książę zaczął szukać ratunku w pożyczkach. Z pomocą oczywiście przyszedł mu Nienasycony. Udzielał hojnie pożyczek, na wysoki procent, za to z długim terminem spłaty. Uzyskane fundusze książę przeznaczał na wystawianie kolejnych wojsk patrolujących prowincję – a to jeszcze bardziej drenowało jego skarbiec i zmuszało do zaciągania kolejnych długów.
</p>

<p>
	Wreszcie nadeszła pora spłaty zobowiązań. Nienasycony przedstawił swojemu patronowi, a zarazem dłużnikowi, liczne weksle. Po raz kolejny zobaczył księcia zagniewanego – ale wściekłość szybko ustąpiła miejsca zakłopotaniu. Magnat był człowiekiem srogim, ale też bardzo honorowym. Odmowa wywiązania się z zobowiązań nie wchodziła w grę. Ale po prostu nie miał funduszy pozwalających na spłatę długów. Na szczęście, Nienasycony miał na to receptę.
</p>

<p>
	„Wasza Wysokość, oddajcie mi swoją córkę za żonę i uczyńcie mnie swoim dziedzicem. W ten sposób długi zostaną umorzone. Wszak jako dziedzic nie będę egzekwował długów ze swojego własnego przyszłego spadku”.
</p>

<p>
	Książę zamyślił się na chwilę, a potem udzielił odpowiedzi.
</p>

<p>
	„Nie będę udawać, że takie rozwiązanie mi się podoba. Ale nie będę też udawać, że nie okazujesz się po raz kolejny dobroczyńcą mojego rodu. Być może fakt, że znów ratujesz go przed upadkiem, to znak od bogów, że pragną, abyś stał się jego kontynuatorem”.
</p>

<p>
	Wkrótce odbył się ślub i wesele. Nienasycony nie zwracał większej uwagi na uroki swojej młodej żony. Dla niego była ona jedynie kolejnym trofeum – i środkiem do osiągnięcia większych zaszczytów.
</p>

<p>
	Jako książęcy dziedzic, Nienasycony energicznie zabrał się do walki z plagą zbójectwa. A miał ułatwione zadanie. Bandyci bez wsparcia swojego tajemnego patrona zaczęli tracić na sile. Zaś ów patron – czyli sam Nienasycony – wiedział bardzo dużo o swoich dawnych podopiecznych. Dzięki temu zaczął rozbijać ich bandy – jedną po drugiej. Czasem nawet sam prowadził zbrojnych do walki. Ludzie w królestwie zaczęli go podziwiać „Może urodził się jako służący, ale ma serce przywódcy!” – mówili. „Stary książę nie umiał sobie poradzić ze zbójami, a ten człowiek oczyścił prowincję w trymiga! To dowód, że czasem warto wpuścić do starych rodów trochę świeżej krwi”.
</p>

<p>
	Nienasycony nie mógł się doczekać, aż odziedziczy tytuł i włości. Dlatego zakupił od podejrzanej staruchy o jaskrawo błękitnych oczach zimnych niczym lód zioła, które miały pomóc przenieść się teściowi na tamten świat. I tak też się stało. Odrobina proszku dosypana do wina uczyniła z Nienasyconego nowego księcia… Prawie. Pozostała jeszcze formalność – złożenie oficjalnego hołdu przed królem.
</p>

<p>
	Nienasycony udał się wraz ze swoim orszakiem do stolicy. Nigdy wcześniej nie widział tak gwarnego miasta. Nawet największy gród w księstwie mógłby stanowić zaledwie jego przedmieścia. A królewski pałac… Każda klamka była ze złota, a za zawartość jednej komnaty można by kupić pół książęcej siedziby. Podczas uczty stoły uginały się od potraw, o jakich Nienasycony wcześniej nawet nie słyszał. Podobnie jak król podczas ceremonii uginał się pod ciężarem złotej korony i ozdób z tego samego metalu. Padając przed monarchą na twarz, a potem na kolanach powtarzając słowa przysięgi, Nienasycony poprzysiągł sobie samemu w duchu, że kiedyś zajmie jego miejsce.
</p>

<p>
	Nienasycony wrócił do swojego zamku, a jego głowę zaprzątała jedna myśl – co zrobić, aby zostać królem. Złożył przysięgę wierności… Nie czuł potrzeby jej przestrzegania, a jego sumienie bez problemu poradziłoby sobie ze zdradą. Ale pozostali wasale zapewne okazaliby się bardziej lojalni wobec monarchy. Zamiast wspomóc Nienasyconego w walce o tron, stanęliby po stronie starego króla.
</p>

<p>
	Wówczas Nienasycony przypomniał sobie, jakie spojrzenia rzucał król w stronę jego młodej, pięknej żony. Sam monarcha miał swoje lata, ale jego małżonka była jeszcze starsza. Nic dziwnego, że władca spoglądał na młodsze niewiasty… Na razie powstrzymywał swoją chuć. Należało to zmienić.
</p>

<p>
	Od tej pory Nienasycony książę starał się odwiedzać królewski dwór tak często, jak mógł. Zawsze zabierał ze sobą żonę. Młoda księżna była zadowolona z tych wizyt. Mąż traktował ją oschle i nie zapewniał żadnych rozrywek, więc każda wizyta w pałacu była dla niej miłą odmianą. Nienasycony starał się też, jak mógł, aby jego żona i król jak najczęściej zostawali tylko we dwoje. Przykładowo, kiedy para książęca była oprowadzana po pałacowym ogrodzie, Nienasycony poprosił, aby królowa, znana ze swej zielarskiej pasji, odeszła z nim na chwilę na bok i udzieliła porady we wstydliwej kwestii.
</p>

<p>
	Nienasycony widział, że jego działania przynoszą efekty. Gdy zbyt długi czas mijał między jedną, a drugą wizytą, jego żona zaczynała dopytywać, kiedy odwiedzą stolicę. A gdy dochodziło do wizyty, uwadze księcia nie uchodziły ukradkowe spojrzenia, czy czasem wręcz niby przypadkowe dotknięcia, między księżną i królem. Jeśli chodzi o królową, to wiek nieco stępił jej zmysły, więc najwyraźniej niczego nie zauważała.
</p>

<p>
	Aż wreszcie romans dojrzał. Król nie mógł dłużej powstrzymywać swoich żądzy, których nie była w stanie zaspokoić jego podstarzała małżonka. Zaś księżna, zaniedbywana przez męża, uległa urokowi monarchy. Parę kochanków zastano w łóżku.
</p>

<p>
	Nienasycony zrobił wszystko, aby wieści o tym skandalu rozeszły się po całym królestwie. Miał ku temu dobry powód. Zgodnie ze starodawnym prawem, cudzołóstwo władcy z żoną wasala dawało wasalowi prawo do wypowiedzenia posłuszeństwa monarsze. Nienasycony głośno wyrażał swoje oburzenie i odmalowywał w tak strasznych barwach podłość monarchy, że wkrótce w królestwie zaczęto postrzegać króla jako obrzydliwego lubieżnika oraz tyrana, który nie potrafi uszanować więzi rodzinnych swych poddanych.
</p>

<p>
	Księciu udało się zgromadzić pod swoimi sztandarami kilku innych wielmożów i wspólnie wszczęli rebelię. Król był kompletnie zaskoczony takim obrotem spraw. Do ostatka próbował negocjacji. Nienasycony mamił go poselstwami i listami, dającymi nadzieję na pokój, podczas gdy sam na czele armii maszerował w kierunku stolicy. Wojska buntowników spadły na miasto niczym jastrząb na ofiarę. Gwardia królewska nie była w stanie stawić oporu nacierającej hordzie.
</p>

<p>
	Nienasycony osobiście ściął głowę królowi na placu przed pałacem, a potem nałożył na swoje skronie koronę, którą niegdyś ta głowa nosiła. Później mężczyzna zasiadł na tronie. Królestwo było jego. Ale wciąż było mu mało. Kiedy patrzył na mapę, widział, że jego domena zajmuje jedynie niewielki kawałek znanego świata. Nie dawało mu to spokoju. Przez następne miesiące zbierał wojska i werbował najemników. Kowale w całym kraju pracowali dniami i nocami, kując broń i zbroje. Aż wreszcie nadszedł dzień wymarszu. Nienasycony wypowiedział wojnę okolicznym krajom. Przez kilka następnych lat prowadził wielką kampanię. Ścierał się w polu z wrogimi armiami, plądrował wioski, zdobywał miasta. Gdyby przelana przez niego krew nie wsiąkała w ziemię, zapewne zatopiłaby świat. Jego ciało stało się pokryte bliznami nabytymi w różnych potyczkach. Zebrał pokaźną kolekcję koron i innych insygniów władzy odebranych pobitym monarchom.
</p>

<p>
	Kiedy wszystkie kraje na kontynencie zostały podbite, Nienasycony wrócił do swojej stolicy i ogłosił się cesarzem. Uroczystości ku jego chwale i na cześć jego zwycięstw trwały przez cały tydzień. Było to siedem dni wypełnionych ucztami, balami, turniejami, występami artystów i magików oraz obrzędami dziękczynnymi. Wino, niemal tak czerwone, jak krew, lało się strumieniami. Nocami światło pochodni odbijało się od stosów zdobycznych skarbów, wielkich, niczym góry. Świat wcześniej nie widział tak wystawnego święta.
</p>

<p>
	Przez kilka tygodni Nienasycony radował się swoim triumfem. Był tak szczęśliwy, że nawet w ramach łaski przeniósł swoją niewierną żonę z ciemnicy do porządnej komnaty i kilka razy zaszczycił ją swoimi odwiedzinami.
</p>

<p>
	Ale już wkrótce powrócił znajomy niepokój. Nienasycony wciąż chciał mieć więcej, niż miał, chciał być kimś więcej, niż był. Sługa stał się bogaczem, bogacz księciem, książę królem, zaś król – cesarzem. Cóż pozostało cesarzowi? Tylko jedno. Stać się bogiem.
</p>

<p>
	Imperator kazał zwołać przed swoje oblicze wszystkich najważniejszych kapłanów z najróżniejszych kultów rozsianych po jego nowym cesarstwie i rozkazał, aby ogłosili go bogiem. Wielu duchownych było oburzonych tym bluźnierstwem. Głośno krzyczeli, wzywali pomsty bogów i przeklinali pełnego pychy władcę. Tych cesarz kazał wyprowadzić i ściąć. Inni błagali Nienasyconego, aby porzucił swoje grzeszne pragnienia i nie ściągał na siebie potępienia. Tych kazał jedynie wychłostać. Ale jeden z kapłanów, wyznawca mało znanego bóstwa z północnych krańców imperium, starzec odziany w zieloną szatę, naprawdę zaskoczył władcę, wypowiadając te słowa: „Chcesz mieć więcej, niż masz i być kimś więcej, niż jesteś. To szlachetne pragnienia. Odróżniają one ludzi od zwierząt. Lecz ty wierzysz, że należy ci się wszystko, z racji samego istnienia – i dlatego ostatecznie nie będziesz mieć nic”.
</p>

<p>
	Cesarz tak długo przetrawiał te słowa, że kapłan zdążył opuścić salę tronową, zanim władca zdążył kazać go aresztować.
</p>

<p>
	Część wychłostanych duchownych poszła po rozum do głowy, inni byli gotowi spełnić żądanie od razu. A ściętych Nienasycony zastąpił innymi, bardziej posłusznymi. W całym kraju, we wszystkich świątyniach, zaczęto odprawiać modły – nie za cesarza, lecz do cesarza. W każdym świętym miejscu, nawet najmniejszej kapliczce, pojawiły się pomniki lub chociaż posążki władcy.
</p>

<p>
	Nienasycony był zadowolony. Wreszcie osiągnął szczyt. Nawet fakt, że w międzyczasie urodził się jego syn, nie sprawił mu aż tak wielkiej przyjemności, jak ta apoteoza.
</p>

<p>
	Ale i ta radość nie była trwała. Kilkanaście miesięcy od ogłoszenia cesarskiej boskości, Nienasyconemu zdarzyło się przysnąć na swoim tronie. We śnie ukazała mu się postać – jej kontury były mgliste, ale jedna rzecz odcinała się wyraźnie – jaskrawe błękitne oczy o spojrzeniu chłodnym jak lód. Władca usłyszał kpiący głos: „Myślisz, że jesteś bogiem? Tak cię nazywają. Ale nazwa nie czyni bytu. Podobnie jak dekret. Gdybyś kazał ludziom nazywać się olbrzymem, czy urósłbyś od tego? Albo czy gdybyś kazał nazywać się ptakiem, nauczyłbyś się fruwać? Aby stać się bogiem, musisz żyć jak bóg”.
</p>

<p>
	Nienasycony obudził się i zerwał ze swojego tronu, szukając przemawiającej do niego postaci, ale na jawie jej nie znalazł. Za to jej słowa zapadły mu w pamięć. Wcale nie był bogiem. Musiał przyjąć do wiadomości, że nawet jego poddani, rzekomi wyznawcy, bijąc pokłony i zanosząc modły, w głębi dusz zdają sobie sprawę z tego, że ich cesarz jest człowiekiem. Wielce potężnym, może nawet najpotężniejszym na świecie, ale wciąż człowiekiem. Nie bogiem.
</p>

<p>
	Cesarz znów zwołał naradę z kapłanami. Zadał im proste, konkretne pytanie – w jaki sposób człowiek może stać się bogiem. Tym razem żaden z duchownych nie próbował krytykować cesarskich dążeń, ale i tak ich odpowiedzi nie były w żaden sposób pomocne. Jedni mówili o bogach, którzy istnieli od zawsze i brali udział w tworzeniu świata. Inni o bogach, którzy takimi się urodzili, jako potomkowie boskich rodziców. Jeszcze inni o ludziach, którzy stawali się bogami dzięki bohaterskim czynom… ale dopiero po śmierci, gdy trafili w zaświaty.
</p>

<p>
	Jak się łatwo domyślić, żadna z tych opcji nie wchodziła w grę. Cesarz zwrócił się więc ku mniej ortodoksyjnym doradcom. Naspraszał wiejskie wiedźmy, pokątnych czarowników, heretyckich okultystów i wędrownych szarlatanów. Byli bardziej skorzy do przedstawiania praktycznych sposobów na osiągnięcie boskości. Jeden z mistyków nauczył cesarza techniki medytacyjnej, która wymagała odpowiedniego sposobu oddychania i utrzymywania jednej pozycji ciała przez kilka godzin. Po jakimś czasie Nienasyconego nawiedziły piękne wizje boskich mocy… niestety, zniknęły natychmiast po zakończeniu medytacji. Za to ból kręgosłupa utrzymał się przez kilka następnych dni. Z kolei pewna zielarka sporządziła dla władcy napar. Po jego wypiciu, Nienasycony niemalże nie przeniósł się na tamten świat i nie sprawdził na własnej skórze prawdziwości teorii o ludziach stających się bogami po śmierci.
</p>

<p>
	Cesarz dość szybko doszedł do wniosku, że ta taktyka nie ma większego sensu, z prostego powodu. Gdyby którykolwiek z tych czarowników znał prawdziwy sposób na osiągnięcie boskości, już dawno by ją zagarnął dla siebie. Wiedza o prawdziwej apoteozie musiała być z definicji tajemna i trudno dostępna.
</p>

<p>
	Nienasycony rozesłał więc swoje sługi po imperium, każąc im zdobywać wszelkie księgi na temat teologii, mistyki, okultyzmu i magii. Posłańcy przeszukiwali biblioteki, świątynie i ruiny upadłych cywilizacji. Kupowali księgi, wykradali je, odbierali siłą. Wszystkie przesyłali do stolicy. A cesarz siedział nad nimi i wertował. Ale nie znalazł rozwiązania.
</p>

<p>
	Na poszukiwaniach boskości Nienasycony zmitrężył wiele lat. Musiał jednak też zajmować się innymi sprawami. Pewnego dnia odwiedził swojego syna podczas lekcji udzielanych przez jednego z nadwornych mędrców. Cesarz nakazał, aby uczeń i nauczyciel prowadzili swoją lekcję jak zwykle i nie zwracali na niego uwagi. Sam zaś usiadł z boku i swoim zwyczajem pogrążył się w rozmyślaniach nad dążeniem do boskości.
</p>

<p>
	Wciąż jednak docierały do niego urywki wykładu. Dzisiaj mędrzec nauczał księcia w zakresie przyrody. W pewnej chwili chłopiec zapytał „Dlaczego zabijamy i jemy zwierzęta?”. Mędrzec odpowiedział „Istoty, które stoją wyżej w hierarchii bytów, mają prawo żywić się stojącymi niżej. Zwierzęta jedzą rośliny, a ludzie jedzą zwierzęta”.
</p>

<p>
	Nienasycony powtórzył bezwiednie te słowa w myślach, a potem nagle zerwał się na równe nogi, krzycząc „Nareszcie!”, ku zaskoczeniu swojego syna i jego nauczyciela. Wyższe istoty zjadały niższe. Zwierzęta żywiły się roślinami, ludzie zwierzętami… A zatem ten, kto żywił się ludźmi, był kimś wyższym, niż człowiek. Bogiem. Nie tylko z nazwy, lecz z natury.
</p>

<p>
	Cesarz natychmiast wydał nowe rozkazy. Od tej pory skazani na śmierć przestępcy mieli trafiać zamiast na szafot, do pałacowej kuchni. Te polecenia wywołały oburzenie wśród poddanych. Niektórzy nawet zbuntowali się przeciwko ludożernemu władcy, którego postrzegali jako potwora. Zabawna rzecz – zabijesz człowieka, a inni są gotowi to zaakceptować. Ale jeśli go zjesz, to jest to dla nich zbrodnia niewybaczalna, choć przecież zmarłemu pożarcie już nie zaszkodzi. Niektórzy z poddanych ośmielili się nawet chwycić za broń. Nienasycony siłą stłumił te rozruchy, a rebelianci dołączyli do skazańców trafiających na rożen lub do kotła.
</p>

<p>
	Nienasycony codziennie pochłaniał porcje ludzkiego mięsa i popijał krwią. Przez kilka dni nie był przekonany, czy to naprawdę uczyni go bogiem, ale pewnego ranka obudził się przepełniony pewnością, że jest na dobrej drodze. Nie wiedział, co mu się dokładnie śniło, zapamiętał jedynie dwoje błękitnych oczu, zimnych jak lód, świecących pośród ciemności. Cesarz był jednak pewien – oto stał się bogiem Pochłaniając ciała zwykłych ludzi, bezsprzeczni udowodnił, że jest istotą wyższą niż oni.
</p>

<p>
	Wkrótce do uszu cesarza doszły niepokojące wieści. Oto inni mieszkańcy Imperium poszli w jego ślady. Obłudnicy, a najpierw sami się oburzali na jego nowy jadłospis! Bogacze kupowali ciała zmarłych biedaków od ich rodzin. Biedacy napadali na sąsiadów, by ich pożreć. Wszyscy mieli nadzieję na boskość. Nienasycony wpadł we wściekłość. Jeśli wszyscy zaczną korzystać z boskiej diety, przestanie ona być czymś wyjątkowym. On przestanie być kimś wyjątkowym. Przestanie być bogiem. Jeśli wszyscy są bogami, nikt nie jest bogiem!
</p>

<p>
	Nienasycony wprowadził surowe kary dla ludożerców. Ale to nie powstrzymało nowej mody. Oczywiście, dotarła ona również do królewskiego pałacu. Kiedy cesarz usłyszał, że jeden z jego ochmistrzów po kryjomu zajada się ludzkim mięsem, postanowił przykładnie go ukarać. Zwołał wszystkich dworzan do sali tronowej i kazał strażnikom postawić skutego w kajdany ochmistrza przed swoim obliczem. „Śmiałeś sięgnąć po to, co należy się wyłącznie mnie, jako bogu!” – zagrzmiał Nienasycony. Ochmistrz zaczął błagać o litość, a kiedy prośby nie złagodziły cesarskiego gniewu, postanowił wydać innych ludożerców, wskazując na sekretarza i koniuszego. Ci dwaj natychmiast, by ratować swoją skórę, zaczęli donosić na innych dworzan. A ci wydali kolejnych. I tak z każdą chwilą krąg oskarżonych poszerzał się. W pewnej chwili cesarz ku swojemu przerażeniu zorientował się, że wszyscy jego dworzanie są ludojadami. Urzędnicy i kapłani, damy dworu i żołnierze. Każdy, od najmarniejszego niewolnika, po najwyżej postawionych ministrów. Nienasycony nie wiedział, co zrobić. Przecież nie mógł ukarać ich wszystkich, zresztą, kto by miał wykonać ten rozkaz? Zbrojni sami byli winowajcami.
</p>

<p>
	Co gorsza w pewnej chwili sami dworzanie zorientowali się w sytuacji. Każdy z nich uświadomił sobie, że reszta podziela potajemnie jego nowe upodobania kulinarne. Zapadła cisza, a wszystkie spojrzenia powędrowały w stronę cesarza siedzącego na tronie. Ochmistrz pomimo kajdan uniósł dłoń i wskazał na władcę, mówiąc: „Skoro zwierzęta jedzą rośliny, ludzie jedzą zwierzęta, a bóg zjada ludzi… Czym się staniemy, kiedy zjemy boga?”.
</p>

<p>
	Minął miesiąc. Namiestnicy prowincji zaczęli się niepokoić, że od wielu dni brak jest jakichkolwiek wieści ze stolicy. Wysłali swoich żołnierzy, aby ci sprawdzili, co się dzieje w cesarskim mieście. Kiedy zbrojni wkroczyli do metropolii, ich oczom ukazał się straszliwy widok. Stosy obgryzionych ludzkich kości. Szkielety bogów.
</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">5730</guid><pubDate>Wed, 12 Jun 2024 12:35:48 +0000</pubDate></item><item><title>Face Swapper</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/5704-face-swapper/</link><description><![CDATA[<p>
	Ostatnio podczas robieniu porządków na Google Drive dokopałem się do starej grafiki do artykułu z 2012 porównującego piłkarzy Realu Madryt do kinowych Avengersów - prostackie przeklejenie twarzy na filmowy plakat. W weekend pobawiłem się nieco Face Swapperem i szczerze mówiąc jestem zaskoczony efektem:
</p>

<p><a href="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/monthly_2023_08/The_Madrid_Avengers_Losblancos_pl.jpg.jpg.36657702621e151acb57354776f9f616.jpg" class="ipsAttachLink ipsAttachLink_image" ><img data-fileid="350" src="https://enklawanetwork.pl/forum/applications/core/interface/js/spacer.png" data-src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/monthly_2023_08/The_Madrid_Avengers_Losblancos_pl.jpg.jpg.36657702621e151acb57354776f9f616.jpg" data-ratio="62.5" width="800" class="ipsImage ipsImage_thumbnailed" alt="The_Madrid_Avengers_Losblancos.pl.jpg.jpg"></a></p>
<p><a href="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/monthly_2023_08/Madrid_Avengers.jpg.f775fb553b5a93d5e4a22362c9c7cbfa.jpg" class="ipsAttachLink ipsAttachLink_image" ><img data-fileid="351" src="https://enklawanetwork.pl/forum/applications/core/interface/js/spacer.png" data-src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/monthly_2023_08/Madrid_Avengers.thumb.jpg.ba1c8a4a2be286020340da3493dfdfd0.jpg" data-ratio="62.5" width="1000" class="ipsImage ipsImage_thumbnailed" alt="Madrid_Avengers.jpg"></a></p>
<p><a href="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/monthly_2023_08/Avengers-tile.jpg.ed56fcfeb48c92e89caf0c8599daeb4f.jpg" class="ipsAttachLink ipsAttachLink_image" ><img data-fileid="352" src="https://enklawanetwork.pl/forum/applications/core/interface/js/spacer.png" data-src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/monthly_2023_08/Avengers-tile.thumb.jpg.090c9eb2981b7fcd2167e47191cfc21e.jpg" data-ratio="38.7" width="1000" class="ipsImage ipsImage_thumbnailed" alt="Avengers-tile.jpg"></a></p>]]></description><guid isPermaLink="false">5704</guid><pubDate>Thu, 17 Aug 2023 14:33:51 +0000</pubDate></item><item><title>Labirynt i zachodnio-chi&#x144;skie przygody.</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/5708-labirynt-i-zachodnio-chi%C5%84skie-przygody/</link><description><![CDATA[<p>
	<strong> antologie o beletrystyce etnozoologicznej</strong><br />
	<em>publikacja wydana w ramach programu Badania i Rozwój z tytułu projektów realizowanych przez Gabinet Dociekań Przyrodniczych</em>. 
</p>

<p>
	<span style="color:#2c3e50;"><strong>FIKCJA LITERACKA !</strong></span>
</p>

<p>
	<font color="#2c3e50"><b>12 of 2013</b></font>
</p>

<p>
	<s>autor Tomasz vel Quatl</s>
</p>

<p>
	Może pamiętacie jak byliśmy na stepach azjatyckich. W tych owych czasach z pewnością okrytych kanwą zdrajców naszych starliśmy się z grupa zamaskowanych kozaków. Jak się później okazało pomylili oni nas z wrogami publicznymi. Już wówczas wiedziałem, że staniemy się ich wspólnikami w dochodzeniu na szeroka skalę. Otóż jeden z mieszkańców Buchary otrzymał zawiadomienie, iż na Kaukazie stacjonuje wielki dostojnik. Miał on dla nas przesyłkę nieprawdopodobną wówczas. A mianowicie. W krainie nietkniętej wówczas przez oko badawcze żyły podobno stworzenia baśniowe. Nazwano je przez białych mitycznymi „ktoś jak centaur” oraz turkmeński północny osioł-ślimak. Jak zwykle nie dowierzaliśmy tym pogłoskom. Dopóty nie wyruszyliśmy na granicę z Turkmenią i Azerbejdzanem. Tam powiadomiono nas, iż osioł siał spustoszenie. Niszczył zasiewy i atakował na polach mieszkańców. Okazało się, iż żył z nimi w zmowie. Zadawał ponadto pytania mieszkańcom oczekując odpowiedzi. Czekał jak mityczny sfinks nad przepaścią i pytał się jakiż to zwierz jest hybrydą wspaniałą. Nigdy nie otrzymał właściwej odpowiedzi. Musicie wiedzieć, iż należał do egoistów. Zrzucał niedowiarków w czeluścia skalne. Okazało się to wierutną bzdurą. W rzeczywistości człowiek przebrany za osła miał chorobę psychiczna nie leczono go, lecz puszczono na pola, aby robił cokolwiek, ponieważ do niczego się nie nadawał. Ani do polnych 87 prac. Ani do prac umysłowych tym bardziej. Wybrał najmniej odpowiednie zajęcie. Nie było nam do śmiechu, ponieważ szybko musieliśmy wyruszyć oczyścić wioski od „ktoś jak centaur”. Okazało się, iż człowiek na koniu jeździł i przedstawiał się jako półkoński zwierz. Także i my zorganizowaliśmy tzw. ustawkę by wytłumaczyć ludziom autochtonom, że ten człowiek jest niespełna rozumu. Ale czekaliśmy na jego ujęcie. Tymczasem powiadomiono nas iż jakieś dzikie konie występują w Kirgizji północnej. Ale brak było informacji o istnieniu tam jakichkolwiek gatunków z tej rodziny. Naszym planem było sprawdzenie tych komunikatów. Wyszło na jaw, iż zdziczałe konie hodowane przez przejeżdżających kozaków zostały puszczone wolno jak nakazywał im stary zwyczaj. A brzmiał on tak. By po odbyciu przezeń służby dla pana zostały zwrócone przyrodzie. Tak się te konie rozpanoszyły, iż wytworzyła się lokalna populacja w dolinie pólnocnokirgizkiej. Powróciliśmy w region stacjonujący. W zachodniej Kirgizji rozbiliśmy Jurty i zażyliśmy Kumysu i Ajeraku, ponieważ czekaliśmy na polskich emigrantów mieszkających w Mongolii. Nie udało nam z nimi porozumieć. Ale czekaliśmy na bardzo ciekawe dla nas wyprawy w głąb Chin do północno-zachodnich Xinghai i Kaszgarii. Czekały nas kolejne przeszkody, którym sprostać było niezwykle trudno. Straszono mieszkańców tam nie tylko wielkimi kobrami, ale i zwariowanymi ludźmi na wpół dzikimi biegającymi z ostrymi narzędziami po lasach. Słyszałem, iż jeden z wielkich sułtanów na południu uzbeckiego kraju posiadał trzech doradców na dawnych terenach. Brał udział w polowaniach na wielkiego zwierza 88 daleko na wschód. Podczas jego polowań upolowano dziwne zwierzę, którego rozpoznać nie mogli. Przypominało ono dużego ssaka podobnego do mangusty. Postanowiliśmy dojść do źródeł tej legendy i odkryć jakie to zwierzę upolowano i czy żyje tam do dziś. Fascynujące są mangusty fergańskie. Wedle naszych wywiadów prowadzonych na południu są one większe dwukrotnie od pand świetlnych. Zamieszkują odległe obszary poniżej regionów przez nas słabo określonych. Nasze polowanie na cywety miało mieć miejsce w krainie Kaszgarskiej. Nie udało nam się rozwiązać sytuacji czy przetrwały czas rozłamu. W czasach gdy, przebywałem w zachodnich Chinach słyszałem o prastarym labiryncie, w którym trzymano zaginione gatunki małp. Nie przeczuwałem, że mogli przebywać tam dzicy ludzie lub wielki nieznany drapieżnik. Ale w istocie labirynt był wielką menażerią zwierząt lokalnego rządcy ludów tureckich Ujgurów. Czwartego dnia tygodnia wyruszyłem w region Gaduon. Tam miał przebywać badacz zaginionych cywilizacji. On znał położenie zaginionego labiryntu. Na lokalnym targu zapytałem, gdzie mieści się instytut wszechstronny. Ale nie dostałem klarownej odpowiedzi. Poznaliśmy czarnoksiężnika chińskiego Li. Stacjonował on w wielkiej chacie podpartej potężną łapą prastarego kopalnego niedźwiedziego drapieżnika. O kopalnych gatunkach i wskrzeszaniu ich do życia ponownie było mowa wygłoszona także przez znanego chińskiego czarnoksiężnika. Zagubiony wielki gad pojawiał się nam przed oczyma jak zjawa najprawdziwsza. Latający wąż dynastii Tang to bardzo tajemnicze zjawisko jak nam wyjaśniał wielki czarnoksiężnik. Za bardzo nie pamiętam, ale musieliśmy go nieźle zwyzywać, gdyż później nigdy 89 więcej nie patrzył nam prosto w oczy. Przyznał się nam później, iż owy latający smok lub wąż to tylko wycinek nie byle jaki z wszelakiej mitologii chińskiej. Odwiedziliśmy też region południowozachodnich Chin w poszukiwaniu tego stwora. Wykazaliśmy, że takie zwierzęta nie istnieją. Szliśmy pewnego pochmurnego dnia po rzadkim ogrodzie. Oprowadzał nas po największych ówczesnych ogrodach Kaszgarii arcymistrz sztuk ponurych Jueng Kidok-ut. Potrafił on wiele zdziałać w ówczesnym świecie. Wiedział również o rzadkim wielkim gryzoniu zamieszkującym rejon pustyni zachodniej w kotlinie Tarim. Tam prowadził swoje dochodzenia nad gatunkiem. Finansował badania. Nie przeczuwaliśmy jak wiele on jednak nie wiedział. Nikt przecież nie wie wszystkiego. Ale on wiedział wiele. Prowadzono pod jego nadzorem badania zoologiczne i eksploracje na Kamczatce odległej oraz na wyspach morza Indyjskiego. Potwierdził, iż z chęcią może nas wysłać na wyspy abyśmy i my mogli rozpocząć bardzo istotne badania nad ssaczymi gatunkami w obszarach. Zajechałem wtedy do ludności lokalnej zapytać o zwierzę bardzo tajemnicze. A wiedźcie byłem wówczas podekscytowany możliwością istnienia dużych drapieżników podobnych do pand. Wyruszyłem więc na granice górskie do dolnych lasów rosyjsko-chińskich. Wypytałem rosjanina mieszkającego w chińskim domku jednorodzinnym na skale, ile w tym jest prawdy. Opowiedział mi niesłychane niedomówienia. Był mianowicie świadkiem żerowania kilku osobników w odległych lasach na północ od Kunlun. Wszedł wówczas jako podróżnik na zakazaną górę monarchy osadników i tam w godzinach popołudniowych wylegiwało się w promieniach słońca kilka tych zwierząt o wielkich głowach 90 obrośniętych długim futrem. Nie wydaje mi się, aby była to historia przez niego zmyślona, ponieważ legendy lub raczej podania pojawiające się o takich pandopodobnych zwierzętach miały miejsce już od starożytności. Także i na jednej z dżungarskich waz widnieje wizerunek dziwnego włochatego drapieżnika. Nie udało mi się niestety udowodnić istnienia tych zwierząt. Zasięgnąłem jednak po chiński bestiariusz, bynajmniej nie taki fantastyczny jak mi się wydawało. Mieszanka przeróżnych stworzeń była tam zgromadzona. Prócz tak znanych jak chiński smok lub jednooki tygrys były tam i zwierzęta nieznane mi zupełnie a i gronu szerszemu także. Zachowała się ponadto rycina starożytnego wędrowca, przemierzającego dawne lądy poza państwem środka. Wierzcie mi lub nie opisywał on spotkanie ze stworzeniami wcale nie bardziej różnymi niż te pokazane w owym bestiariuszu chińskim. W lanzy chińskiej centralnego obszaru w opuszczone wsi regionu Sinciang rozpoznałem podróżnika dawnego, który obiecał mi sporządzić mapy obszarów związanych z relacjami. Ale moje wyprawy nie rozpoczęły się po myśli mojej właściwej. Wywieziono mnie jako jeńca i przetrzymywano w spartańskich warunkach na polu chińskiego kwatermistrza. Uciekłem przywdziewając chiński kostium pradawnych wielkich chińczyków z legendarnej dynastii Ming. Podziwiałem ten wielki kraj majestatyczny. Istnie rzeczywiście było to Państwo środka. Ale poza środkiem, były też rozległe krainy nieznane zupełnie pozostawione same sobie. Natura wyprawiała tam wielkie zawody. Dołączyłem do lokalnych uchodźców. Raz nawet wyskoczył mi sprzed nosa zabawny Pan. Musiał niestety dostać ode mnie w kufę. Nie byłem wtedy w nastroju. 91 Szpieg Didov wyruszył do Persji północnej czyli kraju Tadżyków, aby szukać potwornych istot legendarnych. Nikt mu nie wierzył, aby odnalazł tam coś więcej niż tylko demoniczne postacie. Porozumiał się tam z zoologiem jaskrawcem. Razem mieli w planie oczyścić tą ziemię niezmierną przed mantykorą, lwem w człowieczej głowie i z ogonem skorpiona. Był tam i również demon ciemności, o którym nie mówiono po zmroku. A postać miał zmory i nietoperza wielkiego. Czy była to jakaś zmutowana ćma czy pies latający? Być może kreatura druga z tych to była. Dla zoologa jaskrawca przednią sprawą do załatwienia była ochrona rzadkich drapieżnych ssaków południowego Tadżykistanu. Był wśród nich tajemniczy słodkowodny drapieżnik z rodziny fok. Pomagali im lokalni aktywiści. Autorem mantykor był lokalny działacz Hibram Dibuldeh. Wytresował on dwie wielkie hieny irańskie i zaopatrzył je w okrutne stroje błazeńskie, aby te posłuszne mu niezmiernie siały popłoch wśród wrogów naturalnej ochrony przyrody. Atakowały z zawziętością myśliwców na polowaniach. A i zapędzały się na ludzi uliczników. Przekroczył jednak swoje uprawnienia. Stał się wrogiem innych działaczy na rzecz ochrony przyrody tadżyckiej. Ale nie miał wsparcia w innych organizacjach. Założył własną tajną grupę „tadżyckie bractwo działaczy Kudoheh”. Biały Tołstoj, gruby człek w białej pelerynie siedział w swoim gabinecie z puszystym perskim kotem i mówił piskliwym głosem. -Jedziecie do Persji i Baktrii północnej królów. Dzieją się tam rzeczy niebywałe. Przed moim biurowce stoją dwa motocykle dla was przeznaczone. Alfood pokaże wam jak się na nich poruszać. 92 Były to motocykle wyposażone w automatyczną skrzynię biegów napędzane światłem słonecznym. Wskoczyliśmy na motocykle i wyjechaliśmy z przypływem wielkich sił naturalnych. Podążaliśmy do północnej Persji dalej prastarej i odradzającej się po wiekach. A wiedźcie, że rozpędzaliśmy się do 300 kilometrów na tych machinach piekielnych. Były to czasy dla nas ważne. Jeździliśmy wtenczas pozbawienie wielkich trosk z motywacją do działania. Mieliśmy także niezbędne środki finansowe. Nad morzem Czarnym odwiedziliśmy naszego przyjaciela Bułgara Kudieva. Opowiedział nam o dziwnej rybie podobnej do rekina żyjącej w jeziorze Sieduhov. Zostaliśmy tam na tydzień, aby dowiedzieć się co to była za ryba i czy mogła być formą nieznana w tamtych okolicach. Wraz z naszym sprzymierzeńcem przebyliśmy długą przeprawę pieszo wśród gór. Wyprawa trwała dwa dni. Zdobyliśmy przy okazji lokalny szczyt. I oto podczas przeprawy przez skaliste wyrwy jedno ze zwierząt bardzo dziwnych skakało przed nami i wielkim jęzorem wywijało. Nie wiemy co to było. Ale nasz przyjaciel wyjaśnił nam wówczas, iż podobne to zwierzę był do małych karłowaty ludzi. Prawdopodobnie był to zdegenerowany lokalny mieszkaniec tamtejszej wioski. Być może z powodu choroby neurodegeneracyjnej genetycznie wadliwej lub nabytej za życia doszło u niego do tak odrażającej degeneracji. Byliśmy już nad jeziorem. Założyliśmy na nasze maszynowe wędki padlinę. Kudiev opowiedział nam, iż ta ryba jest drapieżna i bardzo silna. Ale nic się nie złapało. Mieliśmy tam batyskaf. I tam udało się nam zanurzyć. I rekin się pojawił. Nigdy nie widziałem tak potwornego 93 wodnego zwierzęcia. Zęby miało nieproporcjonalnie wielkie. Aktywista ów miał ponoć wielkiego latającego ptaka podobnego do sekretarza. Ale takie ptaki nie żyły w Tadżykistanie. Skądś miał jednak takie ptaszyska. Była to awifauna szkolona przezeń. Przebyliśmy pustynne górskie regiony tadżyckie. Aby rozprawić się ze stadem wielkich kocich zwierząt. Nie byłem pewny, ale wydawało mi się, że walczyliśmy wówczas z ogromnymi najedzonymi gepardami. Nasłano na nas trzy z nich. Nie była to walka nierówna. Nieźle poczynał sobie Joseph. Ustrzelił kilka z tych szkolonych kotów. Zostałem zaatakowany wówczas przez jakiegoś zwierza podobnego do morsa. Te ogromne zwierzę było trudnym wyzwaniem. Cudem uniknąłem rozszarpania przezeń. Zwałem go później zezwierzęconym przyjacielem. Ale do dzisiaj nie wyobrażam sobie skąd w środku gór żyło w dobrym stanie zwierzę na wpół wodne? Przyszło nam się jednak rozprawić w owym czasie z potwornymi hienami. Rzucały się do gardeł. Ludzie widywali jak wieszali się u szyi łapskami. Starzy plemienni na szyi zakładali talizmany dla odstraszenia tych dziwadeł. Okrywali się ich futrami, ich okazów. Otóż na granicy gór Hilemah dotarliśmy do bazy aktywisty wraz z trzema wynajętym przez nas szturmowcami. Aktywista wypuścił na nas dwie hieny mantykorskie i już był czas, aby i walczyć o własną skórę. Z mojej dubeltówki wystrzeliłem jak z armaty. Ale hieny był oporne na naboje. Czy nie czuły bólu nijakiego? Z grubej skóry były ich błazeńskie pokrycia. Z ludzkiej twarzy miały przybrane maski. I skoczyły na Josepha. I wydawało się, iż jego los jest przesądzony, gdyby nie jego doświadczenie, którego nieznałem przedtem. Wywinął kozła w powietrzu i skoczył 94 na jedną z hien niczym mistrz sztuk walki. Choć nie byliśmy już wówczas młodzi. Każdy z nas miał przecież ponad trzydziestkę. Joseph począł dźgać dziką hienę w kręgosłup na szyi. Aż polała się czarna krew tętnicza. Przebił zupełnie tętnicę szyjną szkolonej tej maszyny do zabijania. Gepard był o niebo sprytniejszy. Za nami pojawił się aktywista. Ale nie był zadowolony. I wówczas Josepha raniono wielokrotnie bardzo niebezpiecznie. Zadano mu parę ciosów ostrym przedmiotem. Myślałem że się wykrwawi, i ja doznałem upadku. I wielkiej rany brzucha się nabawiłem, gdy dopadła mnie kolejna hiena mantykorska. Szeroko rozbawiony aktywista w szyderczym uśmiechu podszedł do mnie i powiedział. -Będziecie konać powoli. Zaraz zjawią się tutaj sępy i inni padlinożercy. Życzę wam powolnej śmierci.- Nie przeczuwałem wówczas że nasza sytuacja w jakiś sposób się poprawi. Ale dostałem chyba krwotoku z brzucha. Nie cierpiałem wiele, ponieważ najadłem się ziela, które zawsze trzymałem na czarną godzinę. Był to narkotyk uśmierzający ból. Morfina kaukazka. Ponieważ wymagałem natychmiastowej pomocy, nachodziła mnie beznadzieja. Ale nie wróżyłem żadnej poprawy. Myślałem, że były to ostatnie dla nas chwile na tej ziemi. I przytkałem sobie ranę w brzuchy i poczułem jakby straszliwe pieczenie. Palił mnie ból brzuszny. Znałem te właściwości lekarskie tej wierzby górskiej. Zerwałem ostatkiem sił i przytkałem sobie ranę na brzuchu jeszcze mocnej, by ostatecznie krwawienie zatamować. Miałem też krwawiące czoło. I ranę na plecach szpecącą, raczej nie groźną dla życia jak mi się wówczas zdawało. Ale myliłem się. Doczołgałem się do skraju gęstych zadrzewień, 95 gdzie leżał na wpół przytomny Joseph. I wówczas myślałem, iż już nie żyje. Ale wyczuwałem jego oddech. Stracił dużo krwi. Słaby syczący głos dało się usłyszeć. Nogę jedną miał zharataną doszczętnie. Straciłem przytomność. Joseph chyba już nie żył. Tak mi się przynajmniej wydawało. Nie udałoby mi się go uratować wówczas, gdyby nie pewien dobroduszny przybłęda. Obudziłem się, gdy nade mną stała wymalowana jakaś postać starego człowieka z długą brodą. Przedstawił mi się jako potomek wielkich muzułmanów. I był to człowiek szlachetny jak żaden inny. Zszył mi on sam ranę na brzuchu. I leżałem dniami prawie na wpół umarły. Podawano mi leki z natury czerpane tadżyckiej. Josepha nie widziałem nigdzie. Gdy wydobrzałem. Okazał się iż Josephowi amputowano nogę. Leżał w namiocie obok. Leczyła go jedna z żon szlachetnego człowieka dniami i nocami. Żył, ale był bardzo słaby. Nie poddawał się. Miał bardzo silny organizm. Aż miesiąc następny jeszcze trwało nasze leczenie. Powiedziano nam, iż owi dobroduszni ludzie są wielkim potomkami i pomogą nam rozprawić się z aktywistą. Wiedzą też, że przyłączył się do niego słynny zły człowiek oraz szkoli kolejne zastępy hien i niedźwiedzi tadżyckich. Sytuacja wymagała natychmiastowej pomocy. My byliśmy osłabieni. A więc wymagaliśmy nie tylko długotrwałej opieki, ale i również pomocy w walce z tymi szarlatanami. Tymczasem zaproponowano nam wyruszenie na ekspedycję w poszukiwaniu tajemniczych zwierząt leśnych tadżyckich. Czuliśmy się słabi. Ale wyprawa ta nam dodała sił. A zaczęło się to wszystko tak. Wsiedliśmy na osły pasterskie i powędrowaliśmy w mało znany tadżycki zakątek. Były tam zwierzęta przez nas słabo 96 znane. Nie mogliśmy ich rozpoznać bezbłędnie gdyby nie pomoc jednego z badaczy prawdziwych. A był nim pasterz z urodzenia, który został lokalnym przewodnikiem po owych lasach. Z nim to właśnie mieliśmy rozpoznać lokalną faunę tamtego regionu. Ludność tam wykazywała jakieś inne korzenie. Ale byli do nas przyjaźnie nastawieni z pewnością. Zamieszkaliśmy w małej osadzie za górami, obok leśnego kompleksu Eurek. Tam to opowiedziano nam o przychodzącym z lasu małym ssaki z rogami oraz o wielkim gryzoniu żyjącym na drzewach. Nie mogliśmy udowodnić w sposób jasny co to były za stworzenia. W pamiętniku pisał Joseph Baluta historie przedziwne. Zniknęły dwa gatunki, tak nagle jak się pojawiły. Był tam jakiś ogromny kot z Ekwadoru. Z naszej podróży nie przywieźliśmy jednakże żadnych konkretnych wieści. Przepędzono nas mówią , iż nie spełniamy kryteriów zasadniczych. Ale jak się z tym nie zgadzałem. Biały Tołstoj nie był zadowolony. Dotarliśmy na Nową Zelandię, aby tam poszukiwać gniazd orła Haasta. Szukaliśmy dowodów na przetrwanie tego niezwykłego ptaka. Nasza wyprawa miała wydźwięk niezwykły. W miejscowości Broad Fither dostaliśmy informację o wielkim ptaku za dnia latającym nad miastem Jecry City. Nie porównywaliśmy to z jakimiś odniesieniami dopóty nie spostrzegliśmy, iż miało to związek z gniazdem wielkim na drzewie skalistym. Wraz z młodym pracownikiem biurowym udaliśmy się nad jezioro Betswill, ponieważ stamtąd informowano nas o bestiach wodnych atakujących ludzi zewsząd. Nagraliśmy wraz z nim głosy te okropne i coś nami wstrząsnęło. Kapłan wspomniał na potrzebę egzorcyzmów dla nas jako że nas zły duch opętał, ale dla nas rozwiązanie zagadki tego wodnego 97 stwora było rzeczą oczywistą. W dobie porannej wyszliśmy nad szuwary, aby tam udowodnić, iż te dźwięki nagrane przez nas nie pochodzą od stworzeń nieziemskich lub duchowych, ale że są źródłem naturalnym. I wykazaliśmy przeto, iż odgłosy pomruki wydobywane są przez delfiny, które być może przedostały się nad jezioro jeszcze w czasie, gdy jezioro było połączone z morzem. Jezioro było ogromne, ale utrzymanie się tak małej populacji delfinów było prawie niemożliwe przez setki lat. Genetyczne badania wykazały, iż delfiny zostały sprowadzone w ten obszar zaledwie kilka lat temu. Pochodziła ich matka mitochondrialna z pewności z okolic wybrzeży i przebywali setki kilometrów od brzegów również. Ktoś jednak zachłanny i sławę chcący zdobyć wielką postanowił, iż wprowadzi parę delfinów złapanych przez siebie. Był to szaleniec zapewne, fan zagadek pradawnych stworzeń. Musiał być to jakiś wpływowy człowiek. Powróciliśmy do miasta Jecry City. Wielki orzeł przelatywał nad miastem siejąc popłoch. Jeden z lokalnym ornitologów, nie wierzył jednakże, iż mógł to być przeżytek. My tez skłanialiśmy się do tego, że ptak ten jest jakiś dziwny. Pozostało nam rozwiązać tą zagadkę. Wylecieliśmy na wyspy Samoa badać niezwykle rzadkie małe gatunki gadów. Robiliśmy pomiary tych jakże ciekawych zwierząt. Doszliśmy do zaskakujących rezultatów. Prowadziliśmy także badania populacji lokalnej ludności. Wszystkie badane przez nas gatunki były endemitami. Od jednego z Polinezyjczyków usłyszeliśmy niezwykłą opowieść o jakże niezwykle tajemniczych ludziach Vele z Samoa. Wysłaliśmy tam naszego kumpla murzyna Bambo jak go nazywaliśmy 98 żartobliwie. Niestety nikt nie znał jego prawdziwego imienia. Zasłyszał on o tych dziwnych ludziach, ale wyjaśnił tam, że według niego były to raczej etniczne nazwy tubylczych ludów. Nie potwierdził, aby jakiś inny gatunek człowieka występował kiedykolwiek na wyspach. Dziki człowiek tak jak wszędzie to tylko synonim ludzi żyjących w zgodzie z naturalnym cyklem; tubylców, dzikich i żywiących się tym co uda im się zdobyć. Czyli tzw. tubylcy lub autochtoni mogę być również tymi dzikimi ludźmi. Są to więc dzicy.
</p>

<p>
	<a class="ipsAttachLink ipsAttachLink_image" data-fileext="jpg" data-fileid="356" href="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/monthly_2023_09/1440px-Magura_cave_23-scaled.jpg.85b9fb88b15d7f28a19e1a7066428b81.jpg" rel=""><img alt="1440px-Magura_cave_23-scaled.jpg" class="ipsImage ipsImage_thumbnailed" data-fileid="356" data-ratio="75" style="height:auto;" width="1000" data-src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/monthly_2023_09/1440px-Magura_cave_23-scaled.thumb.jpg.15b407772226e8afd3d999676c0c66c5.jpg" src="https://enklawanetwork.pl/forum/applications/core/interface/js/spacer.png" /></a>
</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">5708</guid><pubDate>Tue, 05 Sep 2023 15:53:22 +0000</pubDate></item><item><title>Atomowy Poker</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/1958-atomowy-poker/</link><description><![CDATA[<p>
	Zapraszam do lektury napisanej przeze mnie, a opartej na faktach związanych z programem atomowym III Rzeszy, sensacyjno - szpiegowskiej trylogii pt. "Atomowy Poker". Tekst publikuję w formie bloga, pod adresem - <a href="http://trylogiaap.blogspot.com" rel="external nofollow">trylogiaap.blogspot.com</a> . Pozostając z nadzieją, że tekst zainteresuje miłośników historii, sensacji, tajemnic i przygody, życzę państwu przyjemnej lektury. Wodzu.
</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">1958</guid><pubDate>Sat, 30 Oct 2021 16:38:17 +0000</pubDate></item><item><title>Czarna Samica Kruka: Po Tamtej Stronie &#x15A;wiadomo&#x15B;ci</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/1973-czarna-samica-kruka-po-tamtej-stronie-%C5%9Bwiadomo%C5%9Bci/</link><description><![CDATA[<p>
	Przez dwadzieścia lat służby nauczyłem się jednego - jedynym demonem na tej planecie jest człowiek.<br />
	Nigdy nie wierzyłem w anioły, diabły, piekło, niebo, wszystkie te religijne bzdury.<br />
	Aż do teraz.<br />
	Nazywam się Eryk Osowski. Jestem komisarzem w Wydziale Zabójstw.
</p>

<p>
	--------------------------------------------------------------------------------------------
</p>

<p>
	Zapraszam do lektury (formaty: EPUB, MOBI, PDF); będę wdzięczny za każdy odzew, wliczając również słowa krytyki - w końcu uczymy się na swoich błędach.
</p>

<p>
	Z życzeniami mocnych wrażeń,
</p>

<p>
	DPawłowski.
</p>

<p>
	Komp. Stacjonarny/Laptop - <a href="https://darekpawlowski.wixsite.com/czarnasamicakruka" rel="external nofollow">https://darekpawlowski.wixsite.com/czarnasamicakruka</a>
</p>

<p>
	Smartfon                             - <a href="https://darekpawlowski.wixsite.com/czarnasamicakruka/do-pobrania" rel="external nofollow">https://darekpawlowski.wixsite.com/czarnasamicakruka/do-pobrania</a>
</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">1973</guid><pubDate>Sat, 20 Nov 2021 19:49:04 +0000</pubDate></item><item><title>"Szcz&#x119;&#x15B;liwy dzie&#x144; Meduzy" - opowiadanie</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/1431-szcz%C4%99%C5%9Bliwy-dzie%C5%84-meduzy-opowiadanie/</link><description><![CDATA[
<p>
	(Krótkie opowiadanie, jedne z pierwszych w moim życiu, które odważyłem się pokazać szerszej publiczności).
</p>

<p>
	     Meduza sprzątała w swojej jaskini, podśpiewując pod nosem. Lubiła to robić (śpiewać, nie sprzątać), ale jednak trochę smutno jej było, że od wielu lat jedynym głosem, jaki słyszy, jest jej własny. Lecz cóż zrobić – kiedy rozgniewane bóstwo pokarze cię taką paskudną klątwą jak ta, jedyne co możesz zrobić, to postarać się, żeby nikt więcej nie cierpiał. Niestety, pomimo tego, że Meduza wyniosła się na to odludzie i tak zdarzały się… ,,wypadki”. Przed wejściem do jaskini stało już kilka posągów. Twarze niektórych z nich zastygły w wyrazie zaskoczenia, innych – wściekłości. Meduza nie wiedziała, czy zaklęci nieszczęśnicy cokolwiek czują – ale na wszelki wypadek uszyła kilka płacht, którymi ich nakryła, aby zła pogoda i ptasie odchody nie dawały się biedakom we znaki. Skrycie żywiła nadzieję, że kiedyś znajdzie sposób, aby ich odczarować.
</p>

<p>
	      – Hej! – krzyknęła, kiedy nagle jeden z wężowych włosów opadł jej na twarz. Aż wypuściła miotłę z ręki.
</p>

<p>
	      – Nie rób tego więcej! – powiedziała i lekko pacnęła węża po głowie. Stworzenie odskoczyło od jej twarzy. Jednak cały czas kiwało się o palec od niej, sycząc.
</p>

<p>
	      – O co chodzi? Dostałeś już jeść, tak? – spytała Meduza. – Bo będziesz grubszy niż wyższy! Eee… to znaczy – dłuższy!
</p>

<p>
	      Jednak pozostałe włosy też najwyraźniej były zaniepokojone. Wiły się we wszystkie strony i syczały.
</p>

<p>
	      – Wiem! – Meduza pstryknęła palcami. Trochę szpony przeszkadzały, ale ten nawyk pozostał jej ze starych czasów. – Czujecie, że ktoś nadchodzi!
</p>

<p>
	     Najśmielszy z włosów – ten, który przed chwilą ją ,,zaatakował” entuzjastycznie pokiwał łbem.
</p>

<p>
	      – Co za szczęście, że właśnie posprzątałam – mruknęła pod nosem dziewczyna. – A niech to Hades pochłonie! Zapomniałabym o najważniejszym!
</p>

<p>
	     Podeszła do legowiska, które kiedyś umościła sobie w kącie groty. Nie było to nic wielkiego, ot kupka słomy nakryta kolejną, pozszywaną z kawałków płachtą. Po chwili wyciągnęła spod ,,posłania" szeroką zieloną wstążkę i zawiązała ją sobie wokoło głowy, tak aby zakryć oczy. Teraz miała pewność, że nowemu przybyszowi nic się nie stanie.
</p>

<p>
	      – Wsadź sobie w tyłek swoją klątwę, Ateno – mruknęła. Ale cichutko, tak aby bogini przypadkiem nie usłyszała.
</p>

<p>
	      Po chwili do jej uszu doszły odgłosy kroków. Były ciche, najwyraźniej ten ktoś szedł powoli i ostrożnie. ,,Pewnie się boi” – pomyślała ze smutkiem Meduza. Cóż, trudno było mu się dziwić. Jednak zaraz dziewczyna poweselała. Od tej pory nikt nie musi się jej bać!
</p>

<p>
	      – Witaj! – powiedziała głośno, starając się, aby brzmiało to przyjacielsko, a na twarzy pokazał się miły uśmiech. Na szczęście, choć Atena zmieniła jej włosy w węże (okazały się zresztą całkiem miłe, od kiedy zaprzyjaźniła się z nimi na tyle, że przestały ją kąsać), paznokcie w szpony, i dała jej te nie wiadomo do czego potrzebne skrzydła (raz próbowała ich użyć… Do tej pory nie wszystkie siniaki zeszły), ale nie zabrała jej dźwięcznego głosu i sympatycznej buzi (tak przynajmniej je określali inni kiedy… kiedy jeszcze z nią rozmawiali).
</p>

<p>
	      – Nazywam się Meduza – ciągnęła. – Pewnie słyszałeś, że mój wzrok zamienia ludzi w kamień, ale nie bój się! Teraz noszę to – wskazała po omacku na opaskę. – Nic ci się nie stanie!
</p>

<p>
	     Usłyszała, że przybysz przystanął.
</p>

<p>
	     – Jak miło z twojej strony – w ochrypłym głosie gościa było czuć lekka kpinę i chyba niedowierzanie.
</p>

<p>
	     – Naprawdę! – zapewniła Meduza. – A ty jak się nazywasz? Czym się zajmujesz?
</p>

<p>
	     – Nazywam się Perseusz i jestem herosem. Zabijam potwory – z jakiegoś powodu przybysz postawił wyraźny nacisk na ostatnie zdanie.
</p>

<p>
	     – Brawo! – ucieszyła się Meduza. – To dobrze, że są tacy bohaterowie jak ty, którzy bronią zwykłych ludzi przed niebezpieczeństwami. Powiedz, teraz jesteś na jakiejś misji? Tropisz jakieś groźne monstrum? – pytała podekscytowana.
</p>

<p>
	     – Owszem.
</p>

<p>
	     – Jejku! A mogę ci jakoś pomóc? – spytała Meduza.
</p>

<p>
	     Mężczyzna przez chwilę milczał, po czym wybuchnął donośnym śmiechem. Meduza zawtórowała mu – nieco cicho i nieśmiało, bo nie miała pojęcia, co go tak rozbawiło, ale chciała być grzeczna.
</p>

<p>
	     – Pewnie! – powiedział gość, kiedy skończył się śmiać. – Po prostu stój przez chwilkę bez ruchu…. Może nieco pochyl głowę… I broń Zeusie, nie zdejmuj tej opaski!
</p>

<p>
	     Dziewczyna posłusznie wykonała to, co jej kazał. Nie rozumiała, o co chodzi w tym dziwnym rytuale… Ale była tak szczęśliwa! Wreszcie znalazła przyjaciela… I to w dodatku sławnego bohatera, któremu może pomóc w jego walce ze złem! Czuła, że razem dokonają wielkich czynów.
</p>

<p>
	     Czuła, że opowieść o Perseuszu i Meduzie przetrwa wieki.
</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">1431</guid><pubDate>Mon, 11 May 2020 12:12:52 +0000</pubDate></item><item><title>Prawdziwa historia z waszego &#x17C;ycia</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/824-prawdziwa-historia-z-waszego-%C5%BCycia/</link><description><![CDATA[
<p>Na poczatku parę słów wyjaśnień. </p>
<p>
Chciałbym, by użytkownicy mogli opisać tutaj jakaś ważna dla siebie historię, która zmieniła ich życie. żeby was nakierować sam zacznę:</p>
<p>
Parę lat temu byłem na koloniach w... LAS VEGAS 8)</p>
<p>
Organizatorem był nasz poczciwy ksiadz proboszcz, ale mniejsza o to. W każdym badź razie pewnego upalnego dnia w Stolicy grzechu postanowiłem popływać w basenie i gdy byłem już w hotelowym patio pękła mi guma przy kompielówkach :-[</p>
<p>
Nie wiem pech, czy szczęście, ale w tym patio, przy jednym ze stolików siedziała RIHANA!</p>
<p>
Spojrzała na mnie, przymróżyła oczy jakby ja coś oślepiło po czym zanuciła cicho:</p>
<p>
"It's shine like a daimonds, like daimonds on the sky"</p>
<p>
I tak oto stałem się inspiracja dla sławnej i pięknej RIHANy. Mówiac nieskromnie miałem nie mały udział w jej karierze, a swój sukces zawdzięcza również mnie.</p>
<p>
KONIEC 8)</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">824</guid><pubDate>Mon, 26 May 2014 15:45:50 +0000</pubDate></item><item><title>Jak pisa&#x107; - poradnik dla zaawansowanych</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/826-jak-pisa%C4%87-poradnik-dla-zaawansowanych/</link><description><![CDATA[
<p>Pomyślałem, że kilka cennych rad jak dobrze i poprawnie pisać przydadza się zarówno próbujacym pisać jak i będa cenne także dla tych co maja już w swym dorobku jakieś utwory.</p>
<p>
Ja jako kolega po piórze ( nie znacie mnie, bo do tej pory publikowałem tylko na... zachodzie, daleko na zachodzi) mogę udzielić wam kilku cennych rad. Pomyślałem, że najprościej będzie to przedstawić na tle jakiejś opowieści. Komentarze, te cenne rady będę wtracał w tekście w (nawiasach).</p>
<p>
Lekcja 1: Poczatek historii</p>
<p>
 Do karczmy wpadł rosły mężczyzna. Karczmarz na jego widok upuścił pieczeń z kretoszczura i pociagnał głęboki łyk nuka coli.</p>
<p>
( RADA: Czujecie to napięcie? Gdy tekst budzi emocje, wciaga czytelnika. To nie łatwe, choć mi się udaje)</p>
<p>
Przybysz wszedł w światło świec. Migotliwy blask oświetlił jego twarz. Karczmarz dziwnie się zarumienił, gdy ja dostrzegł.</p>
<p>
Lico mężczyzny wygladało jak maska. Na ustach miał grubo nałożona szminkę, oczy umalowane na ciemno i przedłużone rzęsy, a na policzkach gruba warstwę pudru.</p>
<p>
(RADA: To ważna sprawa. Główny bohater musi się wyróżniać, mieć jakaś charakterystyczna cechę wygladu)</p>
<p>
Włosy miał ciemne jak kupa trolla.</p>
<p>
(RADA: Ciekawe porównania wpływaja na przyjemność z czytania)</p>
<p>
- Karczmarzu czekam tu na dwójkę mych towarzyszy. - Rzekł wysokim głosikiem.</p>
<p>
- W sali obok jest dwóch podróżników - odparł uśmiechajac się figlarnie i puszczajac oko ku rosłemu gościowi.</p>
<p>
Nieznajomy udał się tam natychmiast.</p>
<p>
- Witajcie przyjaciele - zakrzyknał rozpoznajac dwie postaci siedzace przy kominku. - Walidębie, Psipyndzlu!</p>
<p>
- Obciongaczu! Nareszcie jesteś!</p>
<p>
( RADA: Imiona, wbrew pozorom to ważna kwestia, wpływajaca na klimatyczność historii. Gdyby taki Geralt nazywał się Mietek to to już nie byłoby to)</p>
<p>
- przybyłem najszybciej jak mogłem. - Tłumaczył się Obciagacz.</p>
<p>
- Rozumiemy. - Odparł Psipyndzel. - Odkad Nieprzyjaciel wrócił drogi stały się niebezpieczne.</p>
<p>
(Rada: Dla przejrzystości histori musi być jasno określony główny czarny charakter)</p>
<p>
- Nieprzyjaciel. - Prychnał Walidab. - Nie jesteśmy dziećmi. Mów, że chodzi o tego chujka Serżula. Podła świnia zniszczył magię runiczna. Sprzymierzył się z królikami i tworzy z nich armię, a króliki chędoża się na potęgę!</p>
<p>
- Naszczęście zdobyłem to czego pragnie. - Uśmiechnał się Obciongacz. Sięgnał do kieszeni i wyciagnał małe zawiniontko. Rozłożył je delikatnie, z nabożna czcia.</p>
<p>
Drużyna westchnęła z zachwytem.</p>
<p>
- A więc to jest Wielka Viagra!Do czego służy?</p>
<p>
- Nie wiem, ale ten artefakt ma zapewne wielka moc.</p>
<p>
( RADA: Nie można wszystkiego zdradzać od razu, teraz czytelnik, będzi czytał dalej , by dowiedzieć się czym jest tajemnicza viagra)</p>
<p>
Narazie tyle. Koniec lekcji. Piszcie czy wam się podobały i przydały w  waszej twórczości.</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">826</guid><pubDate>Sun, 01 Jun 2014 16:48:32 +0000</pubDate></item><item><title>Poezja masowa ( bez cenzury)</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/825-poezja-masowa-bez-cenzury/</link><description><![CDATA[
<p>Pomysł jest ambitny, nie wiem, czy próbowano już tego na innych forach, ale ja gotó spróbować <img src="https://enklawanetwork.pl/forum/applications/core/interface/js/spacer.png" alt=";)" data-src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/emoticons/wink.png.de2748986bd2513f4b3a606c44429763.png"></p>
<p>
Cały pomysł polega na pisaniu wiersza, przez... przez wszystkich urzytkowników forum. Ja zacznę, a każdy będzie mógł dopisać swoje wersy (ile chce i o czym chce, choć fajnie, by było gdyby całość, tworzyła... całość ;D)</p>
<p>
Aha, można pisać komentarze, to w końcu forum. Umówmy się, że wiersz piszemy w "cudzysłowiu", a komentarze bez.</p>
<p>
I oczywiście musicie się chcieć tutaj udzielać, wszyscy. Forum ma ponad 960 urzytkowników, dzisiaj nawet przybył nowy( batczek witam:-). </p>
<p>
No to lecim:</p>
<p>
"W pewnej odległej dolinie, </p>
<p>
Gdzie słońce w mroku ginie</p>
<p>
żyła pewna kobieta,</p>
<p>
Którom zwali skarpeta"</p>
<p>
Taki poczatek, reszta zależy od was. Aha napisałem którOM, bo w telefonie nie mam "a", wiecie to ę, tylko, że a. Wyjaśniłem to w innym watku, ale niech będzie wiadomo i tutaj.</p>
<p>
Piszcie wiersz, bo inaczej was znajdę, wiem na jakie forum wchodzicie:-)</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">825</guid><pubDate>Fri, 30 May 2014 16:17:39 +0000</pubDate></item><item><title>Alkaria - amatorska powie&#x15B;&#x107; fantasy</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/694-alkaria-amatorska-powie%C5%9B%C4%87-fantasy/</link><description><![CDATA[
<p><strong>Zapraszam do przeczytania mojej powieści pod tytułem </strong><strong><em>Alkaria</em></strong><strong>. Jest to nowa wersja "starej" książki.</strong></p>
<p>
<strong>Więcej informacji na </strong></p>
<p>
<a href="http://www.alkaria.net.pl" rel="external nofollow">www.alkaria.net.pl</a></p>
<p>
Krótki opis:</p>
<p>
Alkaria to pełna przygód opowieść z dziedziny fantastyki o pokonywaniu zła i lęków, również tych, które skrywamy w głębi duszy. Odpowiada też na pytanie, czym tak naprawdę jest miłość oraz udowadnia, że owo uczucie może być silniejsze niż wszechwładna śmierć.</p>
<p>
Fragment powieści:</p>
<p>
Stałam na wierzchołku wysokiego klifu, o stromym, poszarpanym brzegu, u stóp którego rozpościerało się skąpane w ogniu jezioro. Kobaltowy odcień wody kontrastował z czerwono-żółtymi językami płomieni, które niczym delfiny wydobywały się spod tafli ku górze, po czym lądowały i ginęły gdzieś pod powierzchnią fal. Blask odbijający się w wodzie rozświetlał ciemny horyzont, który nagle otworzył przede mną swoją tajemniczą skarbnicę.</p>
<p>
Omiotłam zdumionym spojrzeniem cały widnokrąg i obiekty znajdujące się poniżej linii skał. Na pierwszy plan wysuwały się kolosalne budynki tłoczące się ciasno ze sobą, przypominające zapomniane miasta starożytnej Persji. Całość została wzniesiona na wapiennych skałach oraz granitowych płaskowyżach. U stóp owych wzniesień i gigantycznych głazów były płonące rzeczki zawijające swą zygzakowatość ku zachodowi, strzeliste budowle o szerokich fasadach i arkadach, których ciemny kolor grafitowego kamienia odbijał jasny blask wszechobecnych płomieni.</p>
<p>
Na obrzeżach miasta widniały ogromne płyty, ciosane z dziwnego minerału, idealnie gładkie, a zarazem pokarbowane; pięły się na wysokość kilkuset metrów, przewyższając niektóre budynki miasta. Na ich płaszczyźnie wygrawerowano złote inskrypcje w dziwnym języku i przepiękną kobietę, której szata i włosy płonęły żółtym ogniem. Kolejne płyty były odwrócone tyłem, ku centrum, dlatego nie mogłam ujrzeć przedstawionych na nich postaci, ale domyśliłam się, że każda z nich atakowana jest przez szpony żywiołu.</p>
<p>
Marmurowa brama okalająca przód jednego z największych budynków również płonęła, miała kształt rozłożonego ogona pawia, przez którego oczka przechodziły i przelatywały różne istoty. Jej struktura była idealnie biała, dlatego odbijała istniejące morze ognia niczym lustro. Od jej podnóża biegły strome schody, okalane przez zielone pnącza i żółty mech, który nie imał się języków pochłaniającego wszystko wokół ognia.</p>
<p>
Ekspansywne kłębowiska jaskrawych płomieni, paszcze żarłocznego żywiołu oraz różnobarwne pasma pulsującej poświaty kłębiły się wokół każdej materii – żywej czy też martwej, pozostawiając zaledwie skrawki połaci, których zaborczy żywioł jeszcze nie ogarnął. Całe miasto, wręcz monstrualne w swoim rozmiarze, monumentalne wzniesienia, doliny i rośliny, jak również każda żywa istota nosiła na sobie piętno ognia. Zdawało się, że ów żywioł kieruje wszystkimi istotami, które poruszały się niemal jednym rytmem, podczas gdy miliardy strzelistych płomieni odchodziło od ich ciał i statecznych przedmiotów wokół, na kształt wijących się węży, które bezustannie szukają swego pożywienia – powietrza.</p>
<p>
(...)</p>
<p>
Wiedząc iż to mara na jawie, bez namysłu skoczyłam z klifu, pikując szybko głową w dół, po czym wylądowałam z głośnym pluskiem w jeziorze. Ciepło rozlało się po moim ciele niczym łagodzący balsam, a ogniste potwory, przez które przedzierałam się płynąc, nie okazały się tak straszne – ustępowały mi miejsca, tarasując drogę, jakby były żywe i widziały niewidocznymi oczyma moją postać.</p>
<p>
Wyszłam na brzeg, na którym zielonkawy ogień chłonął urodzajną trawę, wydawało mi się, że żywioł i rośliny stały się braćmi, bowiem płomienie przybierały kolor tego, na czym osiadały. Kolorowe grzyby, porozmieszczane w zabawnie równych rzędach, promieniowały coraz to bardziej zróżnicowanymi odcieniami, począwszy od mrocznych barw czarnej ziemi, a skończywszy na ostrej żółci, wyrzucając snopy blasku ku górze, po czym tworzyły nakładającą się na ciemny krajobraz tęczę.</p>
<p>
Zrozumiałam, iż obecny tu ogień nie jest taki, jaki znam ze swojego świata – nie jest demonem, który wyłącznie niszczy czy odbiera życie, nie jest katem zadającym upiorny ból. Wręcz przeciwnie, zdawał się być moim przyjacielem, który nakłaniał zmysł wzroku do wyostrzenia i spojrzenia na to, co niewidoczne dla oczu. Prowadził mnie, popychając za pomocą lekkiego wiatru, chcąc wciągnąć w głąb tej płonącej krainy. Ogień był jak Banhi, który ową cząstkę niezwykłej formy magii nosi zawsze na sobie niczym dostojną koronę.</p>
<p>
Księga Druga, rozdział Erranat, str. 341-342.</p>
<p>
___________________________________________________________________________________________</p>
<p>
Zapraszam  <img src="https://enklawanetwork.pl/forum/applications/core/interface/js/spacer.png" alt=":)" data-src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/emoticons/smile.png.4f9915682b867d8fc2bca5ca3514b9bb.png"></p>
]]></description><guid isPermaLink="false">694</guid><pubDate>Tue, 05 Jun 2012 20:54:23 +0000</pubDate></item><item><title>Szkicen machen</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/671-szkicen-machen/</link><description><![CDATA[
<p>po 4 latach przerwy w rysowaniu czegokolwiek, namodziłam takie coś w grudniu. </p>
<p>
Pokażę, żeby wskrzesić dział - liczę, że też podzielicie się swoimi bazgrołami <img src="https://enklawanetwork.pl/forum/applications/core/interface/js/spacer.png" alt=";)" data-src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/emoticons/wink.png.de2748986bd2513f4b3a606c44429763.png"></p>
<p>
<a href="http://img687.imageshack.us/img687/8248/skanujztmniejsze.jpg" rel="external nofollow">http://img687.imageshack.us/img687/8248/skanujztmniejsze.jpg</a></p>
]]></description><guid isPermaLink="false">671</guid><pubDate>Sun, 01 Apr 2012 23:13:21 +0000</pubDate></item><item><title>Historia Gnoma</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/537-historia-gnoma/</link><description><![CDATA[
<p>Zagadnięty w karczmie:</p>
<p>
- Coś o sobie?</p>
<p>
Mruczy jakby do siebie, powtarzając pytanie. Po chwili namysłu odpowiada może specjalnie, a może tylko w pijackim amoku:</p>
<p>
- Panie, jem teraz! Jak skończy się napitek i dziewki rozejdą, znajdę czas dla bardów i skrybów co by se moją osobę zarachowali... A teraz bawmy się!</p>
<p>
Jakiś czas później gdy sala nieco opustoszała, a gwar ucichł zebrało się kilku zacnych podróżników wokół Xeloxa, który pod wpływem trunku i zachęty towarzyszy podjął taką przeto opowieść:</p>
<p>
Byłek ja kiedyś kompanem wielkiego rycerza! Znaczy on był od bitki... a ja od talerza. Razu pewnego dołączył do nas starzec, choć był z niego całkiem zwinny i przebiegły "kwiatek". Zawsze sam zjadał ze trzy miski zupy, a do sakwy nie wrzucił ni marnej złotówy. Miał ci on pewien szczegół ciekawy, otóż nosił, jak mówił księgę, ot tak dla zabawy. Mówię sobie dziwak jaki, bo jak można czytać dla draki?</p>
<p>
Kiedyś nieszczęście się stało. Rozniecając ognisko, na szatę dziada, iskra mi upadła. Dziadek spał, a ja nieświadom swego uczynku przy cieple i blasku odpłynąłem ku plażom snu i wiecznego piasku. Wtem mi swąd zaleciał, co by się szmaty paliły! Zerwałem się co żywo poszukiwać przyczyny. Patrzę, a staruch się pali! więc chwyciłem jego bukłak i dalej polewam, a tu płomień w górę! Widać dziad jeden popijał gorzałę. Mówię sobie, spłonie cały, a ja przez to nie dostanę strawy! Tak być nie może, ale co począć gdy ogień tak zorze!? Wtem znienacka starzec się podnosi! Ja no to wytrzeszczam swe oczy! Dziadek przez chwilę tak stał zdezorientowany, po czym wyrzekł słowo, a płomienie ustały! Spłonął praktycznie cały jego dobytek. Prawie, bo tom był nietknięty, podobnie jak i skóra tego włóczęgi...</p>
<p>
Na dzień drugi już byliśmy w drodze, znaczy ja i mój nowy mistrz, co się przed nim ogień korze. Sir Luksus musiał być nieźle zdziwiony, bo zamiast śniadania powiał go list podpisany: Xelox, kiedyś Twój uniżony...</p>
<p>
Mag, bo tak mi się mentor określił, wziął mnie na termin bom go przyrzekł nie zdradzić, co za sztuką włada. A tamtymi czasy magia była karana. Czasem nawet śmiercią w efekcie! Więc stałem się współwinny zbrodni, przez pragnienie poznania tej sztuki, co za zakazaną uchodzi. A poznanie jej nie było takie łatwe. Wszak nie umiałem czytać, a co dopiero stawiać znaki. Mistrz nie pochwalił mnie zaś ani razu by dodać otuchy, za to często karcił rózgą co to nią usuwał sprzed siebie drogowe kupy...</p>
<p>
Mijały miesiące, a ja już czytałem płynnie nawet niezrozumiałe teksty typu: Wywindowaliśmy się z rozentuzjazmowanego tłumu... i wiele, wiele innych, których już nawet napisać nie potrafię, lecz nie przeczytałem jeszcze ani jednego wersu z księgi, która zwana była magiczną. Tak mi upłynął rok pierwszy.</p>
<p>
Na wiosnę, gdy śniegi puściły pewnego pięknego poranka spytałem wprost, tak z zaskoczenia: Mistrzu kiedy dojdę do czynienia? Przecie już czytam płynnie i pewnie poradzę sobie z pismem spisanym w Twej księdze? - On tylko spojrzał na mnie z politowaniem, wziął księgę i podał nad popiołem ogniska. Onieśmielony zrazu niepewnie lecz w końcu wziąłem z jego ręki opasłe tomisko. Jeszcze gdy przez moment razem trzymaliśmy księgę usłyszałem coś jakby szept starego tylko żem nie zwrócił wtedy na to uwagi, bo nie rozumiałem czynu powagi... Począłem przerzucać strony po kolei widząc same obrazy, a to ptaka na niebie, a to górskiego potoku strumienie, lecz ni w ząb liter. Tak doszedłem do końca tomu. Spytałem: Co to wszystko do diaska znaczy!? - Lecz mistrz tylko milczał i z zapałem jajecznicę wcinał. Gdym ochłonął mocząc stopy w płynącej nieopodal rzeczce, podszedł do mnie mistrz bez uprzedzenia czy wyraźnej przyczyny i podjął jakby dialog sam z sobą:</p>
<p>
- ...ale co znaczą te ryciny, gdzie tu słowa!?</p>
<p>
- Widzisz dziecko to jest język magii, spójrz dalej niż normalnie widzisz, a zobaczysz słowa. Wiem to trudne, ja sam bardzo mało widzę, lecz jak raz się zobaczy tę cienką granicę...</p>
<p>
Po czym zamilkł nieznacznie się uśmiechając... Po latach domyślam się, że bardziej niż z mojej niewiedzy śmiał się z siebie za młodu gdy jego mistrz wpędzał go w podobne kompleksy.</p>
<p>
Tak mi powoli otwierał mistrz oczy najpierw na trawę, później na łąkę, drzewa, a w końcu i las. Ciężko to opowiedzieć, ale gdy drugi rok upłynął, mistrz pozwolił mi jeszcze raz otworzyć księgę i wtedy ujrzałem ukryte litery, które zlały się w słowa, a słowa w czyny... </p>
<p>
Tak się moje profesja maga narodziła. Kiedyś może coś jeszcze dołożę do tej opowieści, lecz teraz w brzuchu mi się kręci. Muszę was opuścić, drodzy towarzysze, aby w wychodku odbyć posiedzenie i naradzić się z sobą jak zwalczyć łaknienie...</p>
<p>
[align=center]***[/align]</p>
<p>
Pewnego wieczoru gnom zajechał pod karczmę na swoim rumaku, Harleyu. Popatrzył przez chwilę na latarnię i ćmy które pomyliły ją ze słońcem. Zastanawiał się nad wyborem jakiego dokonał przed kilkoma dniami... Przez wiele lat starał się zgłębić tajniki magii. Nie można przez to rozumieć sztuki rzucania czarów, bo to dzieje się samo przez się. Raczej chodziło mu o jej zrozumienie. Od początków nauki najbardziej interesowało go jak rzeczy się dzieją. Tak jak i teraz patrząc na ćmy. Na pytanie postawione sobie samemu potrafił dać doskonałą odpowiedź.</p>
<p>
- Ćma rozróżnia kierunki orientując się według światła księżyca. Lecąc w wybranym kierunku, znaczy się na wprost, cały czas bierze poprawkę na najjaśniejszy obiekt w polu widzenia. Zazwyczaj księżyc, a w tym wypadku na latarnię. Zatacza coraz mniejsze kręgi bo latarnia jest o wiele bliżej niż księżyc i przez to po spirali zmierza do źródła światła ku niechybnej śmierci w starciu z płomieniem świecy...</p>
<p>
Przypominał sobie słowa swojego mentora w szkole magów. Tak, szkoła magów. Ile wspomnień, ile radości i ile bólu, każdego po trosze, jak mawiał jakiś uczeń, a może i jakiś czarodziej? Rozważał przez chwilę kto był taki sarkastyczny, lecz nie mógł sobie przypomnieć. Sarkazm... Jakże wysoko można się wzbić i jak boleśnie upaść właśnie przez sarkazm. Co by nie myślał już o sarkazmie to dzięki niemu był ulubieńcem uczonych, którzy oferowali mu tyle wiedzy w zamian za te kilka zdań, które były zaprzeczeniem jego natury. Tak czy inaczej ukończył termin z papierem maga i statusem arystokraty. Właśnie, ledwo ukończył studia, a tak często zastanawiał się co będzie dalej. Gildia do której trafił, w sumie z przypadku, opłaciła naukę, a teraz pewnie upomni się o usługi. Lecz nie perspektywa zajęcia rodziła niepokój w jego sercu tylko niewiara w swoje możliwości. W zdanie egzaminów. Wtedy to okazało się jak sprawnym magiem jest gnom patrzący właśnie na latarnię. Który potrafił zabić Ognistego olbrzyma jednym czarem! Dostał nagrodę za swe osiągnięcia. Właśnie z jej powodu tak wszystko wspominał, nie był pewien czy dobrze uczynił. Pozwolono świeżo upieczonemu magowi wybrać specjalizację spośród trzech, wybrał Nekromancję choć poza mglistym pojęciem, czym para się ta sztuka nie wiedział nic, ani co będzie dalej, ani jakie konsekwencje będzie miał wybór.</p>
<p>
Stał więc Xelox, bo tak miał na imię ów gnom, o którym mowa i patrzył na latarnię rozwijając w myśli różne scenariusze. Gdzie rzuci go los, co pocznie gdy gildia upomni się o jego nauki i jak spłaci długi? Tyle pytań, żadnej odpowiedzi. Gnom wiedział, że o grosz nie będzie łatwo, próbował już zaklinać swą moc w broni, lecz z mizernym skutkiem. Teraz dojechał do celu. Wielkie miasto, wielkie możliwości, tu ma nadzieje znaleźć intratne zajęcie, lecz jaki to zawód wybierze? Tego jeszcze nie wiedział. Hmm... Zabawne, ile to myśli może przelecieć przez głowę w ciągu kilku sekund, ciekawe jak to się dzieje?</p>
<p>
[align=center]***[/align]</p>
<p>
Gdy wszedłem do Jego pokoju od razu zauważyłem, że nie śni zbyt spokojnie... Szczerze mówiąc wyglądał jakby śnił mu się koszmar. Przewracał się z boku na bok i zrzucił już praktycznie całą pościel z łóżka. Została mu tylko pod głową poduszka, ta stara i śmierdząca, którą przyniósł ze sobą... Gdy jego głowa na niej spoczęła na powrót uspokoił się, ale musiałem przerwać ten sen. Zbliżała się pora audiencji i mimo, że książę nie sypiał dobrze od kilku dni zażyczył sobie aby koniecznie go obudzić. Znałem Go już jakiś czas więc wiedziałem, co znaczy polecenie wydane takim tonem...</p>
<p>
- Książę, pora wstawać... Panie, już dzień... PALI SIĘ!!! – nic, żadnej reakcji. Pomyślałem, został tylko jeden sposób...</p>
<p>
– Anieeelski ooorszak juuuż pooo Cieeebiee idzieee...</p>
<p>
- Co!? Umarłem!? – zerwał się książę – Nie przecież mówię... – dopiero po chwili zauważył mnie, ale Jego poduszka już leciała w moją stronę! – Ty niewdzięczny! Jak mogłeś!? Idę spać..</p>
<p>
- Ale panie, już pora...</p>
<p>
- Pora na co!? Janie nie zawracaj mi głowy, daj spać...</p>
<p>
- Audiencja zaraz się zaczyna. Panie...</p>
<p>
- Ile razy Ci mówić, żebyś mnie tak nie tytułował kiedy nie ma nikogo w pobliżu! Masz mi mówić Xelox w taki sam sposób jak ja Ci mówię Janie!</p>
<p>
- Xelox! Ty obiboku robota czeka, wstawaj!</p>
<p>
- Ile razy będziesz mi przypominał ten pierwszy dzień w pałacu? Zachowywałem się jak kretyn. Żałuje tego, ale teraz już się poprawiłem. Prawda tatku? – zapytał wypinając język.</p>
<p>
- A ile razy panicz będzie mi wypominać mój wiek?</p>
<p>
- Znów mi się śniła – zmienił temat, a ja chyba dałem poznać po sobie zdziwienie bo zaraz dodał – Ale dość o smutkach...</p>
<p>
- Niech panicz opowie jeśli chce, a moje zafrasowanie spowodował fakt iż myślałem, że księciu śnił się koszmar...?</p>
<p>
- Bo to był koszmar... Ciężko to... Widzisz tylko raz byłem w łożu i tylko z nią... Ale, żebyś zrozumiał tą historię muszę zacząć od początku. </p>
<p>
Wszystko działo się niedługo po tym jak skończyłem pobierać nauki w szkole magów. Dostałem księgę... Widzisz, w akademii panował taki zwyczaj, że absolwent mógł sobie wybrać tom z zakazanej biblioteki... Zazwyczaj taka księga kierowała dalszym rozwojem profesji... Gdy ja wszedłem do biblioteki od razu zauważyłem taką samą księgę jaką miał mój pierwszy mistrz, lecz obok była inna, z której wręcz słyszałem głos! Dziś już wiem od kogo ten głos dochodził, a zagłuszał on krzyki wielu... Ale po kolei. Wybrałem księgę o dumnym tytule Vεκρομαντεία , co po naszemu znaczy Nekromancja mając jedynie mgliste pojęcie co to znaczy... Widzę, że kiwasz głową więc wyjaśnię. Otóż nekromancja to forma praktyk magicznych, w której czarujący – nekromanta – przyzywa duchy zmarłych w celu poznania przyszłości lub celach własnych, na przykład usług. Wiedziałem, że będę musiał zarabiać sztuką, której się nauczyłem więc przepowiadanie przyszłości uznałem za całkiem intratne zajęcie... Jaki ja byłem wtedy głupi! Mistrzowie przestraszyli się mojego wyboru, ale najwyraźniej uznali, że jeśli komuś uda się opanować magię spisaną tysiące lat wcześniej w Tej księdze, to właśnie mi. Mylili się i to bardzo, chociaż... Zaraz do tego dojdę. Wyruszyłem w życie ze skromnym dobytkiem, a najcenniejszym co miałem była księga. Wiec pieniądze szybko się skończyły, ale zanim to się stało dotarłem do stolicy. Zamieszkałem w starej gildii, która to opłaciła moje nauki. Szybko upomnieli się o swoje. Miałem zniszczyć zamek nieposłusznemu wasalowi. Wyruszyłem w drogę zastanawiając się jak tego dokonać i jedynym skutecznym rozwiązaniem wydała mi się moja księga. Już ją przeczytałem od początku do końca kilka razy i były tam opisane dwie niebywale potężne inkantacje. Wiedziałem wtedy, że muszą być silne bo były spisane językiem, którego rozszyfrowanie zajęło mi miesiąc. Jak potężne, dowiedziałem się bardzo szybko. Ponieważ dotarłem niebawem do granic włości podległych zamkowi, celowi mojej misji. Za pieniądze od gildii wykupiłem domek w pobliżu murów, tam zacząłem przygotowania do obrzędów. Potrzebowałem kawałka muru, który chciałem zburzyć i kilka bardziej wyszukanych sprzętów bo demon... Tak demon! Widzę na Twojej twarzy strach...</p>
<p>
- Po prostu nie wiem gdzie tu panienka, o której miał panicz opowiadać... Zamiast tego dowiaduję się, że panicz paktował z diabłami...</p>
<p>
- Aaa taaak, słodka Lady z zamku. Słodka była dla mnie, dla innych tyranką... Jak tylko wieść się rozeszła, że nowy mieszkaniec wydaje pieniądze to na lewo, to na prawo, aby zebrać dziwne, wtedy mówili ekscentryczne, sprzęty, zainteresowała się mną sama Pani zamku. Rzecz jasna postanowiła wybadać sprawę. Kilka dni przed ukończeniem mojej klątwy żołnierze zapukali do moich drzwi. Otwierać w imię pani na włościach! Krzyczeli i walili w drzwi wzmocnione czarem... Hi, hi! Śmiałem się, ale wiedziałem, że nie będę mógł zbyt długo siedzieć w zamknięciu... Wychodek był na zewnątrz... Brak pomyślunku, przyznaję. Otworzyłem więc drzwi, uprzednio ukrywszy sprzęty rzucając na nie zaklęcie lewitacji i niewidzialności... Aparatura krążyła pod dachem gdy idioci, wojacy przeglądali szpargały zielska z łąk i pól okolicznych... - Tłumaczyłem wam, że jestem tylko zielarzem... - Mówię do nich, ale musieli mieć jakieś podejrzenia bo postanowili zabrać mnie na audiencję do samego zamku... Jakie było moje zdziwienie gdy nie wylądowałem w lochu tylko, wtedy tego nie widziałem, najlepszym pokoju w całej posiadłości. W chwilę po wyjściu żołnierzy weszła Ona, ubrana jednie w zwiewną szatę... - Wiedziałam, że musisz być ciekawy... - Powiedziała tylko tyle, zrzuciła szatę i przywarła do moich ust... Teraz wiem, że takie nazywają blacharami, czyli łasymi na brzęk szlachetnego metalu w trzosie... Wtedy poczułem się jak w niebie, ale to jest zbyt intymne, żebym o tym opowiadał... Odszedłem z zamku po kilku dniach pełen mieszanych uczuć, ale zawsze byłem wierny obowiązkom. Wtedy także postanowiłem wykonać zadanie! Zmieniłem tylko koncepcję jego wykonania... Gdy wezwałem demona udało mi się zapanować nad nim na tyle, żeby mnie słuchał i wykonywał oprócz swojej woli w pierwszej kolejności moje polecenia... Rozkazałem tonem nie znoszącym sprzeciwu: Diable zburz ten zamek, u którego murów stoję, lecz nikt ma nie zginąć. Użyj swojej mocy, aby mury skruszyć, ale tak aby nikogo nie zabić! W tym momencie woda w kotle zawrzała, usłyszałem wycie pomieszane ze śmiechem demona wylatującego przez komin - Ooczyyyywiścieeeeeee!!! - Szybko użyłem portalu wcześniej przygotowanego do ucieczki. W jednej chwili stanąłem na najwyższym pagórku w bezpiecznej odległości i zacząłem przyglądać się wywołanej przez siebie potędze. Ale moje zdziwienie było ogromne gdy doszły do mnie krzyki, nie strachu, lecz bólu! Telepatycznie zawołałem demona, aby się wytłumaczył, a ten drwiąc ze mnie pokazał mi tylko to, co sam widział... Ranił ludzi, zwierzęta, wszystko, co żyło lecz nie zabijał. Zobaczyłem ją... jak jej łoże się pali, jak jej skóra puchnie, jak jej włosy zamieniają się w popiół, jak opętana szałem bólu skoczyła do fosy przez okno. Musiała przeżyć, lecz straszne musi być jej życie dzisiaj.</p>
<p>
Powiedziałem do demona dość! Lecz w odpowiedzi usłyszałem tylko śmiech. Moja rozpacz była wielka, nie chciałem tego, co osiągnąłem. Na szczęście miałem jedną furtkę na taki obrót sprawy. Drugie potężne zaklęcie z księgi. Z opisów wynikało, że to czysta energia jeszcze potężniejszego demona niż tego przeze mnie przywołanego, który teraz urósł od cierpienia i krzyków ranionych prze siebie ludzi. Jego sylwetka zajmowała objętość porównywalną z tą zajmowaną przez zamek leżący teraz w gruzach. Począłem wypowiadać inkantację: Tasogare yori mo kuraki mono chi no nagare yori akaki mono toki no nagare ni uzumore shi idai na nanji no na ni oite ware, koko ni yami ni chkawan warera ga mae ni tachi fusagari shi subete no oroka naru mono ni ware to nanji chikara hitoshiku horobi o ataen koto o... - przerwał bo w pokoju zaczęło robić się dziwnie... Po chwili kontynuował. - Księga już nie istnieje ale jej magia nadal jest silna. Nieważne. Zaklęcie w przekładzie na zwykły język nie ma żadnej mocy, a brzmi mniej więcej: Mocy brzasku i zmroku pochowana w purpurowej krwi strumieniu, naznaczona upływem czasu, wzywam cie. W twoim imieniu oddaję siebie! Niech głupcy co na mojej drodze stoją zostaną zniszczeniu mocą twoją, którą i ja władam! Oczywiście demon zrozumiał zagrożenie i rzucił się przytomnie do ucieczki, ale jego ciało stało się zbyt wielkie aby ucieczka była szybka. Za to energia jaką wyzwoliłem szczęśliwie mnie nie pochłonęła, dotarła do demona w postaci kuli czystej antymaterii, niszcząc go chyba na dobre. To było pierwsze i zarazem ostatnie zadanie jakie wykonałem dla gildii...</p>
<p>
- Panie...</p>
<p>
- Tak Janie?</p>
<p>
- Czas już się zbierać, dokończy Panicz innym razem.</p>
<p>
- Dobrze, tylko jedna prośba, nie wygadaj tej historii nikomu...</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">537</guid><pubDate>Sat, 05 Feb 2011 19:44:19 +0000</pubDate></item><item><title>Fallout Tactics - opowie&#x15B;&#x107; bohatera</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/18-fallout-tactics-opowie%C5%9B%C4%87-bohatera/</link><description><![CDATA[
<p>planuj? napisanie fanfika o ca?ej grze Fallout tactiks z perspektywy g?ównego bohatera. Uniwersum jest ciekawie ulokowane bo ?wiata Fallout nie mo?na nazwa? Sci-fi a fantasy te? to nie jest.</p>
<p>
Co wy na to?</p>
<p>
<span style="color:#000000;">Zmieni?em nazw? tematu na oryginaln?</span></p>
]]></description><guid isPermaLink="false">18</guid><pubDate>Mon, 11 Feb 2008 20:23:42 +0000</pubDate></item><item><title>Pr&#xF3;bka opowiadania cz1</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/524-pr%C3%B3bka-opowiadania-cz1/</link><description><![CDATA[
<p>Każde stworzenie to czuło. Czuło się to w powiewie wiatru. Widziało się jak krew spływa razem ze strumieniem z Górnej Osady. Szykowano oddziały już od jakiegoś czasu. Zdawało się, że każdy o tym wie. </p>
<p>
Ranny jeździec zawitał pewnego dnia do Osady. Jego hełm był przekrzywiony, tarcza podziurawiona a ostrze miecza złamane.</p>
<p>
W takim stanie stawił się przed strażnikami.</p>
<p>
-Wy mnie musicie wpuścić! Wiozę wam ważne wiadomości. Widzicie me odzienie? Postrzępione, brudne? A to zbroja była najprawdziwsza! Tyle z tego zostało...</p>
<p>
-Człowieku opanuj się.- rzekł jeden ze strażników, wysoki Hulv - opowiedz po kolei. Skąd jesteś,kim jesteś i co ci się stało?</p>
<p>
- Zwą mnie Łasica. Jestem z Drewnogrodu. Jechałem z poselstwem do Górnej Osady, gdy z naprzeciwka zobaczyłem ludzi w srebrnych zbrojach i dziwnymi talizmanami wysoko w górę uniesionymi...- zamilkł bez oddechu.</p>
<p>
-Szybko! Zanieśmy go do Wieszczki.- zawołał Hulv.</p>
<p>
Złapali go za ręce i za nogi i zanieśli do chaty Wieszczki, która mieszkała na końcu Osady. Łasica jak się okazało był dość ciężki, więc zrobili lekkie zamieszanie po drodze. Na szczęście obyło się bez żadnych ekscesów ze strony mieszkańców. </p>
<p>
Idąc pod górę do chaty Wieszczki widzieli jak wychodzi z niej i im się przygląda.</p>
<p>
- Bracie- sapnął Hulv- ta kobieta mnie czasem przeraża.</p>
<p>
- Zamilcz. Nie wiesz, że ona słyszy?- mruknął Skilav, drugi ze strażników.- Ostatnia osoba, która na nią coś powiedziała była Ferina, nie chcę skończyć jak ona.</p>
<p>
-Racja, ma temperament- mówiąc to wyszczerzył zęby za plecami Skilava.</p>
<p>
Szli dalej w milczeniu. Hulv przelotnie w myślach narzekał na Wieszczkę, ale przestawał szybko bojąc się, że zobaczy jego myśli.</p>
<p>
Zastanawiał się chwilami również, co by mu mogła zrobić...</p>
<p>
- Witajcie bracia- głos Wieszczki wyrwał go z zamyślenia.</p>
<p>
- Witaj Heligo- rzekł Skalv.</p>
<p>
-Mówiłam ci, byś się tak do mnie nie zwracał- odparła zimno kobieta.</p>
<p>
-Przepraszam. - wyszczerzył zęby- Ale do rzeczy. Przyprowadziliśmy do ciebie jeźdźca z Drewnogrodu..</p>
<p>
-Wiem- przerwała mu- nie zapominaj, że nie bez powodu zostałam wieszczką. </p>
<p>
-Pomożesz mu? Chyba jest jednym z nas.- wtrącił się Hulv.</p>
<p>
-Jeśli faktycznie nosi nasz znak, z pewnością będę w stanie go wyleczyć - odparła Wieszczka, przyglądając się badawczo postaci podtrzymywanej przez zbrojnych.  - Jeśli jednak  znaki ochronne, nałożyła na niego któraś z moich Sióstr, nic dlań nie uczynię. Wieszczki mogą udzielać pomocy tylko swoim współplemieńcom. Nie jesteśmy wędrownymi uzdrowicielkami - dodała nieco poirytowana.</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">524</guid><pubDate>Fri, 14 Jan 2011 19:35:23 +0000</pubDate></item><item><title>Utopia Abasara, Ksi&#x119;ga druga - Powstanie</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/426-utopia-abasara-ksi%C4%99ga-druga-powstanie/</link><description><![CDATA[
<p>Ponieważ z mojej winy w dziale twórczość własna zrobił sie lekki bałagan związany z pojawieniem się sporej liczby moich krótkich opowiadań, Zacznę części księgi drugiej umieszczać w jednym temacie jak miało to miejsce w Fallout Tactics opowieść bohatera. A więc zaczynamy drugą księgę, o tytule Powstanie. Pozdrawiam serdecznie <img src="https://enklawanetwork.pl/forum/applications/core/interface/js/spacer.png" alt=":)" data-src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/emoticons/smile.png.4f9915682b867d8fc2bca5ca3514b9bb.png"></p>
<p>
                                                                         </p>
<p>
                                                                                    ***</p>
<p>
1. Raport</p>
<p>
Niewielki kościółek na obrzeżach Herz stał opuszczony od wielu lat. Farba na ścianach dawno została zmyta przez nieustępliwy czas i ciągłe opady deszczu. Wszelkie symbole religijne zostały zniszczone albo rozkradzione. Nawet zdewastowane drzwi były zabite deskami. Jedynie kształt budynku przypominał o roli jaką miał spełniać. Pourywane i na wpół przegniłe deski odgradzały ogród pełen starych wysuszonych drzew tej zbezczeszczonej, lecz nadal świętej ziemi. </p>
<p>
Złote liście powoli opadały na ziemię zwiastując nadchodzącą zimę. Wszystkie jednak zanim dotknęły brukowanego chodnika, obracały się wokół mężczyzny. Był wysoki, miał długie kasztanowe włosy. Nosił biały płaszcz ze złotymi guzikami. Obok niego stał nieco niższy starzec o długich sumiastych wąsiskach. Miał całkowicie ogoloną głowę. Nosił brązowy płaszcz i pas z głową wiewiórki pośrodku.</p>
<p>
- Jak sytuacja w Himalajach? – Spytał mężczyzna w białym płaszczu. Liście zaczęły tańczyć wokół jego wystawionej dłoni. </p>
<p>
- W miarę opanowana. Ród smoków zgodził się podzielić terenem z goblinami i przedstawicielami yetich. </p>
<p>
- Yetich?</p>
<p>
- Pokazali się dopiero kilka miesięcy temu. Żyją tylko na tym terenie. Zgodnie z prawami Sanktuarium, muszą mieć przydzielone terytorium. </p>
<p>
- A co z ambasadą ludzką? – Na te słowa stary Kozak wyraźnie posmutniał. </p>
<p>
- Smoki z trudem zaakceptowały chciwe gobliny a z jeszcze większym trudem dzikie Yeti. Proponowanie by oddały jeszcze część terenu dla ludzi przeleje czarę goryczy.</p>
<p>
- Ludzie także mieszkali w Azji. Zgodnie z konwencją Europejskią…</p>
<p>
- Ludzie mieszkali wszędzie, Gabrielu. Elfy też. Krasnoludy również. Każda rasa mieszkała na całej kuli ziemskiej póki nie połączono ich w jedno. </p>
<p>
- Tak wiem, pamiętam o „teorii Bram”</p>
<p>
Przez krótką chwilę dało się jedynie słyszeć szum liści obracanych w powietrzu. Kazitimir westchnął ciężko.</p>
<p>
- Nie odpuścisz z tą ambasadą prawda? Mało nas już naginęło w tych wszystkich konfliktach?</p>
<p>
- Potrzebuję posterunków na każdym terytorium.</p>
<p>
- Wiesz że inne rasy postrzegają to jako imperializm? Już prawie 40% ziemi należy wyłącznie do ludzi.</p>
<p>
- Dobrze wiesz, że tylko tak można kontrolować to wszystko.</p>
<p>
Kazitimir ponownie westchnął. Poczuł ile ma lat i żałował, że sprawy potoczyły się tym torem. Czasami nawet żałował, że zjawił się tamtego dnia na Harnivala 7…</p>
<p>
- Kontrola jest niepotrzebna.</p>
<p>
- trzy miesiące po upadku Abasara Wampiry z Rumunii wymordowały wszystkie humanoidalne istoty na terenie całej wschodniej europy. Gdyby nie sprzeciw Sanktuarium powybijałbym te krwiożercze istoty co do jednego.  Nie mów mi więc, że kontrola jest niepotrzebna. </p>
<p>
Liście wokół dłoni wirowały coraz szybciej zlewając się w zielono złotą kulę. </p>
<p>
- Pragnę pokoju i stabilizacji tak jak ty, Kazitimirze, ale zgodzisz się ze mną, że pewna kontrola musi być narzucona, przynajmniej teraz, w okresie przejściowym…</p>
<p>
Stary kozak odwrócił się i powoli zaczął iść w stronę wyjścia. Nie miał zamiaru po raz kolejny kłócić się. Nie miał już na to siły. Żałował, że Magnus nie odnalazł się tamtego pamiętnego dnia. Gdzieś, głęboko w starym sercu żywił jeszcze maleńką iskierkę nadziei, że jego przyjaciel jeszcze, żyje…</p>
<p>
Miał też nadzieję na powrót Uriela. Chłopak zniknął gdy tylko dowiedział się o tym wszystkim.</p>
<p>
- Co z Egiptem? – Spytał Gabriel nie odwracając się nawet do swojego mistrza, a raczej byłego mistrza. Z jego głosu zniknęła jakakolwiek nuta szacunku dla tego starego człowieka. Kazitimir natychmiast się zatrzymał.</p>
<p>
- Rebelia  Faraona Acherona, powoli zostaje opanowywana.</p>
<p>
- Dlaczego powoli?</p>
<p>
- Jak wynika ze zwojów. Acheron był najpotężniejszym nekromantą a jednocześnie sługą Anubisa jaki chodził po tej ziemi. Ożywił i wezwał pod swoją kontrolę wszystko co kiedykolwiek żyło w Egipcie.</p>
<p>
- Dlaczego wcześniej o nim nie słyszeliśmy? </p>
<p>
- Ożywili go potomkowie samego Anubisa. Do tej pory żyli w ukryciu w strachu przed Abasarem. Teraz… no cóż…</p>
<p>
- Nieważne. – Przerwał mu Gabriel. Liście nad jego dłonią utworzyły już idealną kulę. Jej obrót był tak szybki, że zdawać by się mogło, że Gabriel trzyma zieloną piłkę.  – Kto przeprowadza pacyfikację?</p>
<p>
- Samael i trzy pułki gwardii anielskiej. </p>
<p>
- Poradzą sobie? </p>
<p>
- Ponoszą spore straty, Dowództwo w Europie zastanawia się nad mobilizacją kolejnych trzech pułków, ale Sanktuarium…</p>
<p>
- Nie obchodzi mnie zdanie Sanktuarium. Każ Samaelowi się pośpieszyć. Ma mnie informować na bieżąco choćby mentalnie.</p>
<p>
- To wszystko?</p>
<p>
- Tak. Możesz wracać do Azji. </p>
<p>
- A co z tobą?</p>
<p>
- Wzywają mnie do Sanktuarium. Znów mają jakieś awersje względem ludzi…</p>
<p>
Kazitimir w milczeniu zaczął odchodził. Towarzyszył mu jedynie stukot jego własnych  butów o brukowany chodnik. Zatrzymał się dopiero przed zdezelowaną bramą świątyni. Odwrócił się patrząc na swojego ucznia, perfekcyjnie kontrolującego wiatr w swoich dłoniach.</p>
<p>
- Wiesz, że on wróci prawda? – W jednej chwili kula z liści rozwiała się. – Nic nie jest w stanie go zatrzymać. Nawet Magnus nie był. Być może nie jutro. Może nawet nie za dziesięć lat, ale on wróci. Ciekaw jestem co zrobimy wtedy, gdy zobaczy swoje podwórko tak zaniedbane?</p>
<p>
Gabriel stał w milczeniu z wystawioną dłonią. Liście nie poruszały się. Wiatr ucichł. Słychać było jedynie stukot budów oddalającego się starca…</p>
<p>
W tym samym czasie w nieznanych nikomu szczytach, gdzie siedem lat temu stała siedziba klanu Ukrytych, u samych stup gór spoczywało truchło smoka. Niedaleko owego cielska wydrążona była jaskinia. Długa i ciemna. Na samym jej końcu siedział człowiek, wyjący z bólu. Cały czas trzymał się za głowę, próbując od siedmiu lat pokonać zaklęcie, które na niego rzucono. Ciągły jazgot i wrzask utrzymujący się w jego głowie był nie do zniesienia. Próbował go wyciszyć, wyłączyć, ale było to niemożliwe. Wycie zagłuszało jego własne myśli. Krzyk bólu był jedyną formą wyrazu samego siebie na jaką był zdolny. Siedem lat medytacji jednak miało niedługo przynieść zamierzony rezultat. Zbierał w  swym umyśle bowiem przestrzeń pozbawioną jazgotu. Każdy skrawek głuchej na zaklęcie myśli był okupiony nieopisanym bólem. Już niedługo jednak przestrzeń ta będzie wystarczająca dla niego by mógł, złamać tę klątwę. </p>
<p>
Wiedział co działo się na świecie. Wiedział, że przez jego nieobecność każda rasa, a zwłaszcza ludzka wszczynały konflikt za konfliktem zabijając kolejnych słabszych. Jego utopia rozpadała się na kawałki a on nie mógł nic na to poradzić.  </p>
<p>
- Już niedługo. – Wyjęczał na głos Abasar, Spiżowy Przewoźnik – Już niedługo…</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">426</guid><pubDate>Sun, 17 Oct 2010 11:26:55 +0000</pubDate></item><item><title>Alter</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/484-alter/</link><description><![CDATA[
<p> Znając życie - mnóstwo literówek, błędów stylistycznych, jak i interpunkcyjnych. W sumie było to moje pierwsze opowiadanie, a właściwie miała być to seria opowiadań, lecz nagle ją przerwałem... I to bardzo szybko. Tak jak mówię - chcę zachować pierwowzór, dlatego nie poprawiam. Aha, nie musicie mówić... Wiem, za nazwy własne powinno się mnie powiesić.</p>
<p>
[move][align=center]ALTER[/align][/move]</p>
<p>
Dzisiaj był wyjątkowy dzień. Koniec roku szkolnego. Paweł kończył już klasę 2 gimnazjum. Chłopiec szedł właśnie po kwiaty dla nauczycieli, lecz coś przykuło jego uwagę. Zauważył, że w kwiaciarni jego dziewczyna Agata zamawia bukiet z róż.</p>
<p>
-25zł się należy - Powiedziała sprzedawczyni.</p>
<p>
-Tak już daję. Oj. Yyy... Czyżby mi zabrakło? Pani wybaczy, ale brakuje mi 10 zł... - Powiedziała zmartwiona Agata.</p>
<p>
-Przykro mi, ale bez pieniędzy ni...</p>
<p>
-Nic nie szkodzi. Masz tu dyszkę, Agata - Wtrącił się Paweł.</p>
<p>
-Paweł! Oh, dzięki. </p>
<p>
-No co ty... W końcu za coś musisz mnie kochać.</p>
<p>
-No jasne... Bo ja Cię kocham tylko za kasę. Ty nigdy się nie zmienisz...</p>
<p>
 Paweł był 14-letnim chłopcem.  Miał błękitne, ufne oczy, włosy o barwie ciemnego blondu oraz twarz o bardzo delikatnych rysach.</p>
<p>
 Paweł kupił swój bukiet, więc można było już iść na zakończenie roku. Gdy dwóch nastolatków mijało miejscowy sklep całodobowy Paweł coś spostrzegł. Trudno to opisać, ponieważ było to jakieś dziwne, czerwone mignięcie na niebie, które nie trwało nawet ułamek sekundy. Chłopiec  zatrzymał się na chwilę, żeby chwilę pomyśleć nad tym dziwnym zjawiskiem. Pomyślał jednak, że to tylko mu się zdawało. Nie wiedział jednak, że to była oznaka, która miała na zawsze zmienić jego życie.</p>
<p>
  Ceremonia zakończenia roku szkolnego była straszliwie długa i nudna. Na szczęście udało się to jakoś przecierpieć. Gdy 14-latek wracał do domu ponownie zauważył coś niezwykłego. Zza wejścia do klatki schodowej wyskoczyło jakieś dziwne stworzenie. Miało około metra wzrostu i miało długą, brązową brodę. Miało na sobie dość dziwne ubranie, które wyglądało jak tunika uszyta z brązowej szmaty. Paweł bez chwili zastanowienia odskoczył do tyłu.</p>
<p>
-Witaj. Jestem Herlas. Ty jak mniemam jesteś Paweł Storczyk, prawda?-Odezwało się stworzenie dość męskim głosem.</p>
<p>
-Aaa... My się znamy?- Odezwał się przestraszony i zdziwiony chłopiec.</p>
<p>
-Nie, ale ja cię znam, chłopcze. Idziesz ze mną! </p>
<p>
-C... Coo? Czy to ma być porwanie? Jeśli tak dzwonię na policję.</p>
<p>
-Nie bój żaby. Nic ci nie zrobię. Choć ze mną, a wszystko ci opowiem.</p>
<p>
-No... Ale dlaczego niby mam iść z gościem, który jest w rozmiarze 5-latka?</p>
<p>
-A ty co? Nigdy krasnoluda nie widziałeś!? Nie ważne. Jestem wysłannikiem króla Sarpolisa.</p>
<p>
-Kogo...?</p>
<p>
-Ehh... Choć ze mną a ci wszystko wytłumaczę.</p>
<p>
-A gdzie mam niby pójść ty lilip... krasnoludzie?</p>
<p>
-I tak nie uwierzysz. Znam ludzi z Ziemi i ty mi na pewno nie uwierzysz, jeśli sam nie zobaczysz.</p>
<p>
-Al...</p>
<p>
-Musisz ze mną iść! Od ciebie zależą losy całego Alteru!</p>
<p>
-No... dobra... niech ci będzie, knypku.</p>
<p>
Herlas i Paweł przeszli około 140 m. Co najdziwniejsze nikt nie zwracał uwagi na krasnoluda. Mijali normalne osiedle, gdy nagle znaleźli się w lesie. Herlas wbił w sosnę dziwną pieczęć, po czym obydwoje pojawili się w dziwnym miejscu. Była to pustynia, gdzie było pełno zielonego piasku i czerwone niebo.</p>
<p>
-Gdzie my jesteśmy do cholery?!-Powiedział Paweł.</p>
<p>
-Witaj w Alterze: alternatywnym wymiarze twojego świata.-Wyjaśnił Herlas</p>
<p>
Paweł upadł z zaskoczenia.</p>
<p>
-O matko! Chcę wracać do domu!</p>
<p>
-Wstawaj i nie marudź. Nic ci tu nie będzie. </p>
<p>
Chłopiec pozbierał się i wedle woli krasnoluda przestał narzekać.</p>
<p>
-Pozwól, że opowiem ci historię. Przed wieloma laty (dokładnie 20) z ziemi zrodziły się monstra zwane Rejosami. Były to 2-u metrowe istoty, w czarnych skorupach i o czerwonych oczach. Było ich (o ile pamiętam) ok. 45, a przywódca ich, który nazywał się Opater był najsilniejszy i największy z nich wszystkich. Rejosty postanowiły podbić cały Alter, jednak na sam początek zadomowiły się na ognistych wulkanach wyspy Fejor. Radziły sobie ze wszystkimi. Pewnego dnia (na szczęście wszystkich mieszkańców Alteru) pojawił się bohater, który miał tak ogromną siłę, że pokonał wszystkie te monstra. Niestety, aby pokonać Opatera musiał poświęcić swoje życie.</p>
<p>
-W jaki sposób?- Spytał się wsłuchany w historię Paweł.</p>
<p>
-Dobrze, że pytasz. Otóż musiał go wtrącić do największego z wulkanów Fejoru. Niestety, żeby go tam wrzucić musiał w niego uderzyć całą siłą swojego miecza, który był z nim duchowo powiązany. Przy tak dużym uderzeniu miecz natychmiast się zniszczył (zabijając przy tym herosa).</p>
<p>
-No dobra. Ale w jaki sposób jestem powiązany z tym miejscem?</p>
<p>
-Mówiono, że bohater miał syna, który był w stanie pokonać Rejosy. Niedawno dowiedzieliśmy się, że to ty nim jesteś.</p>
<p>
-J..jaa? Przecież to nie logiczne. Mój tata przecież zginął w wypadku samochodowym.</p>
<p>
-A więc tak ci to wyjaśniono... Jednak to, co ja ci opowiedziałem jest prawdą!</p>
<p>
-Dobra. Powiedzmy, że ci uwierzę. Jednak Rejosy zostały już pokonane, więc po co ja wam?!</p>
<p>
-Ehh... Niestety, te brudne wyrostki niedawno się odrodziły.</p>
<p>
Paweł i Herlas szli dalej, jednakże chłopiec był tak zajęty rozmyślaniem nad historią, że nie wiedział co się wokół niego dzieje. Po 15 minutach krasnolud i człowiek znaleźli się na trawie. Chociaż ona była tutaj normalnych barw. W oddali było widać ogromny zamek zbudowany z jakiegoś fioletowego kamienia. Po następnym kwadransie spędzonym na bezustannym chodzeniu obydwoje się zatrzymali przed zamkiem.</p>
<p>
-No i jesteśmy!- Rzekł Herlas.</p>
<p>
-Niby gdzie? Idziemy uwolnić księżniczkę z zamku kolorowego smoka?- Zażartował Paweł.</p>
<p>
-Nie, głuptasie. Przed nami znajduje się zamek króla Sarpolisa.</p>
<p>
Herlas otworzył wielkie wrota i razem weszli do budynku. Po 3 sekundach znaleźli się na ogromnym i bardzo długim korytarzu. Krasnolud chciał, zeby Paweł z nim poszedł, ale chłopiec był zbyt zaciekawiony obrazami wiszącymi na czerwonych ścianach. Przedstawiały one głównie mężczyzn w złotych oraz srebrnych zbrojach. Oprócz mężczyzn były także kobiety w różnokolorowych sukniach oraz dzieła przedstawiające sceny bitew.</p>
<p>
-Idziesz czy nie!?- Odezwał się zniecierpliwiony już Herlas.</p>
<p>
-Dobra! Już! Nie unoś się tak, bo robisz się czerwony.-Rzekł rozbawionym głosem Paweł.</p>
<p>
-Widocznie mam powód!</p>
<p>
Przeszli razem cały korytarz i znaleźli się na wielkiej okrągłej sali, w której ściany były niebieskie a podłoga z kamienia o białawej barwie. Na samym środku pomieszczenia znajdował się wielki czarny dywan, na którym znajdował się dość spory stół z jasnawego, brązowego drewna. Przy stole siedziało 10 osób (od lewej)- 1 młoda kobieta, 3 elfy, mężczyzna w koronie, chłopiec w wieku Pawła oraz 4 krasnoludy.</p>
<p>
-Witaj, chłopcze! Jestem król Edward Sarpolis.- Powiedział człowiek w koronie.</p>
<p>
Król Edward Sarpolis był mężczyzną, który wyglądał na wiecznie uśmiechniętego człowieka. Miał czarne włosy, zielone oczy oraz złotą koronę na głowie. Nosił złotą zbroję oraz niebieską pelerynę.</p>
<p>
-Eee... Hej. Czyżbym trafił na jakąś naradę czy coś w tym stylu?- Rzekł lekko skrępowany Paweł</p>
<p>
-Tak. Zgadłeś. Właśnie odbywa się zebranie rady Alteru. Właśnie dyskutujemy na temat Rejosów. Czy chcesz poznać radę Alteru?</p>
<p>
-Chętnie bym poznał. Skoro już jestem wam tak bardzo potrzebny.</p>
<p>
-Jakoś byśmy sobie bez ciebie poradzili, wiesz?-Rzekł chłopiec siedzący koło króla.</p>
<p>
-Książę! Mieliśmy umowę. Ale mniejsza o to. Oto rada Alteru (od Prawej): Thal, Koander, Derkas, książę Rafał, ja, Keirale, Orales, Uryet oraz...</p>
<p>
-Monika!? Co ty tutaj do cholery robisz?- Przerwał zszokowany Paweł.</p>
<p>
-T...tak. To ja. Moja matka była wspólnikiem twojego ocja-Odezwała się dziewczyna.</p>
<p>
-Nie... To już za wiele. Nie dość że przychodzi po mnie krasnolud, który mówi mi, że muszę uratować inny świat to jeszcze to. Masakra! I co jeszcze? Mój pies okaże się jakimś mistycznym wilkiem?!</p>
<p>
-Zamknij się i przestań marudzić! To, że jesteś zszokowany tymi wydarzeniami nie oznacza, że musisz robić cyrki przed najwyższą radą Alteru!!!- Wykrzyknął książę Rafał.</p>
<p>
Rafał był brunetem o piwnych oczach oraz wściekłym spojrzeniu. Miał na sobie zbroję z brązu.</p>
<p>
-Dobra. Spokojnie... Za chwilę może dojść do czegoś nieprzyjemnego.-Powiedział Uryet (jeden z elfów). </p>
<p>
-Tak. Uryet dobrze mówi. Teraz przejdźmy do rzeczy. Herlas przynieś Oran.-Rzekł spokojnie król Sarpolis.</p>
<p>
-Oczywiście, Panie.-Odezwał się krasnolud, który wyszedł z sali.</p>
<p>
-Co to jest ten Oran?-Zapytał króla Paweł.</p>
<p>
-Za chwilę się przekonasz!-Roześmiał się król.</p>
<p>
-Ojcze. Czy możemy wreszcie przejść do najważniejszych rzeczy?- Rzekł książę, który był dość spięty ale starał się opanować.</p>
<p>
-Tutaj masz słuszność, synu. A więć Herlas pewnie ci wytłumaczył po co cię tutaj sprowadziłem. Tylko ty (jako syn naszego bohatera) możesz powstrzymać Rejosy przed opanowaniem Alteru. Ale nie możemy cię siłą zmusić do tego, byś tutaj został i ratował Alter. A więc powiedz mi: zgadzasz się?</p>
<p>
-No wiesz, drogi królu. Jestem tutaj pierwszy raz i wciąż wydaje mi się, że śnie i nie jestem pewien czy bym was nie zawiódł. Proszę o czas na zastanowienie się.-Rzekł chłopiec z powagą.</p>
<p>
-Oczywiście. Lecz nim opuścisz Alter musisz wsiąść ze sobą dwa przedmioty.</p>
<p>
-Dobrze. Tylko jakie?</p>
<p>
-Jestem, drogi królu i mam Oran- Przerwał w rozmowie Herlas, który przybył z krótkim, srebrno-granatowym mieczem.</p>
<p>
-Dobrze że jesteś, Herlasie.-Rzekł król Sarpolis.</p>
<p>
-A więc Oran to miecz, którym mój ojciec zgładził Rejosy?- Spostrzegł chłopak.</p>
<p>
-Masz rację, Paweł.- Rzekł Herlas.</p>
<p>
-Ale przecież... Oran podobno zniszczył się przy ostatecznym starciu...-Zdziwił się Paweł.</p>
<p>
-Tak, ale ostatnio jeden z wojowników armii Alteru znalazł kawałek, a z tego kawałka kowal wykuł nowy miecz.-Wyjaśnił król.</p>
<p>
-Ok. Ale jakie są te dwa przedmioty, które muszę ze sobą zabrać?</p>
<p>
-Pierwsza rzecz do ta księga historii Alteru, a drugą jest Oran. Księgę masz przestudiować, a Oranem uwolnić swoją energię. A teraz wracaj już na Ziemię. Razem z tobą pójdzie Agata. Powodzenia!-Wytłumaczył Edward.</p>
<p>
-Żegnam was.</p>
<p>
Gdy Paweł z Agatą wychodzili z wielkiego zamku chłopiec lekko nerwowym głosem rzekł do agaty:</p>
<p>
-Musimy pogadać!</p>
<p>
-Nie wątpię. Czekałam tylko aż mnie o to poprosisz, Pawełku ty mój.- Oznajmiła Agata.</p>
<p>
-No więc...- Zaczął Paweł.</p>
<p>
-Chociaż wiesz co? Może w trochę innym miejscu. Przynajmniej zaznajomisz się z Oranem.</p>
<p>
 Chłopiec wraz z dziewczyną szli teraz w zupełnie innym kierunku (bardziej na zachód). Po krótkiej przechadzce przez dziwny las, który był obrośnięty nie tylko drzewami, ale także błękitnymi kwiatami znaleźli się w mieście. Nie. Mieście to trochę za dużo powiedziane. Bardziej w wiosce, w której w rzędach przy kamiennych chodnikach stały mniejsze i małe budowle, które służyły za domy, karczmy, sklepy itp. Po deptaku poruszali się nie tylko ludzie, ale także krasnoludy.</p>
<p>
-Mogę chociaż wiedzieć dokąd idziemy?- Rzekł Paweł.</p>
<p>
-Powiedzmy że do twojego miejsca doskonalenia.- Odpowiedziała dziewczyna.</p>
<p>
-Do... biblioteki?!</p>
<p>
-Nie żartuj. Zaraz się przekonasz.</p>
<p>
 Po kilkunastu sekundach bohaterowie usłyszeli uderzanie stali o coś drewnianego. Wkrótce bohaterowie znaleźli się przy polu, na którym znajdywały się słomiane lalki ludzkich rozmiarów z tarczami po środku oraz same tarcze, w które wbite były dziesiątki strzał. Cały ten obszar był okrążony marmurowym murem o wysokości 1m.</p>
<p>
-Agatko kochana! Co cię sprowadza do Tharty?!- Powiedział krasnolud z czarną brodą, który stał przy drewnianej bramie w murze.</p>
<p>
-Uznajmy to za sprawę służbową. Mam tutaj syna Storczyka. Czy miałb...</p>
<p>
-Co?! Więc dzieciak wreszcie został odnaleziony! Co za wielkie szczęście. A już myślałem że będę musiał iść na wojnę z Rejosami...</p>
<p>
-Yyyy... Dzień dobry.- Powiedział Paweł lekko zszokowany tym, że krasnolud wie kim on jest.</p>
<p>
-No więc czy znalazł by się dla niego jakiś manekin? Paweł musi się oswoić z Oranem.- Dokończyła dziewczyna.</p>
<p>
-Przykro mi skarbie, ale jedyne wolne miejsce będzie dopiero jutro o 14 godzinie.- Oznajmił smutno krasnolud.</p>
<p>
-Musimy lecieć. Żegnaj, Korel.</p>
<p>
 Paweł i Agata po godzinie wrócili pod klatkę Pawła. Pożegnali się, po czym chłopiec wszedł do domu.</p>
<p>
-Cześć, mamo!-Wykrzyknął Paweł.</p>
<p>
-Witaj skarbie, jak tam zakończenie roku?</p>
<p>
-Nic ciekawego. Idę się przebrać.</p>
<p>
 Paweł wstąpił do swojego pokoju, po czym zdjął białą bluzkę i czarne dżinsy, a zamiast tego włożył szary T-Shirt oraz brązowe, krótkie spodenki. Załączył komputer i natychmiast w celu zrelaksowania włączył Counter Strike''''a. Nie szło mu za dobrze. Na statystykach było napisane "Pawak66- 3 kills/8 deaths". Chłopiec cały czas myślał o niezwykłym wydarzeniu, które go spotkało.</p>
<p>
 Nastała 19 godzina. Paweł zdecydował, że zada swojej mamie pewne ważne pytanie.</p>
<p>
-Mamo. Czy słyszałaś o czymś takim, jak... Alter?- Zapytał z wielkim trudem 14-latek.</p>
<p>
-Co?! A więc... ty...- Wykrztusiła resztkami sił, utraconych po szoku kobieta.</p>
<p>
-Słyszałaś?</p>
<p>
-Ehh... Nie wiedziałam, że to nadejdzie tak szybko. Sądziłam, że będziesz przynajmniej po maturze. Słuchaj. Co Edward ci powiedział?</p>
<p>
-No... że muszę pokonać rejosy, że jestem wybrańcem itd.</p>
<p>
-I co, zgodziłeś się?</p>
<p>
-Jeszcze nic im nie odpowiedziałem. Umówiłem się z Agą, że jutro wstąpię do Alteru, by powiedzieć królowi Sarpolisowi czy się zgadzam.</p>
<p>
-Pawełku. Skarbie. Nie mogę cię do niczego zmuszać, ale musisz przyjąć tę ofertę. Wiem co się stanie gdy Rejosy opanują Alter.</p>
<p>
-Jeszcze to przemyślę, bo teraj jestem jakiś zmęczony po całym tym wydarzeniu, ok?</p>
<p>
-Oczywiście. Gdy tylko się obudzisz pogadamy.</p>
<p>
 Gdy wybiła 22 nastolatek położył się spać. Jednak miał problemy ze snem, bo czuł, że jest jakby obserwowany. Czuł czyjąś obecność. Nagle usłyszał dziwny dźwięk, który był podobny do języka węży.</p>
<p>
Chłopiec zszokowany schował się pod kołdrę (biorąc do ręki Oren, który schował pod poduszkę). Gdy wyszedł spod kołdy, by zobaczyć co wydawało ten dźwięk zobaczył u siebie w pokoju dwumetrowego potwora.</p>
<p>
-Aaaaaaa!- Krzyknął Paweł</p>
<p>
----------------------------------------------------</p>
<p>
I tutaj przerwałem...</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">484</guid><pubDate>Sun, 19 Dec 2010 10:20:54 +0000</pubDate></item><item><title>Wasteland : Historia z Pustkowia</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/444-wasteland-historia-z-pustkowia/</link><description><![CDATA[
<p>    Kiedyś grając w pierwsze dwie części serii Fallout nakręciłem się na klimaty post-apo i zacząłem pisać historyjkę. Parę pomysłów zaświtało mi w głowie i postanowiłem zacząć przelewać je na papier. Pisanie zaczęło się na lekcjach matematyki, nudnych jak jasna cholera <img src="https://enklawanetwork.pl/forum/applications/core/interface/js/spacer.png" alt=";)" data-src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/emoticons/wink.png.de2748986bd2513f4b3a606c44429763.png"> I trwało przez jakiś czas. Niestety nigdy w całości nie zrealizowałem swojego planu. Teraz dzięki Superkarpikowi postanowiłem wreszcie się za to zabrać. Wyszperałem w szafie zakurzony zeszyt i zacząłem przepisywać wszystko na mojego wiernego PC <img src="https://enklawanetwork.pl/forum/applications/core/interface/js/spacer.png" alt=":)" data-src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/emoticons/smile.png.4f9915682b867d8fc2bca5ca3514b9bb.png"> Jest tego trochę więc przeredagowanie i przepisanie trochę zajmie, ale postaram się wrzucać co jakiś czas po kawałku. Z pisaniem nigdy nie miałem wiele do czynienia więc proszę o wyrozumiałość <img src="https://enklawanetwork.pl/forum/applications/core/interface/js/spacer.png" alt=":)" data-src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/emoticons/smile.png.4f9915682b867d8fc2bca5ca3514b9bb.png"> Oczywiście liczę na cenne uwagi, rady i wytykanie błędów przez użytkowników portalu <img src="https://enklawanetwork.pl/forum/applications/core/interface/js/spacer.png" alt=";)" data-src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/emoticons/wink.png.de2748986bd2513f4b3a606c44429763.png"> Całość jest jeszcze dość luźna więc w niektóre miejsca mogę wrzucić jakieś miejsca czy historie, jakby ktoś miał co do nich jakieś pomysły proszę niech się odezwie. Ostrzegam o dużej liczbie wulgaryzmów, krwi i przemocy. Świat pustkowi jest światem brutalnym i wszystkiego nie da się przedstawić za pomocą kwiecistego języka <img src="https://enklawanetwork.pl/forum/applications/core/interface/js/spacer.png" alt=";)" data-src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/emoticons/wink.png.de2748986bd2513f4b3a606c44429763.png"> Mam nadzieję że się komuś spodoba <img src="https://enklawanetwork.pl/forum/applications/core/interface/js/spacer.png" alt=";)" data-src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/emoticons/wink.png.de2748986bd2513f4b3a606c44429763.png"></p>
<p>
                                                                  <strong>…Wasteland : Historia z Pustkowia…</strong></p>
<p>
    </p>
<p>
    Kolejny dzień, kolejna karawana, dość już kurwa mam swojego własnego życia. Życia ? Jeśli się nad tym zastanowić nie mógł bym tak tego nazwać. Nieznośna parodia ludzkiej egzystencji. Bardziej już upodobniłem się chyba do zwierzęcia, wykonującego ciągle te same czynności, ciągła walka o przetrwanie, pierdolony instynkt, dążenie do przeżycia każdego kolejnego dnia, oto z czego się wszystko składa. A i tak w każdej chwili można zarobić kulkę. Celem mojego życia jest trafić do piachu, dosłownie, jeśli by to wszystko przeanalizować, wnioski były by właśnie takie proste, trafić do pierdolonego piachu. Na co to wszystko ? Po co się męczyć ? Nie lepiej od razu strzelić sobie w łeb ? Rozglądam się dookoła i co widzę ? Gówno, jedno wielkie gówno, pięciu ludzi i kilka dwugłowych mutantów ciągnących wozy na tle pieprzonej pustyni i zdewastowanych ruin. Jebana karawana. Ile można oglądać ciągle ten sam widok ? Kiedy tak patrzę na Magnum 44 wiszący u mojego boku mam ochotę wyciągnąć go z kabury, odbezpieczyć i włożyć lufę do ust. Może chwila bólu, huk, rozbryzg krwi i uderzenie o ziemię. Jakie to by było proste. Trup nawet specjalnie nie wyróżniał by się na tle ruin, po jakimś czasie zostanie tylko szkielet który i tak przysypie piach. I kto by się tym </p>
<p>
przejął ? Kto by o mnie pamiętał ? </p>
<p>
  </p>
<p>
    Z pamiętnika Maxa. </p>
<p>
<strong>Prolog :</strong></p>
<p>
    </p>
<p>
    Nazywam się Max, niektórzy zwykli mnie nazywać „Stone”, Max „Stone”, nie pamiętam dokładnie skąd wzięła się ta ksywa. Ktoś chyba tak do mnie krzykną podczas jednej z bójek w rodzinnym „mieście”. Tego dnia, który najbardziej z wszystkich utkwił mi w pamięci, rozkręciliśmy jedną z naszych częstych walk na pięści. Po tamtym, różniącym się od innych spokojnych dni popołudniu tak już zostało. Niby bójka jak każda inna, tyle że skończyła się zupełnie inaczej niż ktokolwiek przewidywał. Nie było zwyczajowych śmiechów i gratulacji, nikt nie wrócił do swoich zajęć, nie było nic, tylko długa wwiercająca się w moją czaszkę cisza i szum popołudniowego wiatru. Miałem wtedy jakieś 18 lat i nie wiele wiedziałem o życiu. Zachowywałem się jak każdy innym nastolatek. Dążenie do pozycji w grupie i takie tam sprawy. Podczas owej bójki padł po prostu o jeden cios za dużo. Gdy głowa kolegi z drugiego gangu, jak zwykliśmy się nazywać, odbiła się od mojego kolana nic już nie mogłem poradzić. Jakby w zwolnionym tempie obserwowałem gdy się przewracał i uderzał o jeden z kamieni stojących na skraju drogi. Dopiero po chwili gdy do moich uszu dobiegł charakterystyczny trzask zorientowałem się co się stało. Stałem jak słup wpatrując się w leżącego sztywnego kolegę, zza którego czaski wyciekała strużka krwi. To w tedy, w ten dzień po raz pierwszy zabiłem człowieka. Wydarzenia jakie nastąpiły po tym docierają do mnie przez mgłę, mimo to pamiętam je jakby wszystko stało się zaledwie wczoraj. Gdy oniemieli mieszkańcy zorientowali się co się stało, natychmiast podbiegli do zwłok, i oczywiście do mnie. Skopali mnie i zmaltretowali jak nigdy w życiu. Podczas gdy mnie tłukli i tarzali moim ciałem z jednego końca ulicy na drugi słyszałem przebijające się przez jazgot tłumu płacz, krzyki i jęki.</p>
<p>
- Zabił go !</p>
<p>
- Morderca ! Morderca !</p>
<p>
- Moje dziecko ! O boże ! Boże ! Mój synek ! </p>
<p>
Krzyczeli i krzyczeli, bili i bili, kopali i poniewierali aż w końcu straciłem przytomność.</p>
<p>
   </p>
<p>
     Pamiętam że obudziłem się w nocy, związany i pobity w piwnicy jednego z domów ważniejszego mieszkańca miasteczka. Czułem się okropnie, bolało mnie wszystko i nie mogłem się poruszyć. W pierwszej chwili nie wiedziałem nawet co do końca się stało. Tak, tak, chyba go zabiłem, przez przypadek, przez własną głupotę, własnymi rękoma. Co się teraz stanie ? Dlaczego nie mogłem przestać go bić ? Wtedy ktoś przerwał mi rozmyślania wchodząc i zapalając pochodnię wiszącą na ścianie. </p>
<p>
- Chuju jebany ! Ja już ci kurwa pokaże !</p>
<p>
    Tyle zdążyłem usłyszeć nim kopniak wymierzony prosto w moją głowę dosięgną celu. Po jakimś czasie znów obudziłem się w piwnicy i znowu przyszedł znany mi jegomość i sprzedał kolejnego kopniaka, podobnie w głowę. Nie wiem ile dni tam leżałem. Po tym jak uświadomiłem sobie, że to moje jęki dają mu znać kiedy się budzę i zacząłem próbować je tłumić przychodził coraz rzadziej. Oczywiście i tak nieraz coś usłyszał i raz jeszcze wykonywał swoje dzieło. Minęło bardzo dużo czasu nim wyprowadzili mnie na światło dnia. Zostałem zaprowadzony na główny plac, gdzie wszyscy zwykle targowali z przyjezdnymi. Ledwo szedłem, praktycznie wlekli mnie całą drogę, do ustawionego na środku placu trzepaka. Gdy przymocowywali moje ręce do zwisających z górnej poprzeczki łańcuchów widziałem swoją matkę, ojca, siostrę i brata stojących na czele tłumu jaki zebrał się dookoła. Tłum wrzeszczał a oni płakali, wszyscy poza ojcem i bratem. Zwisałem tam bezwładnie, obręcze zakończające zwisające łańcuchy wżynały mi się w nadgarstki. Zdawało się że trwało całe wieki nim Burmistrz zaczął w końcu odczytywać wyrok. </p>
<p>
- Za zabójstwo Mikela, osiemnastoletniego syna Jacka i Patrice, skazuje się Maxa, syna Chrisa i Isabelle, na publiczne torturowanie i wygnanie ! Kara zostanie wykonana natychmiast ! </p>
<p>
    Myślałem że nic gorszego niż bicie i tarzanie po ulicy nie może mi się już przydarzyć. Myliłem się. Gdy podczas chłostania prowizorycznym biczem na przemian krzyczałem i mdlałem z bólu uświadomiłem sobie co tak naprawdę się dzieje. Jeśli w ogóle to wszystko przeżyje wygnają mnie. Będę musiał odejść. Co zrobię ? Jak sobie poradzę ? Ostatnie smagnięcie dosięgło moich pleców i jeszcze raz straciłem przytomność. Co chwile otrzeźwiali mnie kubłem zimnej wody. Potem przyszedł czas na kopanie i bicie, pojedynczo ludzie wychodzili z tłumu i uderzali we wszystkie części mojego ciała. Na koniec czekało mnie jeszcze jedno, podszedł do mnie ojciec Mikela. Uderzył mnie parę razy, napluł prosto w twarz i wyjął z zza pasa wielki nóż przejeżdżając nim następnie dwa razy po mojej klatce piersiowej, tworząc tym samym wielki krwawiący X. Zawyłem z bólu gdy nóż przecinał skórę i mięso. Chwilę później podeszła do mnie moja rodzina. Tata obejmował ramieniem płaczącą matkę i patrzył na mnie z pogardą, brat trzymał płaczącą siostrę chcącą wyrwać się do mnie z jego uścisku, nie patrzył na mnie. Wszyscy milczeli a po chwili oddalili się i zatrzymali na skraju placu przyglądając się mi po raz ostatni. Gdy odchodzili z wysiłkiem podniosłem głowę żeby popatrzeć na nich jeszcze przez chwilę. Kiedy już przestałem ich widzieć, zawisłem bezwładnie i spojrzałem na siebie. Byłem prawie nagi, z mojego ubrania nie zostało praktycznie nic. Z całego mojego wycieńczonego ciała ściekały stróżki krwi, największa spływała z głęboko ciętego na piersi znaku X. Omiotłem jeszcze spojrzeniem tłum i dojrzałem wbite we mnie nienawistne spojrzenia, po czym po raz ostatni osunąłem się nieprzytomny…</p>
<p>
    </p>
<p>
    Na następny dzień równie wielki tłum przyglądał się mojemu odejściu. Ojciec Mikela wraz z kilkoma swoim kolegami wynieśli mnie za miasto i kopniakiem wywalili na ziemię. Odezwał się do mnie jedynie Jack.</p>
<p>
- Gdyby decyzja należała do mnie sprzedałbym ci kulkę w łeb Ty skurwysynu ! Zabiłeś mi syna ! Zabiłeś go kurwa ! Zabiłeś ! </p>
<p>
    Rzucił się z płaczem w moją stronę lecz jego koledzy w porę złapali go za ramiona i zawlekli za sobą w stronę miasta. Wrzeszczał, płakał i szarpał się z całych sił nieustannie coś do mnie krzycząc. Jeden z nich zatrzymał się i rzucił w moim kierunku plecak. Leżałem tak chwilę ledwo żywy aż w końcu doszli do miasta i zniknęli mi z oczu. Podniosłem się na nogi, z moich świeżo zszytych blizn na piersi znów zaczęła sączyć się krew, z trudem mogłem rozprostować kończyny. Mimo to po raz ostatni spojrzałem na swoje rodzinne miasto, na Creek Town, podniosłem plecak i ruszyłem w przeciwnym kierunku…</p>
<p>
    Po kilku dniach cały posiniaczony, zakrwawiony i poparzony przez słońce dotarłem na skraj jakiejś wioski. Zapasy jakie mieszkańcy Creek Town zostawili mi w plecaku już dawno się skończyły. Gdy tak stałem i przyglądałem się ludziom kręcącym się po wiosce nogi ugięły się pode mną i runąłem twarzą w piach. Jak się później okazało była to wioska dzikusów, kilkoro łowców z plemienia znalazło mnie i zaniosło do tutejszego szamana. Nie wiele pamiętam z pobytu w jego namiocie, na przemian majaczyłem w gorączce, wymiotowałem, i spałem. Na początku nie mogłem nawet nic zjeść. Szaman przygotowywał dla mnie najróżniejsze maści i wywary które po kilku tygodniach postawiły mnie na nogi. Popołudnia spędzałem przechadzając się po wiosce i przyglądając tutejszym rzemieślnikom. Nie bali się mnie gdyż  nie byłem dla nich żadnym zagrożeniem, mogłem więc swobodnie się poruszać i włóczyć gdzie mi się podobało. Powoli zacząłem się oswajać z życiem jakie przyjdzie mi toczyć. Spędziłem tam pół roku, i w tym czasie nie próżnowałem. Zacząłem doprowadzać swoje zdruzgotane ciało do porządku, codziennie biegałem, ćwiczyłem i pomagałem miejscowym w najróżniejszych pracach. Wiele z nich było naprawdę ciężkich. Ich łowcy po pewnym czasie zrobili dla mnie nawet prymitywną włócznie, nóż i skórzany strój. Gdy po ciężkich treningach w znacznym stopniu opanowałem sztukę walki za ich pomocą zaczęli zabierać mnie ze sobą na polowania. Szło mi to nawet całkiem nieźle. Przynajmniej raz na dwa miesiące dzikusów odwiedzał kupiec który zaopatrywał ich w najróżniejsze drobiazgi jakich sami nie potrafili zrobić lub zdobyć. Od jednego z takich właśnie kupców dowiedziałem się gdzie leży najbliższe miasto. W okolicy pełno było małych wiosek, lecz jedno podobno bardzo duże leżało dwa tygodnie drogi na wschód. Nie mogłem spędzić tu całego życia więc przygotowawszy się i pożegnawszy z najbardziej zaprzyjaźnionymi dzikusami wyruszyłem w drogę do owego miasta. Dzięki umiejętnością jakie nabyłem byłem gotowy poznać otaczający mnie świat i przeżyć spotkanie z jego najróżniejszymi mieszkańcami. Byłem młodym, gotowym do drogi młodzieńcem jakich wielu włóczyło się wtedy po pustkowiach. Tak właśnie rozpoczęła się moja życiowa wędrówka… </p>
<p>
                                                                                  <strong>....................</strong></p>
]]></description><guid isPermaLink="false">444</guid><pubDate>Sun, 24 Oct 2010 21:57:26 +0000</pubDate></item><item><title>Danse Macabre - ostatnie dziesi&#x119;&#x107; minut</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/463-danse-macabre-ostatnie-dziesi%C4%99%C4%87-minut/</link><description><![CDATA[
<p>Oto moje ostatnie dzieło, którego napisanie zabrało mi dwa miesiące z przerwami. Jest to ostatnie opowiadanie z cyklu trzech opowiadań o śmierci, choć starałem się pisać je tak, by funkcjonowało jako opowiadanie samodzielne. Tak więc oddaje w wasze ręce mój Taniec śmierci <img src="https://enklawanetwork.pl/forum/applications/core/interface/js/spacer.png" alt=":)" data-src="https://enklawanetwork.pl/forum/uploads/emoticons/smile.png.4f9915682b867d8fc2bca5ca3514b9bb.png"></p>
<p>
To już ostatnie moje odwiedziny na dziś. Najpierw ten starzec, potem nienarodzone dziecko a teraz jeszcze ta studentka. Zaroi się od nekrologów, nie ma co…</p>
<p>
Idąc główną ulicą Olsztyna spojrzałem na zegarek. Zbliżało się popołudnie. Oczywiście miałem jeszcze kilka minut do zaplanowanego spotkania doliczając dziesięć minut na rozmowę i odbiór. Zawsze zastanawiało mnie, że jest to równe dziesięć minut. Nigdy mniej, nigdy więcej. Czasami jestem co prawda wcześniej na miejscu ale zwykle oznacza to jakąś nieprzewidzianą zmianę w planie, jak na przykład spotkanie tego starca wcześniej. Do skrzyżowania przy tym wielkim centrum handlowym miałem jeszcze tylko kilka metrów. Pomimo trzypasmowej drogi, samochody ustawiały się już sznurkiem czekając na zmianę świateł. Kłęby dymu z rur wydechowych oddzielały jeden samochód od drugiego, a im auto wyglądało na starsze tym więcej owego dymu wydzielało. </p>
<p>
Spojrzałem w słońce. Można powiedzieć, że byłem ubrany idealnie do zaistniałych warunków atmosferycznych. Zawsze zresztą wszystko przebiega idealnie i zgodnie z zamierzeniami. Czarny płaszcz dopięty na ostatni guzik, delikatnie powiewał na jesiennym wietrze. Na szyi miałem biały szal wyciągnięty na wierzch. Brązowe obcasy półbutów wystukiwały rytm moich kroków. </p>
<p>
Stanąłem w końcu na skrzyżowaniu. Do spotkania miało dojść  przecznicę dalej. Z tego co się bardziej domyślałem niż byłem pewny, miał to być wypadek drogowy. No bo przecież co innego mogło się stać młodej studentce w centrum miasta ? Wykorzystałem tę chwilę na przyjrzenie się pozostałym przechodniom czekającym razem ze mną na zmianę świateł. Samochody właśnie ruszyły. Co oznaczało, że postoimy jeszcze kilka minut. Pani obok mnie miała raka piersi. Jeszcze o tym nie wiedziała. Wyglądała zaledwie na czterdzieści lat. Odwiedzę ją za jakieś dwanaście. Nerwowo patrzyła na sygnalizator, jakby chciała siłą woli zmienić światło z czerwonego na zielone.  Obok stał mały chłopaczek. Na oko jakieś dziesięć lat. Miał tak mocno naciągniętą czapkę na głowę, że prawie zasłaniała mu oczy. Trzymając plecak za sprzączki, przyciskał ręce do ciała. Miał przed sobą jeszcze ponad sześćdziesiąt lat i trochę komplikacji z alkoholem.   </p>
<p>
Czasami zastanawiam się czy to co robisz jest sprawiedliwe wiesz? Wiem, że masz ten swój plan i w ogóle, ale im więcej osób widzę jak ta, która można powiedzieć czeka na spotkanie ze mną, nachodzą mnie myśli, że postępujesz troszkę nie fair.  Młodzi umierają na drogach albo na imprezach a starzy mający niejedno zło na sumieniu trzymają się osiemdziesiątki a czasem nawet i wyżej. </p>
<p>
Tak, wiem, że wypadki to nie jest twoja wina. Wiem, że człowiek ma wolną wolę i sam decyduje o swoim losie.  Nieważne. Światło w końcu zmieniło kolor. Muszę wykonać kolejną część twojego planu.</p>
<p>
W końcu omijając tłum ludzi śpieszący się na pasach w tylko sobie znanym, równie misternym co niezrozumiałym celu, zacząłem zmierzać w kierunku kolejnego skrzyżowania. Zegarek wskazywał dwanaście minut do zakończenia wizyty. Oznaczało to, że mam jeszcze dwie minuty na dojście do niej czy jak ja to wolę nazywać na pierwszy kontakt. W końcu ją wypatrzyłem. Wysoka dziewczyna na oko w wieku dwudziestu kilku lat. Miała na głowie ciemno niebieski berecik przykrywający jej blond włosy sięgające aż do ramion.  Sukieneczka sięgająca do kolan i gorset również były w ciemno niebieskim kolorze jak berecik. Sprawiała wrażenie dziewczynki z bogatej rodziny. Przeciętnego studenta raczej nie stać na takie eleganckie ubrania. Można powiedzieć, że rzucała się w oczy pośród tego tłumu zbitej masy przechodniów. A może tylko ja to tak widzę? </p>
<p>
Zawsze jakoś tak większą uwagę zwracam na tych, którzy mają w danej chwili „umówione spotkanie” ze mną. Nie potrafię do końca tego wyjaśnić. Jakby wszystko na około było ciemniejsze a ta jedna osoba znacznie jaśniejsza. To dodaje jej jakiejś takiej wyjątkowości. To trochę jak stan zakochania. Nagły grom z jasnego nieba. </p>
<p>
W końcu stanąłem obok niej. Naszła mnie wtedy myśl jak będzie to wszystko wyglądać. Wiem co powiedzieć i jaka śmierć ją czeka. I przyznam szczerze, że nie należała ona do najprzyjemniejszych. </p>
<p>
Zobaczyłem jak powietrze drga, a rzeczywistość się zagina. Dźwięki powoli ustępowały. Robiło się coraz ciszej. Klaksony, turkot silników, nawet muzyka reklam cichła coraz bardziej i bardziej aż w końcu zamilkła.  Spojrzałem na zegarek. Do rozpoczęcia zostały trzy sekundy.  wszystko zatrzymało się. W tej samej chwili dotknąłem jej ramienia. Ze strachu aż podskoczyła. Rozejrzała się na boki. Nie dziwiło mnie to szczególnie. Widziałem te schematy zachowań już setki jeśli nie tysiące razy. Nagle nie słychać nic w centrum miasta, to może wprowadzić w zakłopotanie każdego.  Dopiero po chwili spostrzegła moją rękę na swoim ramieniu. Nasze oczy spotkały się. Jej śliczne zielone, wręcz szafirowe źrenice wlepiały się we mnie z lekka nutką strachu i ciekawości. Mogłem powoli zaczynać…</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">463</guid><pubDate>Tue, 23 Nov 2010 22:00:14 +0000</pubDate></item><item><title>Utopia Abasara cz.6 rozdzia&#x142; 2 - Ostatnia Walka Magnusa</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/409-utopia-abasara-cz6-rozdzia%C5%82-2-ostatnia-walka-magnusa/</link><description><![CDATA[
<p>Abasar. Spiżowy Przewoźnik. Jedni nazywali go mordercą. Inni potworem w ludzkiej skórze. Przez milenia nikt nie wzbudzał takiego strachu i przerażenia wśród zwykłych ludzi jak on. Jego przybycia zwiastowało śmierć i zniszczenie. Teraz stał przed płonącą kryjówką klanu ukrytych. Z łatwością uziemił Zeppelin wracający z obrad w Sanktuarium. Sterowiec upadł na tyle delikatnie na zboczu, że nikomu nic się nie stało. Gdyby chciał ich zabić, zrobiłby to zanim w ogóle pomyśleliby o jego obecności.</p>
<p>
Wiał mroźny wiatr. Płonący budynek rozświetlał mrok nocy. Strzępy zeppelina bezlitośnie łopotały na wietrze znacząc porażkę ludzi. Jako pierwszy wrak opuścił Magnus. Był lekko poturbowany. Jego oczy dopiero po chwili przyzwyczaiły się do światła. Pierwszy zobaczył Abasara. Choć przez całe swoje życie wierzył, że jest on człowiekiem, teraz wydawał mu się jakimś nieosiągalnym bytem. Wydawał się być ogromny. Czuł się przy nim jak robak. Nagle odwrócił się na swoich uczniów i na Kazitimira. Uczniowie jeszcze nie spostrzegli tego potwora, pomyślał. W przeciwnym wypadku trzęśliby się ze strachu. </p>
<p>
Nagle zrozumiał, że jeżeli przyjdzie im teraz z nim walczyć to nic nie zrobią. Będą niczym świnie wypuszczone na rzeź. Są jeszcze całkowicie nieprzygotowani do tego pojedynku. W jednej chwili wbił palce w ziemie. Przezroczysta, niczym ze szkła ściana stanęła pomiędzy nim a resztą.</p>
<p>
- Co się stało?! – krzyczał Uriel</p>
<p>
- Jest jeszcze za wcześnie żebyście stawili mu czoło drodzy uczniowie. – Magnus mówił powoli i miękko, jakby siedzieli w parku a on rozprawiał o wyjściu na ryby na które chłopcy muszą kupić sobie wodoodporne buty.</p>
<p>
- Jak to?! – Uriel nie dawał za wygraną. Uderzył pięściami w kryształową ścianę między nimi.</p>
<p>
- Jesteście jedyną nadzieją tego świata. Proszę nie zmarnujcie tego…</p>
<p>
Magnus dotknął stworzonej przez siebie ściany. Nagle ziemia pod Kazitimirem i trzema uczniami zaczęła zapadać się jakby Magnus oddzielił ten kawałek od reszty góry. Zaczęli spadać w dół zbocza. Szybko nabierali coraz to większej prędkości. Gabriel patrzył na oczy swojego mistrza. Były pełne smutku. Wiedział że nie przeżyje tej walki sam…</p>
<p>
Starzec jeszcze przez chwilę patrzył na obłok pyłu towarzyszący zsuwającej się skale. Po chwili odwrócił się w kierunku płonącej siedziby jego klanu. Powoli zaczął iść w jej kierunku. Serce waliło mu jak młot. W głowie miał mętlik. Poczuł się stary. Stary i słaby. Zdumiewająco szybko znalazł się w niedużej odległości od Zakapturzonej postaci.</p>
<p>
- Magnus… Zdobywca Bramy… Siewca Nadziei…  - zaczął wymieniać Abasar – Zabójca Anioła…</p>
<p>
- Wiesz to od Luminalosa prawda? – Magnus przestał drżeć. Głos potwora był bardziej ludzki niż mu się mogło wydawać. </p>
<p>
- Czy to ważne? Spełnił swoje zadanie. Nie wyjawił mi jednak dokładnego miejsca waszej kryjówki. Odkrycie jej zajęło mi dużo czasu.</p>
<p>
- Nie bez powodu nazywają nas Klanem Ukrytych. </p>
<p>
- Tu trzeba ci przyznać rację. Do tego miejsca nie można nawet teleportować się bezpośrednio. Utworzyliście klucz przejściowy?</p>
<p>
Magnus milczał. Ta istota w kilka chwil rozszyfrowała coś co oni tworzyli całymi pokoleniami. </p>
<p>
- Dlaczego nie zrezygnujecie z tej niszczycielskiej siły po dobroci człowieku? – zaczął Abasar – Niszczycie, zabijacie, grabicie i mordujecie. W imię czego człowieku?</p>
<p>
- Ty masz najmniejsze prawo do wypominania komuś morderstwa potworze! – Serce Magnusa uspokoiło się. Nie bał się już potwora. Znów zapanował nad sobą.</p>
<p>
- Czy nadal będziecie wypominać mi okres przejściowy w tworzeniu mej utopii, który miał miejsce tak dawno, że nikt tego już nie pamięta?</p>
<p>
- Mord jest mordem!</p>
<p>
- Więc zabicie mnie także będzie mordem człowieku. Nie pojmujesz tego?</p>
<p>
- Ludzie potrafią żyć w pokoju i bez twojej niewoli.</p>
<p>
- Czyżby? Nazywacie to niewolą i klatką. Ale w jaki sposób jesteście uwięzieni?</p>
<p>
- żaden człowiek nie może podróżować do krain zamieszkanych przez inne rasy. Ponadto zabroniłeś ludziom rozwijania wszelkiej magii.</p>
<p>
- Jesteście jak dziecko z nożem. Nie wiecie do czego służy i sami się nim prędzej skaleczycie nim zrobicie coś dobrego.</p>
<p>
- A co z tymi nielicznymi, których zabijasz każdego dnia?</p>
<p>
Abasar milczał. Na usta Magnusa wpełzł uśmiech. Poczuł się pewniej niż dotychczas.</p>
<p>
- Boisz się go prawda? Boisz się anioła.</p>
<p>
- Boję się raczej, że porwiecie tych ludzi i przemienicie na swoją modłę jak dotychczasowych tak zwanych uczniów. </p>
<p>
- Dlatego zabijasz dzieci?</p>
<p>
- Dziennie około trzech przejawiających talent magiczny. Czasem udaje mi się po prostu zablokować ich zdolności magiczne. Te biedne dzieci są niestety ofiarami niezbędnymi do istnienia mojej utopii.</p>
<p>
- Twój świat nie jest więc taki idealny skoro wymaga ofiar.</p>
<p>
- Ależ on jest idealny. Nie wszyscy jednak odnaleźli się w pokoju i harmonii. Niektórzy, tak jak wy, lubują się w walce i zabijaniu słabszych. Gdybym był taki jak wy, ten świat dawno przestałby istnieć…</p>
<p>
 Abasar nagle urwał patrząc na drgające wargi Magnusa.</p>
<p>
- Nawet w trakcie rozmowy ze mną potrafisz przygotowywać zaklęcia. Doprawdy, spotkałem wielu czarowników potrafiących wypowiadać zaklęcia szeptem, ale ty Magnusie nie tylko je wypowiadasz ale i prowadzisz jednocześnie rozmowę ze mną. Jestem pod wrażeniem. </p>
<p>
W momencie gdy Magnus nie mówił, mógł poświęcić całą swoją uwagę zaklęciom, dlatego starał się nie odpowiadać jeżeli nie było to niezbędne. Zwłaszcza teraz gdy ten potwór zrozumiał już co szykuje. </p>
<p>
- Brawo człowieku. Powiedz mi jednak ile zaklęć zdążyłeś już przygotować? Cztery? Sześć? </p>
<p>
Magnus uśmiechnął się. Jego wargi przestały drgać. Był już gotowy do ataku.</p>
<p>
- Ponad szesnaście… </p>
<p>
 W jednej chwili wbił ręce w ziemie. Kryształowe mury zaczęły otaczać mroczną istotę ze wszystkich stron. Nim jednak Diamentowe mury wzniosły się dość wysoko, Abasar wystawił ręce przed siebie niszcząc, przygotowywaną klatkę. W tym samym momencie w miejscu gdzie przed chwilą wyrastał mur stanęły płomienie. Wysokie na ponad trzy metry słupy ognia. Czarnoksiężnik dotknął jednego z nich. Języki ognia natychmiast powędrowały w kierunku Magnusa. Starzec chwycił je gołą dłonią i wbił powrotem w ziemie. Nagle grunt pod Abasarem zaczął się osuwać. Ten jednak wzbił się w powietrze. Było to zaskoczeniem dla człowieka. Dlaczego Duchy Shinto pomagają komuś takiemu? Nie wiele myśląc złączył dłonie. Z ziemi ponownie wystrzeliły niczym z armaty wielkie ogniste kule o średnicy człowieka. Wiatr wzmógł się wokół Abasara. Płomienie rozwiały się. Zderzenie gorącego powietrza z zimnym wywołało huragan. </p>
<p>
- Nie tak łatwo utrzymać się w samym centrum oka cyklony prawda? – Magnus z zadowoleniem patrzył na swoje dzieło.</p>
<p>
- Wręcz przeciwnie człowieku…- W jednej chwili Wiatr uspokoił się. Abasar złączył dłonie. Pomiędzy nimi można było dostrzec błękitny płomień. Wokół Magnusa wyrosły wysokie „diamentowe mury” a on sam także złączył dłonie. Nagle mroczny mag zniknął.</p>
<p>
- Implozja! – wrzasnął starzec. Wokół niego wszystko zaczęło eksplodować. Nawet jego własne mury były rozrywane na kawałeczki. Abasar stał tuż za nim zasłaniając się barierą. Starzec szybko odskoczył dobywając swojej szabli.  </p>
<p>
- Jesteś naprawdę niezwykłym czarodziejem Magnusie. Z pewnością jesteś moim najpotężniejszym dotychczasowym przeciwnikiem. Wiedziałeś, że będę chciał zaatakować z bliska.</p>
<p>
- Jeżeli twoje zdanie na temat moich możliwości wyciągnąłeś z tej delikatnej wymiany sprzed kilku chwil, potworze – zaczął unosząc swój rapier nad głowę. – to możesz być nieźle zaskoczony…</p>
<p>
W Kierunku Abasara dosłownie z nikąd zaczęły lecieć ogniste pociski. Te jednak były znacznie ciemniejsze. Mroczny mag unikał wszystkich. Gdy próbował odrzucić jeden z nich, ten zaczął rozprzestrzeniać się na jego szacie. Żywe ognie, pomyślał. Szabla Magnusa o włos minęła jego głowę. Pewność siebie obu przeciwników była zaskakująca. Po tak nagłym ataku mistrz klanu ukrytych od razu przeszedł do walki wręcz. Starzec wymachiwał ostrzem z zawrotną prędkością. Z każdym cięciem klinga robiła się coraz bardziej czerwona. Ataki były bardzo precyzyjne. Abasar wielokrotnie zasłaniał się barierami częściowymi, zasłaniającymi tylko jego dłonie. W jednej chwili chwycił za rękojeść szabli.</p>
<p>
- To szabier prawda? Rubinowe ostrze. Gorejące z każdym wymachem. Jeśli nie zabije przeciwnika cięcie, zabije go podgrzany wokół tlen. </p>
<p>
- Widzę, że znasz się na artefaktach… - Magnus napierał z całych sił próbując wyrwać miecz. Abasar jednak zdawał się w ogóle nie przejmować jego wysiłkami. Jego dłonie były nadal pokryte barierą. Oznaczało to, że żaden fizyczny atak nie jest w stanie wyrządzić krzywdy właścicielowi, nie mówiąc już o szarpaninie.  Nagle powietrze wokół ostrza zaczęło drżeć coraz mocniej. Mistrz klanu ukrytych czuł jak rękojeść miecza przypala mu dłonie. Starał się zapanować nad żarem. Nie był jednak w stanie. Abasar opanował magię ognia w większym stopniu niż on sam. </p>
<p>
Magnus wykonał kilka szybkich ruchów ręką. Szabier zniknął w innym wymiarze podobnym do tego, z którego wzięła się na przykład lanca Uriela.</p>
<p>
Magowie patrzyli na siebie. Żaden z nich nie zamierzał ustąpić. Magnus szybko rzucił okiem na swoją dłoń. Była cała czerwona. Za późno się zorientował. Każde zgięcie palców powodowało ból. Trudno mu będzie wykonywać gesty czy choćby używać zwojów. Abasar zdobył przewagę…</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">409</guid><pubDate>Thu, 09 Sep 2010 21:15:02 +0000</pubDate></item><item><title>Utopia Abasara cz.5 rozdzia&#x142; 2 - Legenda z Wysp Wielkanocnych</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/408-utopia-abasara-cz5-rozdzia%C5%82-2-legenda-z-wysp-wielkanocnych/</link><description><![CDATA[
<p>- Czy tylko Magnus wierzy w legendę o aniele? – Spytał Gabriel gdy przechodzili przez rynek. Było tu mnóstwo straganów i knajp. Wszędzie kręcili się mieszkańcy wyspy. Było to miłą odmianą w porównaniu do zimnych ścian kryjówki ich klanu. Słońce przyjemnie grzało. Na niebie nie było widać ani jednej chmurki. </p>
<p>
- Istnieje wiele wersji tego skąd pochodzi Abasar – zaczął Uriel – Słyszałeś z resztą kłótnie tych starców? </p>
<p>
- Więc skąd pewność, że Magnus ma rację? Może wcale nie jesteśmy Aniołami?</p>
<p>
- Cóż, wszyscy na pewno nie jesteśmy. Anioł rodzi się jeden na półtora milenium według legendy z wysp wielkanocnych.</p>
<p>
- Legendy z wysp wielkanocnych? – Samael był tak samo zaskoczony co Gabriel</p>
<p>
- Kiedyś natrafiłem na tę wzmiankę czytając notatki Magnusa.</p>
<p>
- Wkradłeś się do jego gabinetu?!</p>
<p>
- Tylko raz… - chłopak nieco ucichł zakłopotany.</p>
<p>
- I co tam wyczytałeś?</p>
<p>
- Raz na ponad milenium w ludzkiej rasie rodzi się orędownik sprawiedliwości. Będzie mu dana siła i potęga tak niezrównana, że żadna inna istota nie będzie w stanie się mu przeciwstawić. Będzie on zdolny naprowadzić świat na właściwy tor lub zniszczyć go doszczętnie.</p>
<p>
- Kimś takim jest Abasar? </p>
<p>
- Magnus twierdzi, że tak. Ponadto Istnieją znaki szczególne po czym będzie można rozpoznać anioła.</p>
<p>
- Co to za znaki? – Gabriel spodziewał się jaka będzie odpowiedź. Przypomniał sobie rozmowę Jego i Magnusa w nocy gdy odwiedził ich dom…</p>
<p>
- Znakami szczególnymi anioła będą śnieżnobiałe włosy, Blizny na łopatkach, po utraconych skrzydłach, oraz anielskie imię.</p>
<p>
Uczniowie popatrzyli na siebie nawzajem. Gabriel jako jedyny nie miał z nich białych włosów. Nie miał też blizn na plecach. Czy mimo to mógł być aniołem? Skąd by inaczej przejawiał taki talent magiczny?</p>
<p>
- A co jeżeli żaden z nas nie okaże się aniołem?</p>
<p>
- Wtedy będziemy szkolić następnych uczniów, aż takowy anioł się pojawi.</p>
<p>
- Jak to? </p>
<p>
- Czytałem o tym w archiwum. O Magnusie także mówiono, że będzie aniołem. Że to on został wybrany do pokonania Abasara. Niestety mijały kolejne lata, a on nie udowodnił tego, że może nim być. Klan ukrytych zbiera kolejnych utalentowanych ludzi od ponad czterystu lat. Chwytają się tej złudnej nadziei mimo to, że nawet nie wiedzą jak rozpoznać, że ktoś jest aniołem. Jedyne co mają to ta legenda z wysp wielkanocnych…</p>
<p>
- Nie miałem o tym pojęcia… - Gabriel wydawał się rozczarowany tym co usłyszał.</p>
<p>
- Jest wiele rzeczy o których nam nie mówią. Na przykład co się stało z Luminalosem?  Czemu jest tak mało członków klanu ukrytych?</p>
<p>
Uczniowie milczeli resztę drogi. Słońce nagle schowało się za chmurami, których nie było wcześniej. Postanowili wrócić do Zeppelina.</p>
<p>
Na miejscu czekał już na nich Magnus z Kazitimirem. Wszyscy w milczeniu wsiedli na pokład sterowca. Po kilku minutach opuścili już Sanktuarium.</p>
<p>
- To wszystko bujda prawda? Nie ma żadnej pewności na to, że któryś z nas jest aniołem.</p>
<p>
Magnus wydawał się zaskoczony pytaniem Gabriela. Przez chwilę patrzył na Kazitimira, lecz ten także nie wiedział co odpowiedzieć młodemu uczniowi.</p>
<p>
- Istnieje pewna legenda…</p>
<p>
- Tak wiem, Legenda z wysp wielkanocnych. Pytam jednak czy jest coś więcej niż ta legenda?</p>
<p>
Magnusowi odjęło mowę. Skąd do czorta ten chłopak znał tą legendę? </p>
<p>
- Nie ma żadnej pewności Gabrielu… - westchnął ciężko nauczyciel. – Istnieje tylko nadzieja. Mała świeczka, która przeprowadzi nas przez ten mroczny tunel i zaprowadzi do wyjścia.</p>
<p>
- Stąd wiara, że Abasar także jest aniołem? Wierzycie w to tylko dlatego? Tylko dlatego, że nie potraficie zrozumieć jak posiadł tak ogromną moc?</p>
<p>
- Tak dzieciaku! Właśnie dlatego wierzymy! – Magnus wstał ze swojego miejsca gwałtownym ruchem.</p>
<p>
- Ta wiara to wszystko co mamy! Za tę wiarę ginęły poprzednie pokolenia! Za tę wiarę giną i dzisiaj! Oddam i własne życie, jeśli istnieje choć cień szansy, że ta legenda jest prawdziwa!</p>
<p>
Gabriel zamilkł. Zbierała w nim coraz większa wściekłość.</p>
<p>
- Ty jesteś gotów umrzeć, za to w co wierzysz, ale moi rodzice nie mieli takiego obowiązku.</p>
<p>
Gabriel usiadł bez słowa na drugim końcu sterowca. W głowie miał straszny mętlik. Wszystko w co wierzył przez te wszystkie lata mogło być wymysłem starca. Starca, przez którego wizytę zginęli jego rodzice… </p>
<p>
Przypomniał sobie tamten dzień. Dzień w którym dwóch gości przekroczyło próg jego domu na Harnivala 7. Przypomniał sobie sen o płonącym domu. Przypomniał sobie postać spowitą ciemnością o trupim głosie. Nagle poczuł to samo uczucie co w tamtą noc. Zimny oddech na plecach. Ciarki przeszły go po całym kręgosłupie. Spojrzał na zegarek. Z trudem odczytał godzinę na tarczy. Ręce mu się trzęsły. Niedługo powinni dolatywać. W jednej chwili uświadomił sobie wszystko co miało się zaraz wydarzyć.</p>
<p>
- Musimy zawracać! – krzyczał – On jest tutaj! W naszej kryjówce!</p>
<p>
Nim Magnus zdążył wstać, Zeppelin zaczął potwornie się trząść. Gwałtownie obniżali wysokość lotu. Nauczyciel spojrzał przez okrągłe okienko. Zobaczył siedzibę klanu Ukrytych w ogniu. Budynek płonął od ziemi aż po sam dach. Przed nim z kolei stała postać w czarnym płaszczu z rękoma uniesionymi w kierunku sterowca.</p>
<p>
Znalazł nas, pomyślał Magnus.</p>
<p>
Abasar nas znalazł…</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">408</guid><pubDate>Thu, 09 Sep 2010 21:11:16 +0000</pubDate></item><item><title>Utopia Abasara cz.4 rozdzia&#x142; 2 - Powr&#xF3;t na Obrady </title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/407-utopia-abasara-cz4-rozdzia%C5%82-2-powr%C3%B3t-na-obrady/</link><description><![CDATA[
<p>- Aresztować tego mordercę! – wrzeszczał były nauczyciel szkoły imienia Romulanda Andunisa. - Aresztować go natychmiast!</p>
<p>
Tłum na widowni ponownie zaczął krzyczeć poruszony masakrą jaka miała miejsce na ich oczach. </p>
<p>
- Takie ścierwo nie ma prawa nazywać się magiem!</p>
<p>
- Bo pokonał twoich bękartów?! – wrzeszczał Kazitimir zagłuszając nawet publiczność.</p>
<p>
- Nie stosował Się do kodeksu pojedynków! – Elfi mistrz był czerwony ze złości co wyglądało dość przedziwnie. Elfy zwykle były strasznie blade.- To pozbawiony honoru śmieć!</p>
<p>
- Powiedz o honorze i kodeksie Abasarowi!</p>
<p>
Widownie ponownie przycichła na dźwięk imienia oprawcy wszystkich gatunków.  Kazitimir kontynuował swoją wypowiedź. – W walce z nim nie będzie czasu na powitania, ukłony i całą tą maskaradę. To będzie walka na śmierć i życie. A w takim starciu wszystkie chwyty są dozwolone.</p>
<p>
Na arenie zapanowała grobowa cisza. </p>
<p>
- Jeżeli będziecie szli na spotkanie z nim reprezentując poziom taki jak tamci uczniowie, życzę wam cudu z całego serca. Bo w takim wypadku tylko cud będzie mógł was uratować…</p>
<p>
Kazitimir, Magnus, Gabriel i Samael zeszli z trybun.  Po chwili dołączył do nich także Uriel ubrudzony krwią pokonanych uczniów. </p>
<p>
- Macie teraz czas wolny. Idźcie pozwiedzać miasto. – Magnus wydawał się nad wyraz spokojny.</p>
<p>
- A co z tobą mistrzu?</p>
<p>
- Ja i Kazitimir udamy się na krótką pogawędkę do Sali obrad.</p>
<p>
- Ale…</p>
<p>
- Idźcie zwiedzać miasto. Macie czas wolny. – Nauczyciel powtórzył swoje słowa nieco dosadniejszym tonem. Gabriel wiedział, że nie należy w takiej sytuacji dyskutować.</p>
<p>
- Oczywiście mistrzu…</p>
<p>
Grupa po chwili rozdzieliła się. Młodzi adepci szkoły magicznej rozpoczęli spacer po całej okolicy. Wielu tutejszych patrzyło na nich z niechęcią. Nie było w tym jednak nic dziwnego biorąc pod uwagę to co stało się przed chwilą…</p>
<p>
W tym samym czasie Magnus udał się wraz z Kazitimirem z powrotem na salę obrad. Wszyscy czekali już tylko na nich. Stary kozak spodziewał się wrzasków i protestów zaraz po ich przyjściu, lecz nic takiego się jednak nie stało. Co niektórzy jedynie szeptali coś na ich temat. </p>
<p>
- Czekaliśmy na was. – zaczął jeden z przedstawicieli wampirów. Miał na sobie złoty szal co oznaczało, że przewodził obradom na tym spotkaniu.  – A więc przejdźmy do rzeczy.</p>
<p>
Członkowie klanu ukrytych zajęli już swoje miejsca. Oczy wszystkich skierowane były w ich kierunku.</p>
<p>
- Z uwagi na dzisiejszy… pokaz, chciałbym Magnusie abyś udostępnił innym akademiom i szkołom wasze zbiory ksiąg jako rekompensatę.</p>
<p>
Magnus otworzył szeroko oczy. Więc po to wezwali ich na obrady. O to im chodziło…</p>
<p>
- Niestety ale jestem zmuszony odmówić tej prośbie. – na Sali podniósł się złowróżbny szum.</p>
<p>
- Dlaczego? – Przewodniczący był wyraźnie poirytowany odpowiedzią człowieka.</p>
<p>
- Zdobycie wielu z tych ksiąg okupione było życiem naszych przyjaciół i towarzyszy. Przekazując te księgi wam splamiłbym ich honor. – W Sali ponownie wybuchła kłótnia. Magnus jednak starał się nie słyszeć wyzwisk na swój temat.</p>
<p>
- Czy tylko tak pragniesz uargumentować swoje zdanie? – wampir aż zacisnął szczęki ze złości. Z trudem jeszcze nie dołączył do krzyczących mu towarzyszy. – czy nie będzie to czynione dla dobra wszystkich? Czyż nie wszyscy walczymy po tej samej stronie? Czyż nie celem nas wszystkich jest pokonanie Abasara?</p>
<p>
Przez chwilę Magnus milczał. Nie miał zamiaru wydawać cenne woluminy tym chciwym elfom, czy krasnoludom. Wiedział, że te księgi już nigdy nie wróciłyby do ich zbiorów. Ponadto nie darzył całego grona szczególnym zaufaniem.</p>
<p>
- Co otrzymałbym w zamian takiej transakcji?</p>
<p>
- To nie jest targ chciwy człowieku! – jeden z krasnoludów uderzył pięścią w stół – Wszyscy walczymy o przetrwanie!</p>
<p>
- Wilgard ma rację Magnusie. – przytaknął przewodniczący. – tu chodzi o wspólną sprawę.</p>
<p>
- A co z moimi przyjaciółmi którzy oddali życie za tę sprawę? Ilu z was ryzykowało przekleństwami i klątwami by zdobyć cenne wersy, które choć trochę przybliżą nas do zamierzonego celu?</p>
<p>
Grobowa cisza otoczyła całe pomieszczenie, co w znacznym stopniu ucieszyło Magnusa.</p>
<p>
- Kupowaliście księgi na targach i w bibliotekach. Uczyliście się tego co łatwo dostępne i powszechnie znane. Czy uważacie, że coś takiego jest w stanie zagrozić naszemu wrogowi? </p>
<p>
- Abasar jako wampir potrafi posługiwać się tylko magią śmierci. – Na słowa przewodniczącego ponownie wybuchł harmider. </p>
<p>
- On jest Elfem!</p>
<p>
- Bzdura, to nieumarty!</p>
<p>
- Mówiłem wam, to krasnolud.</p>
<p>
Magnus zdusił w sobie chęć ponownego wtrącania się ze swoją teorią o aniele. W tym momencie nie miało to już żadnego sensu.</p>
<p>
- Czy wyjaśniliście śmierć naszego towarzysza Luminalosa? Zginął równo siedem lat temu.</p>
<p>
- Podejrzewamy, że został zabity właśnie przez Abasara.</p>
<p>
- Kilka dni wcześniej był jeszcze w naszej kryjówce, jak więc mógł…</p>
<p>
- Możliwe, że był szpiegiem Magnusie. – Oczy człowieka otworzyły się szeroko</p>
<p>
- Słucham?</p>
<p>
- Możliwe, że donosił Abasarowi o waszych poczynaniach. Być może dalej informuje swojego pana?</p>
<p>
- Wątpię…</p>
<p>
- Skąd ta pewność?</p>
<p>
- Znalazłem jego ciało w północnej Azji rok po jego zniknięciu…</p>
<p>
W Sali ponownie zapanował gwar</p>
<p>
- Co on tam robił?!</p>
<p>
- Nie wiem… Myślałem, że dowiem się tego od was…</p>
<p>
- Magnusie ja…</p>
<p>
- To już nieistotne. Za godzinę odlatujemy. Cieszę się, że nasza wizyta uświadomiła wam nieco różnicę poziomów między nami a wami oraz między nami a nim…</p>
<p>
Mag w płaszczu i meloniku wyszedł z Sali obrad pozostawiając za sobą zgromadzenie. Wiedział, że miną długie lata nim ponownie zostanie tutaj zaproszony. Miną długie lata nim znowu zobaczą Sanktuarium…</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">407</guid><pubDate>Thu, 09 Sep 2010 21:09:52 +0000</pubDate></item><item><title>Utopia Abasara cz.2 rozdzia&#x142; 2 - Honor Kazitimira</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/389-utopia-abasara-cz2-rozdzia%C5%82-2-honor-kazitimira/</link><description><![CDATA[
<p>Uczniowie Magnusa i Kazitimira nie znali innego życia niż w siedzibie klanu Ukrytych. Ostatnie siedem lat spędzili na ciągłych treningach. Zapomnieli czym jest świat, który w przyszłości mieli bronić. Dzięki temu jednak byli odporni na zepsucie jakie towarzyszyło ludziom. Gniew, zazdrość, pycha to tylko niektóre przypadłości zrodzone przez cywilizacje, a każda styczność z tym środowiskiem rozsiewała niezgodę. Był to jeden z powodów dla których Magnus nie chciał zabierać uczniów do sanktuarium. Byli pozbawieni ludzkich uczuć. Jak na ironie jedyną istotą także pozbawioną tych uczuć był ich przyszły cel…</p>
<p>
Zeppelin mknął w górnych warstwach stratosfery. Młodzi podziwiali przez okrągłe okna białe chmury. Sterowiec zdawał się płynąć po nich jak statek po morzu. Nawet najstarszego Uriela zaciekawiło to zjawisko. Była to miła odmiana po tych wszystkich latach spędzonych w zamknięciu. </p>
<p>
Statek w końcu zaczął obniżać pułap lotu. Rozpoczęło się lądowanie. Oczom pasażerów ukazała się wyspa pełna spiczastych wież. Na samym środku wyspy stał olbrzymi stadion przypominający połączenie starożytnego Koloseum z nowoczesnym Wembley. </p>
<p>
- Byliście tu już kiedyś? – Gabriel był bardzo ciekawy tego miejsca. Cały czas rozglądał się przeskakując pomiędzy burtami statku. </p>
<p>
- Raz – odparł Uriel. – Wyjątkowo nieprzyjemne miejsce. </p>
<p>
- Dlaczego? – odpowiedź starszego kolegi zdziwiła chłopaka. – Przecież tutaj będą sami magowie.</p>
<p>
- Sam się przekonasz…</p>
<p>
Ostatnie dziesięć minut lotu uczniowie spędzili w ciszy. </p>
<p>
- Wysiadamy! – wrzasnął Kazitimir podnosząc się z fotela. Długa podróż odcisnęła się bólem na jego starym kręgosłupie. Uczniowie posłusznie zaczęli kierować się do wyjścia. Na zewnątrz powitał ich orszak elfów. Dwudziestu elfich magów ubranych we fioletowe szaty czekało na przybycie gości. Wyglądali na jakieś dwadzieścia lat. Każdy z nich miał długie blond włosy i spiczaste uszy. </p>
<p>
 - Witam was… uczniowie. – wycedził elf stojący na przedzie orszaku powitalnego. – Gdzie wasz mistrz? Czyżby nie odpowiedział na wezwanie?</p>
<p>
- Ludzie zawsze odpowiadają na wezwanie. – zawołał Magnus wychodząc z Zeppelina. Ubrany był w brązowy płaszcz i melonik. Obok niego szedł Kazitimir. Strój kozaka był całkowitym przeciwieństwem swojego przyjaciela. Ubrany był w skórzany pancerz z dwiema głowami niedźwiedzi jako naramienniki. Widok ten odrzucił elfy, zresztą nie tylko je. </p>
<p>
- Czy on zawsze musi się tak ubierać? –  spytał Samael w myślach Gabriela.</p>
<p>
- Przynajmniej wygląda groźnie – zaśmiał się.</p>
<p>
Elf przez moment mierzył wzrokiem Magnusa stojącego na przedzie. Byli tego samego wzrostu.</p>
<p>
- Zaraz zacznie się zgromadzenie. Powinniście się pośpieszyć…</p>
<p>
- Jakże fortunnie iż wyrobiliśmy się i dotarliśmy tutaj na czas. – Gabriel nie mógł pojąć dlaczego Magnus jest taki sarkastyczny. Dlaczego biła od niego aż taka niechęć do tych elfów?</p>
<p>
Zgromadzenie szkół magicznych odbywało się w okrągłej Sali na której środku stał gigantyczny stół. Prawo do zasiadania mieli jedynie mistrzowie. Rzesze uczniów stały za nimi słuchając uważnie każdego słowa. Gabriel podziwiał inne szkoły. Byli tu orcy szamani, goblińscy zaklinacze, wampirzy nekromanci i wiele innych nacji. W największy podziw wprawiała chłopaka liczba uczniów. Każdy z nauczycieli miał ich ponad piętnastu. Podczas, gdy ich było zaledwie trzech. Gabriel zaczął zastanawiać się nad sensem tych wszystkich lat nauki. Jakie miało to znaczenie w obliczu tak wielu innych?</p>
<p>
- Nie przejmuj się Gabrielu – zwrócił się do niego Magnus jakby czytając w jego myślach. – Żaden z nich nie ma z wami szans. Tylko wy jako ludzie macie szansę stać się aniołami.</p>
<p>
- Litości Magnusie! – krzyknął krasnolud siedzący najbliżej klanu Ukrytych – czy ty nadal wierzysz w tę bajeczkę o aniołach?!</p>
<p>
- Przestań karmić ich tą niesprawdzoną przepowiednią z przed wielu tysiącleci. </p>
<p>
- Tylko anioł jest w stanie pokonać innego anioła! – Magnus wstał z krzesła. Był czerwony ze złości.</p>
<p>
W Sali rozgrzmiał szyderczy śmiech.</p>
<p>
- Czy ty nadal wierzysz, że Abasar jest aniołem?! – śmiał się mistrz wampirów. – może nadal upierasz się przy tym, że jest człowiekiem?</p>
<p>
- Oczywiście, że jest człowiekiem! Tylko człowiek może być aniołem!</p>
<p>
Uczestnicy obrad śmiali się do rozpuchu słuchając  spoconego już ze złości Magnusa.  Gabriel czuł jak traci grunt pod nogami. Wszystko w co wierzył przez ostatnie siedem lat… miało okazać się kłamstwem?</p>
<p>
Do tej pory spokojny Kazitimir także wstał ze swojego krzesła. Śmiechy zdawały się ustępować. </p>
<p>
- Proponuję więc mały pojedynek! – Jego głos rozniósł się po całej Sali. Nasi uczniowie przeciwko waszym! Szkoła przeciw szkole. Moich trzech jest wart więcej niż trzystu waszych bękartów!</p>
<p>
W Sali ponownie wybuchł gwar. Mistrzowie wstawali i wygrażali się Kazitimirowi. Ten jednak tylko patrzył jak jego zagrywka powoli zbiera obfite żniwo. </p>
<p>
- Nie będzie ludzki pomiot obrażał chwalebnej szkoły imienia Romulanda Andunisa! Przyjmujemy wyzwanie!</p>
<p>
Uczniowie Kazitimira poczuli przypływ strachu. Jak mieli pokonać tylu magów pochodzących z tak elitarnych szkół i organizacji?</p>
<p>
- Szanowni Mistrzowie! – krzyczał niski gnom stojący na stole. Miał na sobie srebrną szatę prawie w całości zasłoniętą przez długą białą brodę. – Czy nie możemy najpierw skończyć obrad?</p>
<p>
- W żadnym wypadku! – Krzyczał Elfi mistrz ze szkoły imienia Romulanda Andunisa. Miał na sobie długą szatą obszytą złotymi nićmi. Na każdym jego palcu błyszczał drobny pierścionek z wysadzanym kamieniem.  – Nie pozwolę by obrażano moich pobratymców. My pierwsi opanowaliśmy dziką magię. Nasza rasa od zawsze była najpotężniejsza!</p>
<p>
W Sali ponownie rozgrzmiał konflikt. Nawet Magnus krzyczał co chwila. </p>
<p>
- Chodźmy więc na arenę! – wrzeszczał krasnolud w zielonej szacie. – Rozstrzygnijmy to raz dwa!</p>
<p>
Mistrzowie natychmiast zerwali się z miejsc. Wszyscy zaczęli biec w kierunku areny. Magnus porwał się razem z nimi. Ostatni z Sali wyszli Kazitimir z uczniami oraz gnom w srebrnej szacie.</p>
<p>
- Wy ludzie jesteście strasznie konfliktowi…</p>
<p>
- Czasem trzeba pokazać kły, żeby nie założyli ci obroży…</p>
<p>
- Jak my mamy ich pokonać?! – Gabriel nie potrafił dłużej kryć strachu. Był przerażony jak nigdy w życiu. – przecież to niemożliwe!</p>
<p>
Kazitimir nagle odwrócił się uderzając swojego ucznia otwartą dłonią w twarz. Gabriel padł na ziemie brocząc krwią z nosa.</p>
<p>
- Aż tak gardzisz moją nauką szczeniaku?! Czego nauczyłeś się przez te wszystkie lata?! Musisz być najlepszy jeśli chcesz pokonać najlepszych! Jak masz pokonać Abasara skoro boisz się garstki słabeuszy?!</p>
<p>
- Nie ty będziesz z nimi walczył… - wycedził chłopak trzymając dłonią krwawiący nos.</p>
<p>
- Stoczyłem setki pojedynków szczeniaku. Jesteście jednymi z tych szczęściarzy którzy walczyli ze mną i zostali wśród żywych. Liczba przeciwników nie ma znaczenia. Liczą się jedynie potęga i wiedza. </p>
<p>
Gabriel już nic nie odpowiedział. Słowa mistrza nie miały dla niego znaczenia. Wiedział, że nie jest w stanie wygrać…</p>
<p>
- A teraz wstawaj i pokaż co potrafią aniołowie… - Kazitimir szybkim ruchem podniósł chłopaka z ziemi. Cała czwórka ruszyła w milczeniu na arenę. Był to wielki budynek na którego widowni momentalnie zebrało się wiele tysięcy obserwatorów. Na środku areny stało prawie stu elfich magów. Znalazł się tam także Magnus.</p>
<p>
- Magnusie, wiem trochę przesadziłem ale…</p>
<p>
- Słuchajcie mnie proszę.- Przyjaciel kozaka był na powrót spokojny i łagodny. Jego głos przywodził na myśl staruszka grającego w szachy w parku. -  Skupcie się!  Pamiętajcie o tym czego się nauczyliście przez te długie lata treningu! Nie okazujcie litości tym niedorozwiniętym karykaturom prawdziwego maga!</p>
<p>
- Z przyjemnością mistrzu! – odkrzyknął mu Uriel wyraźnie zadowolony.</p>
<p>
- Świetnie moi uczniowie. Zaczynasz ty Urielu. Życzę powodzenia droga młodzieży. </p>
<p>
Gabriela nieco przerażała łatwość z jaką Magnus zmieniał ton głosu. Kazitimir także wyglądał na nieco zmieszanego.</p>
<p>
Po chwili na arenie pozostał jedynie Uriel naprzeciwko setki elfów.</p>
<p>
Pozostała dwójka usiadła na trybunie. </p>
<p>
uczniowie szkoły imienia Romulanda Andunisa głośno śmiali się ze swojego przeciwnika.</p>
<p>
- Woleli poświęcić tylko jednego? – szydził jeden z nich.</p>
<p>
- Może być trochę ciasno… </p>
<p>
- Co mówisz człowieku?</p>
<p>
Uriel zrzucił płaszcz odsłaniając tatuaże na całych rękach. Ciemna poświata zaczęła otaczać jego ciało. Wbił dłonie w piasek  będący podłożem aż do nadgarstków. </p>
<p>
- Powiedziałem, że może być trochę ciasno…</p>
<p>
Chwilę później wszystko się rozpoczęło.</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">389</guid><pubDate>Tue, 17 Aug 2010 14:40:59 +0000</pubDate></item><item><title>Utopia Abasara cz.1 rozdzia&#x142; 2 - Wezwanie do Sanktuarium</title><link>https://enklawanetwork.pl/forum/temat/386-utopia-abasara-cz1-rozdzia%C5%82-2-wezwanie-do-sanktuarium/</link><description><![CDATA[
<p>Minęło ponad siedem lat od tajemniczej śmierci Luminalosa. Wiadome jest jedynie, że zginął  kilka dni po przybyciu Gabriela, gdy wyruszył w podróż o której też nikomu nic nie powiedział.</p>
<p>
Przez siedem bitych lat młodzi magowie poznawali kolejne tajniki sztuk czarnoksięskich. Była to żmudna i często niebezpieczna nauka. Chęć zemsty jaka płonęła w sercu Gabriela pozwoliła mu nie tylko dorównać Samaelowi i Urielowi, ale także prowadzić wyrównane pojedynki z Kazitimirem. Tego dnia miał miejsce kolejny.  Jak przed latami naprzeciwko siebie stanęli Gabriel  z mistrzem Kazitimirem. Chłopak wyraźnie zmężniał przez te siedem lat. Nadal miał długie kasztanowe włosy, jednak jego twarz straciła młodzieńczy wyraz.  Wokół szyi i Głowy owinięty miał cienki materiał formujący się w kaptur i schodzący aż na plecy tworząc pelerynę. Kazitimir z kolei nie zmienił się w ogóle. Nadal nosił pas z głową wiewiórki na środku. Na czas pojedynku także nałożył grube skurzane rękawice oraz luźną, lnianą koszulę o słomianym kolorze.  </p>
<p>
- Nie będę cię oszczędzał dzieciaku! – wrzasnął kozak opierając o lewe ramie topór tak wielki, jakby był wykuwany z myślą o jakimś wielkoludzie a nie człowieku. Jego ciężar zdawał się jednak nie przeszkadzać magowi ze wschodu. </p>
<p>
- Miałem powiedzieć to samo mistrzu! – odgryzł się Gabriel delikatnie wymachując kataną. </p>
<p>
Kazitimir zrobił pierwszy ruch. Zaczął biec nadal trzymając topór na ramieniu. W jego prawej dłoni rozbłysło światło.</p>
<p>
- Znam to mistrzu! – wrzasnął chłopak unosząc katanę do góry. Wokół jej ostrza zaczął gromadzić się wiatr. Po chwili także biegł na swojego nauczyciela. – Nie nabierzesz mnie czymś takim!</p>
<p>
Gdy byli prawie metr od siebie, Kazitimir wbił błyszczącą od iskier dłoń w podłogę. Jednocześnie machnął toporem tuż nad swoją głową nie pozwalając podejść uczniowi bliżej. Wokół Gabriela wystrzeliły wiązki elektryczne. Zastygłe pioruny uformowały klatkę wokół swojego celu. </p>
<p>
- Lekcja numer jeden – zaczął stary kozak. Na usta wpełzł mu obrzydliwy uśmiech </p>
<p>
- Nie wierz swoim oczom – wycedził przez zęby więzień.</p>
<p>
Gabriel nie zamierzał się poddać. Chwycił katanę przygotowując się do ataku. Błękitne napisy zabłyszczały na klindze.</p>
<p>
- Rozwiązanie! – Krzyknął.  Potężna energia zgromadzona w mieczu uderzyła w wiezienie z piorunów. Przyszły anioł przeciął wszystkie pręty robiąc piruet. Nim jednak skończył już musiał robić unik przed ciosem toporu z góry. Broń przebiła się przez całą podłogę odrywając całe kamienie.</p>
<p>
- Lekcja numer dwa mistrzu – Gabriel wstał wyraźnie zadowolony z przebiegu walki. – Zanim ty zamachniesz się mieczem, ja rzucę w ciebie sztyletem, pamiętasz te słowa?</p>
<p>
- Jakże bym mógł zapomnieć słów tak szlachetnego arcymaga? </p>
<p>
- Wcale nie szlachetnego! – krzyczał z trybuny Uriel.</p>
<p>
Kazitimir rzucił mu spojrzenie tak przepełnione nienawiścią, że Białowłosy uczeń skulił się. Nagle kozak zaczął kreślić ręką koło w powietrzu. W tym samym miejscu pojawiła się czarna chmura burzowa. Dudnienie grzmotów wprawiało mury budynku w drżenie. Kawałki roztrzaskanej podłogi zaczęły unosić się w powietrze.  Chmura zaczęła atakować Gabriela wyładowaniami atmosferycznymi. Kolejne pioruny uderzały w miejsca gdzie jeszcze sekundy temu stał uczeń. Gabriel z łatwością wykonywał salta i przewroty unikając ataków. Lata ciężkiego treningu fizycznego przynosiły efekty.  W tym samym czasie kozak ponownie zerwał się do ataku. Chłopak wbił katanę w ziemię i złączył ręce jakby się modlił.</p>
<p>
Proszę o tarcze szlachetne duchy, pomyślał</p>
<p>
Wokół niego rozpostarła się bariera której nie były w stanie sforsować ani kolejne uderzenia pioruna ani ogromny topór Kazitimira. Stary mag odskoczył do tyłu. Uniósł ręce ku górze i rozpoczął inkantację. </p>
<p>
- Valkiria matere. Corpus AT Corpus. Nihilis AT homine. In nomine Valkiria rex! </p>
<p>
Naokoło Kazitimira zaczęły krążyć linie światła które następnie  powędrowały prosto do jego dłoni. Mięśnie miał napięte jak postronki by utrzymać tę groźną i niebezpieczną siłę. Cisnął uformowaną kulą w kierunku Gabriela. Światło zaczęło napierać na barierę. Gabriel oparł się o barierę. Ze wszystkich sił starał się utrzymać swoją zasłonę. W końcu jednak zaklęcie mistrza przedarło się. Wybuch spowodowany rozerwaniem bariery rzucił Gabrielem o ścianę.</p>
<p>
- Nie bądź taki pewny siebie dzieciaku. – Kazitimir dyszał ze zmęczenia. W ciągu tych kilku lat jego uczniowie zrobili zadziwiające postępy. Już niedługo nie będzie w stanie wygrać z nimi w pojedynku. </p>
<p>
- Dlaczego bariera pękła?! – Gabriel był bardziej wściekły na fakt, że jego zaklęcie nie podziałało niż to, że przegrał pojedynek.</p>
<p>
- Jesteś po prostu słabszy ode mnie. Siła zaklęcia zależy od siły maga. Zawsze musisz brać to pod uwagę</p>
<p>
- Próbuję…</p>
<p>
- Siła maga rośnie wraz z jego wiedzą i umiejętnościami. Ale o tym już dawno wiesz prawda?</p>
<p>
Uczeń ukłonił się mistrzowi ostatecznie przyjmując swoją lekcję i porażkę. </p>
<p>
Do Sali treningowej wbiegł Magnus. Miał na sobie długi brązowy płaszcz z porozpinanymi guzikami. Do pasa miał przyczepioną „Szabier” swoją ukochaną broń białą. Była to długa szabla zdobiona kamieniami szlachetnymi i runami. O potędze tego oręża krążyła już niejedna legenda.</p>
<p>
- Jedziemy do Sanktuarium!</p>
<p>
Kazitimir nagle posmutniał.  Gabriel nie wiedział jednak w czym rzecz. Nagle usłyszał w głowie głos Samaela.</p>
<p>
To zgromadzenie magów wszystkich ras i wszystkich klanów. Celem istnienia Sanktuarium jest zabicie Abasara. Magnus opowiadał mi o tym miejscu nie szczędząc przekleństw na członków rady…</p>
<p>
Gabriel cieszył się, że jego przyjaciel pomagał mu, jednak czuł się nieswojo słysząc  jego głos w swojej głowie.</p>
<p>
- Kiedy wyruszamy? – Uriel jako jedyny czuł podekscytowanie związane z nową sytuacją.</p>
<p>
- Zeppelin przyleci po nas wieczorem. Nie pakujcie się. Wszystko będzie na miejscu.</p>
<p>
- Po co nas wezwali? – Kazitimir wyglądał na naprawdę rozgniewanego nową wiadomością.</p>
<p>
- Nie wiem. Nie chcieli ujawnić powodów. Powiedzieli tylko, że mamy zabrać wszystkich uczniów… </p>
<p>
Magnus spojrzał na najmłodszą trójkę magów w pomieszczeniu. Czego mogli od nich chcieć?</p>
<p>
Kozak puścił przyjacielowi porozumiewawcze spojrzenie. </p>
<p>
- Słyszeliście szczeniaki? Za godzinę macie być gotowi do wylotu!</p>
<p>
Troje młodych magów wybiegło z areny zostawiając swoich mistrzów samych.</p>
<p>
- W Zeppelinie będziesz musiał mi wszystko opowiedzieć Magnusie…</p>
]]></description><guid isPermaLink="false">386</guid><pubDate>Thu, 12 Aug 2010 10:08:43 +0000</pubDate></item></channel></rss>
