Jump to content

Rafian

Members
  • Posts

    12
  • Joined

  • Last visited

About Rafian

  • Birthday 09/10/1992

Rafian's Achievements

Newbie

Newbie (1/14)

0

Reputation

  1. Dzięki za wytknięcie błędów Tego się właśnie spodziewam więc nie masz co przepraszać Ale teraz takie małe sprostowanie. Nie po jednym piwie. Wyraźnie pisze że zamówił kilka. Jedno wypił na miejscu a "Pozostałe pięć" wziął ze sobą do pokoju. Następnie je tam skonsumował Po marnej produkcji bimbrze każdy miałby przynajmniej lekkie uczucie kaca Co do ochroniarza karawany i jego wypasionego Magnum. Sytuacja opisana w rozdziale 1 rozgrywa się 5 lat po tym jak wyrzucono Maxa z wioski. Coś się do tego czasu działo, przeżył już pewnie parę, że tak powiem, akcji i przygód. Niektóre z nich w znacznym stopniu go zmieniły i nie jest już wcale takim młodzikiem. Nabył pewnego doświadczenia w rozmowach z ludźmi. Wie że w tym świecie nie może pokazać po sobie emocji, że nie może dać się zastraszyć byle jakiemu szefuniowi karawany z zaścianka. Przecież ludzie tam nie mają dostępu nawet do pierwszego solidnego miasta Co się działo przez te 5 lat miałem zamiar przedstawić w formie Pamiętników Maxa, na początku każdego z rozdziałów lub podczas jego rozmów z przyjaciółmi. Może to nie zbyt dobry pomysł ale jakoś mi się spodobał. Tak więc mam zamiar co nieco napisać o tym jak wkręcił się do karawan i zdobyły swoją pukawkę przedstawić jego rozterki i problemy emocjonalne Gdy rozliczał się z Bobem wykorzystał sytuacje że w danej chwili nikt nie miał jak mu pomóc. A że Bob to rozsądny człowiek wolał dać mu te 20 $ więcej niż ryzykować postrzał od którego najprawdopodobniej by umarł. A jeśli o Louisa chodzi. Owszem nienawidzi najemników. Najemnicy szukają roboty gdzie popadnie, robią co im się trafi i nie przejmują się tym że mogą kogoś przy tym zabić. Louis za to został strażnikiem w mieście. Stara się pomagać i chronić ludzi w Green Wood. Nie polubił jeszcze wcale Maxa. Na pierwszy rzut oka po prostu mu się spodobał. Ale nie jest do niego przekonany ponieważ ten szukał roboty, wyglądając przy tym na pospolitego najemnika. Chciałem go przedstawić jako człowieka twardego ale także charyzmatycznego i czasami przez swoją twardość aż śmiesznego Wiem że mogłem to wszystko przedstawić niekoniecznie tak jak chciałem, i niektórzy mogą to zrozumieć zupełnie inaczej. Ale jak mówiłem doświadczenia w pisaniu jeszcze brak na przyszłość postaram się pisać bardziej dokładnie Zgodzę się jeśli chodzi o wiadra wody Gdybym w świecie Fallouta coś takiego zobaczył, chyba zjadł bym gościa żywcem xD "Po dziurki w nosie" Postatam się większą wagę przykładać do języka. Nie powiem, brzmi to trochę zabawnie w ustach ochroniarza karawany Postaram się poprawić swoje błędy w przyszłości. Dzięki za ich wytknięcie. Pozdro !
  2. Życie na pustkowiach nigdy nie było łatwe, zabójcze zwierzęta, mutanty, bestie, mordercy, rabusie, bandyci i wszelkie najróżniejsze plugastwo jakie tylko można sobie wyobrazić. Lecz mimo to ludzie z uporem idą przed siebie, przezwyciężają wszystkie przeciwności jakie los stawia im na drodze, dążą do wyznaczonego sobie celu. Dla jednych to walka o coś więcej, dla innych próba podjęcia spokojnego życia, a dla jeszcze innych po prostu przetrwanie każdej następnej godziny, dnia, tygodnia czy miesiąca. Gdy zastanawiam się nad tym z którą z tych grup mam najwięcej wspólnego dochodzę do wniosków że zaliczam się do tej ostatniej. Żadnych planów na przyszłość, żadnego stałego zajęcia, żadnego domu ani rodziny, nie mam nic. Zależy mi jedynie na tym aby nie umrzeć z głodu, nie szukam przyjaciół, nigdzie nie zatrzymuje się na dłużej więc prawie z nikim nic mnie nie łączy i mało kto mnie pamięta. Co mam z życia ? Dlaczego warto żyć ? Dla kogo ? Po co to wszystko ? Nieraz już myślałem nad tym aby strzelić sobie w łeb, lecz nigdy nie mogłem tego zrobić, jakby coś trzymało mnie na tym świecie, coś ważnego. Mimo tego że wiele razy znajdowałem się w sytuacjach w których groziła mi śmierć zawsze wychodziłem z nich cało. Żadna ze śmigających nad głową kul nie dosięgła celu, żaden cios nie był śmiertelny. Nic nie zakończyło mojego istnienia. Może jeszcze nadejdą czasy gdy wszystko się zmieni ? Ciągle pocieszam się tą myślą. Bo dla takich czasów właśnie warto było by żyć, nie wiem co mnie czeka i jeszcze wszystko może się zdarzyć. Z pamiętnika Maxa. Rozdział 1 : A zaczęło sie w Green Wood Podczas przemierzania pustkowi odwiedziłem kilka mniejszych i większych wiosek w poszukiwaniu okazji na jakiś łatwy zarobek, w niedługim czasie jednak marzenia o lepszym życiu, miłości i bogactwach zmieniły się diametralnie i jedyną ideą przyświecającą mojemu istnieniu było mieć te parę groszy na następny dzień. Podczas swoich podróży zacząłem zatrudniać się jako strażnik przy karawanach. Miałem cholerne szczęście że nie zarobiłem wtedy kulki. Jedynym plusem z tej roboty było to że nauczyłem się tam dość dobrze strzelać, pieniędzy z tego nie nazwał bym jednak jakimś majątkiem, było ich tak mało że ledwo starczało na codzienne żarcie. Jeśli nie byłem na szlaku, samotnie przemierzałem pustynie w poszukiwaniu schronów i baz wojskowych sprzed wojny, bardziej obeznanym ze światem ludziom wiadomo było że można na tym zarobić coś większego. Nigdy jednak nie dopisało mi szczęście. Trafiłem jedynie na kilka małych schronów i nawet jakąś Kryptę ale te już dawno zostały doszczętnie zrabowane. Parszywe szczęście. Od czasu wygnania z Creek Town minęło całe 5 lat i już niewiele myślałem o rozegranych tam wydarzeniach. A przynajmniej się starałem, bo jaki człowiek mógłby po prostu o tym zapomnieć ? Wędrowałem tak do teraz próbując za dużo nie myśleć. Zmieniłem się nie do poznania. Przynajmniej według własnych spostrzeżeń. Krótkie kruczoczarne włosy jakie wtedy nosiłem przerodziły się w długie, i opadały mi na ramiona luźnymi warstwami. Czasami, aby mi nie przeszkadzały zwykłem związywać je z tyłu głowy. Moja skóra dzięki ciągłemu przebywaniu na palącym słońcu nabrała ciemnego brązowego odcienia, charakterystycznego dla ludzi często podróżujących. Byłem też znacznie bardziej umięśniony, ciało nabrało muskulatury i siły przez częste treningi i ciężki tryb życia człowieka zmuszonego do walki o przetrwanie. Po ranach zadanych w Creek Town nie było już śladu, blizny na piersi i plecach zakrywała koszula i nałożony na nią skórzany pancerz. Widoczna była jedynie ta pozostała po rozcięciu łuku brwiowego. Ogólnie mówiąc jakoś się trzymałem i dawałem radę przetrwać przez cały ten czas. Wielu ludzi jakich spotkałem wiodło znacznie gorsze życie. Dzięki zatrzymywaniu się w miastach i wioskach i zarobionym pieniądzom stać mnie było na nocleg i jedzenie. Niektórzy nie mieli nawet tego i musieli jakoś sobie radzić. Musiałem przerwać swoje rozmyślania nad sobą i minionymi czasami bo nareszcie, po wielu dniach podróży z karawaną, dotarłem do mojego następnego celu. Przede mną rozpościerała się właśnie mała wioska o wdzięcznej nazwie Green Wood. Kilkadziesiąt baraków z blachy wybudowanych na ruinach przedwojennego miasta, nic specjalnego, częsty widok na spustoszonej wojną atomową pustyni. Na pierwszy rzut oka miejscowość nie prezentowała się zbyt dobrze. Dookoła panował syf i nieład, wszystko walało się po okolicy. Jakieś stare nie nadające się do użytku opony z prawej i śmierdząca kupa śmieci z lewej. Obraz tego całego osiedla nie wyróżniał się praktycznie niczym spośród wielu podobnych jakie spotkałem po drodze. Jedynym charakterystycznym elementem otoczenia byli chodzący gdzieniegdzie strażnicy, a to rzadko można było zaobserwować w takich dziurach jak ta. Kiedy wraz z pozostałymi członkami karawany zmierzałem na plac handlowy nie zapowiadało się tu na nic specjalnego. - Znowu kurwa jakaś zapadła dziura. Powoli po dziurki w nosie mam roboty w karawanach -Odezwał się jeden ze strażników towarzyszących karawanie przez całą drogę- -Racja ! -Potwierdził inny- Czemu ten chuj nie może pójść handlować do Bend ? Na moją głowę zakosił by tam o wiele więcej szmalu ! -Taaa i z tego co słyszałem burdelik mają tam całkiem, całkiem. Było powszechnie wiadomo że Bend jest największym miastem w okolicy, i każdy chciałby się tam znaleźć. Problem było jedynie dostanie się tam. Miasto było oddalone jakieś 500 kilometrów od wiosek i miasteczek w okolicy. Po drodze ciągnęły się jedynie pustkowia, głównie pozostałości po przedwojennym parku narodowym. Lecz to nie był jedyny powód dla którego handlarze i rozsądni ludzie nie zapuszczali się tak daleko. Całe te tereny były także pełne bandytów którzy mieli tam swoje siedziby, a z nimi nikt nie chciał zadzierać. Kłócący się strażnicy doszli po chwili do takich właśnie wniosków i zaczeli smętnie kiwać głowami. Musiałem znaleźć szefa karawany, owego chuja wspomnianego przed chwilą, i odebrać od niego zapłatę za robotę. Gdy karawana stanęła i ludzie zaczęli rozkładać namioty rozejrzałem się dookoła wypatrując czy już przypadkiem się nie zwinął. A niech by tylko skurwiel próbował mnie orżnąć i zwiać z pieniędzmi. Idąc pomiędzy zardzewiałymi barakami, napotykałem przestraszony wzrok tutejszych mieszkańców jacy zbiegali się aby jako pierwsi zakupić mało dostępne rzeczy. Magnum 44 dyndając sobie spokojnie w kaburze, podczepionej przy udzie do nogawki mojego Skurzanego Pancerza dodawał pewności moim krokom. Bob stał na ganku jednego z baraków, obok wozów karawanowych i kilku Brahminów. - Aaaa Max tu jesteś ! Masz tu swoją kasę i spierdalaj darmozjadzie sprzed moich oczu. Nawet się kurwa nie musieliście napracować podczas drogi. Za co ja wam ludzie płacę do cholery ? -Podniósł ze stolika obok pęk banknotów związanych gumką- - Zatrudniłeś mnie w razie gdyby kilku rabusiów wzięło sobie na cel twoją dupę Bob. Nie moja wina że żadni się nie pokazali. A to w końcu i tak chyba dobrze bo niewiadomo czy zdołalibyśmy ich powstrzymać. - Może i masz rację. -Zaczął szukać czegoś po kieszeniach i po chwili wręczył mi banknoty. Natychmiast po tym zaczął szybko odchodzić- - Bob… - Tak ? - Gdzie ci tak śpieszno ? - Wiesz Max nie chce tracić czasu w tej wiosce. Przehandluję co trzeba i zmywam się dalej. - Nie poczekasz aż przeliczę ? - No co ty Max ? Masz mnie za oszusta czy co ? Jest tyle o i ilu była mowa. Standardowa stawka. - Czekaj ! -Przeliczyłem powoli wszystkie banknoty- - Tu jest 80 $. Miało być 100 $. Próbujesz sobie zaoszczędzić ? - Ejjj no wiesz… Standardowa stawka minus 20 $. Chłopie nie napracowałeś się w końcu. - Masz mnie za debila ? Umawialiśmy się na 100 $. Dasz mi pełną sumę czy mam ją wziąć sam ? -Gdy to mówiłem dla lepszego efektu przesunąłem ręka w pobliże rękojeści mojego Magnum- - Spokojnie ! Jakoś się przecież dogadamy ! - To na pewno, dawaj kasę albo to się za dobrze nie skończy. Dla ciebie oczywiście. - Za pomniałeś o reszcie chłopaków. - Jeden z twoich chłopców właśnie im płaci, spójrz. -Wskazałem ręką na gościa biegającego między strażnikami- Nie pomogą ci. - Są jeszcze strażnicy miejscy. - Nie zorientują się do czasu aż… Jesteś pewny że chcesz ryzykować ? -Bob rozejrzał się niepewnie dookoła- - Dobra, dobra, Max spokojnie. Nie warto marnować kul dla 20 $. Trzymaj. -Wyciągnął z kieszeni kilka następnych banknotów- - Dobrze robić z tobą interesy Bob. - Z tobą też Max. Ale mam nadzieję że już się więcej nie spotkamy. - Pożyjemy zobaczymy. Nawet zwykłej zapłaty niemożna normalnie odebrać. Wszyscy i wszędzie zawsze chcą cię orżnąć. Bob nie był wyjątkiem, był dupkiem i miernym oszustem ale na szczęście w miarę rozsądnym, na szczęście dla niego oczywiście. Po załatwieniu całej tej sprawy z należnościami oddaliłem się od niego i wozów karawanowych. Tarcza słoneczna schodziła coraz niżej i już powoli chowała się za horyzontem. Trzeba mi było znaleźć jakiś nocleg, jutro się tu rozejrzę za jakąś robotą. Jeden z miejscowych zapytany o hotel skierował mnie do budynku nieco większego od wszystkich, tutejszej noclegowni. Ruszyłem tam od razu. Noclegownia była także miejscowym barem. Kilka stolików i krzeseł ustawionych naprzeciwko czegoś co służyło za ladę. W rogu przy przejściu do pokoi stał prowizoryczny bimbrownik, produkujący zapewne jakieś miejscowe szczyny. Zamówiłem kilka piw i pokój na noc. Co do piwa miałem rację, miejscowe szczyny, na dodatek gorsze niż myślałem. No ale czego tu wymagać od takiej dziury jak Green Wood. Natomiast wszystko było bardzo tanie, cena proporcjonalna do jakości, wykrzywiłem się w uśmiechu zasiadając przy stoliku i popijając otwarte piwo. W kieszeni została mi jeszcze zarobiona stówa, idzie przeżyć jakiś czas za taką sumkę. Ale z doświadczenia wiedziałem, że zanim forsa się skończy, warto rozejrzeć się za następną robotą. Na jedzenie w tym miejscu nie mogłem liczyć więc zadowoliłem się kawałkami suszonego mięsa jakie zostały z podróży w moim plecaku. Suszone mięso było zadziwiająco wytrzymałe i nadawało się do jedzenia nawet po kilku tygodniach. Skończyłem piwo, zabrałem pozostałe pięć do plecaka i udałem się do pokoju. Oczywiście nie można było nazwać tego mianem pokoju, łóżko i mały stolik ustawione na gołej ziemi. Wolałem nie myśleć o zarobaczywionym kocu którym w nocy będę musiał się przykryć. Gdy skończyło mi się piwo zasnąłem jednak zadziwiająco szybko i bez przeszkód. Nie przeszkadzała mi nawet zarobaczywiona kołdra, w której jak przez chwilę mi się zdawało, coś sie poruszało. I nie były to moje nogi... Wstałem gdy słońce było już wysoko na niebie. Pobudka nie była zbyt wesoła, męczył mnie lekki kac po marnej produkcji bimbrze, na dodatek śmierdziałem jak cholera i cały się kleiłem. Całkiem wkurwiło mnie to że coś mnie musiało także pogryźć. W końcu podczas podróży się nie myłem, nie było jak z wiadomych powodów. Od kiedy to będzie ? Jakoś z tydzień. Mam nadzieję że znajdę tu studnie. Studnia znajdowała się na obrzeżu wioski, wylałem na siebie kilka wiader zimnej wody i wyszorowałem się dokładnie, wprawdzie bez użycia mydła czy tym podobnych środków ale kogo było na to stać ? Mam nadzieję że woda nie jest tu skażona bo niewesoło było by świecić jak latarnia w Bend. Nigdy tam nie byłem, ale słyszałem że mają tam zajebiście świecące latarnie. Koło studni znalazłem jeszcze kilka wiader, nalałem do dwóch z nich wody i zabrałem ze sobą do pokoju. Gdy szedłem w samych gatkach przez środek wioski ludzie dziwnie mi się przyglądali. W końcu, trochę zmęczony, postawiłem wiadra przy łóżku. Musiałem wyprać jeszcze ciuchy, inaczej na nic by się zdało moje mycie. Gdy w końcu wyszedłem na zewnątrz, w jeszcze mokrych rzeczach, czułem się odświeżony jak nigdy. Przed wyjściem nałożyłem na siebie oczywiście swój Skórzany Pancerz i przymocowałem Magnum na swoje miejsce. Było już grubo po południu ale za to teraz bez przeszkód mogłem rozejrzeć się za jakąś robotą. Musiałem znaleźć kogoś z małą sumką do wydania. Na nic by mi się zdało pracowanie dla biedaka bez grosza przy duszy. Chodząc tak i rozglądając się przy jednym z baraków zauważyłem faceta wyglądającego na twardziela, wyróżniał się, i nie wydawał się być miejscowym. Na jego rękach i twarzy dało się zauważyć kilka sporych rozmiarów blizn, jego Skurzany Pancerz w niektórych miejscach znaczył nie domyte jeszcze ślady krwi. Przy pasie nosił duży nóż a przez plecy miał przewieszony karabin myśliwski. Z tego co widziałem o broni był to Colt Rangemaster, sam zawsze chciałem takiego mieć. Ten osobnik wyglądał na kogoś kto przeżył już nie jedną akcję. Musiałem z nim pogadać. Zauważył mnie gdy się zbliżałem, przebiegł mnie wzrokiem na chwilę zawieszając oko na moim pistolecie. Jego oczy badały mnie przenikliwie, zastanawiał się z kim może mieć do czynienia. Kiedy stanąłem obok niego spluną obok siebie i przewiercił mnie wzrokiem czekając aż coś powiem. -Witam. -W reakcji na moje powitanie prychnął pogardliwie- - Czego tutaj najemniku ? - Nie jestem najemnikiem. - Widziałem jak żeś przybył z karawaną Boba, widziałem też jak ci płacił. A powiem od razu że nie lubię najemników. - Powtórzę jeszcze raz. Nie jestem najemnikiem. - Jeśli myślisz że trafiłeś na jakiegoś głupka to żeś się pomylił człowieku. Ze stu metrów bym poznał kim jesteś. Wracaj lepiej skąd przyszedłeś i nie zawracaj mi dupy. - Tym razem źle widzisz. Nie jestem żadnym najemnikiem. Ale tak, Bob mi płacił, każdy musi jakoś zarabiać na żarcie a ochranianie karawan to zajęcie dobre jak każde inne. - A więc masz się za jakiegoś ochroniarza ta ? A kim się ktoś taki różni od zwykłego najemnika ? - Na przykład tym że nie zabija za pieniądze i nie kradnie tego co mu się spodoba. - A więc masz się za jakiegoś ochroniarza i to porządnisia w dodatku ? Już ja widziałem takich jak ty. - Myśl sobie o mnie co ci się podoba, może jestem najemnikiem, może mordercą, może gwałcicielem, a może nikim szczególnym. Kimś kto nie wyróżnia się z tłumu. Nie przyszedłem tu wysłuchiwać tego wszystkiego. Wyglądasz na kogoś kto wie to i owo a ja mam parę pytań. Pierwsze z nich brzmi czy nie wiesz o jakiejś robocie w okolicy ? Zostaje tu kilka dni. - Przyłazisz tu i pytasz o robotę, mówisz przy tym że nie jesteś najemnikiem ? Jedno wyklucza drugie nie sądzisz ? -Przerwał na chwilę- Ale masz cholerną racje. Nie interesuje mnie kim jesteś. Z pewnością nie moją starą. I masz szczęście. Bo bym Ci z miejsca zajebał. Obyś tylko nie narobił tu burdelu. Jeśli zebrało by Ci się na strzelanie do ludzi to ja i pozostali strażnicy skopiemy ci dupsko ? Zrozumiałeś ? - Zrozumiałem. To jak z tą robotą ? Jest tu coś w czym mogę się przydać ? - Gadasz jak prawdziwy chłop, prosto z mostu, zaczynasz mi się podobać. Powiedz mi gdzie gość ze spluwą nie jest potrzebny ? Umiesz się chociaż posługiwać tym co ci dynda przy nodze ? Wyglądasz na takiego który umie ale jak chcesz robotę to musze się upewnić. - Trochę się strzelało tu i tam. - W takim razie panie ochroniarzu, tak się składa że się tu przydasz. Interesuje cie fucha strażnika ? Ostatnio nasiliły się ataki bandytów i przyda się każdy kto umie się posługiwać bronią. I nie strzeli se przy tym w stopę. - Podejrzewam że nic lepszego tu nie znajdę. Ile płacisz ? - Nie ja. Radca tej wioski płaci mnie i kilku chłopakom za ochronę. Mogę zamienić z nim dwa słowa w twoim imieniu. - Każda robota dobra. W porządku. - Do jutra dam ci znać czy się zgodził i ile dostaniesz. Jak mam cię nazywać ? - Jestem Max. Jakbym cię szukał o kogo mam pytać ? - O Louisa. Przeważnie kręcę się po okolicy, nieraz jestem na patrolu z chłopakami. Zatrzymałeś się u Deana ? - U kogo ? - W noclegowni u Deana. - Tak. - Jak będę coś wiedział przekaże mu wiadomość dla ciebie. Do tego czasu się pilnuj. - Nie ma problemu. Do zobaczenia. Louis mimo swojego twardego i burzliwego charakteru wydawał się porządnym chłopiskiem, który w razie czego potrafił zadbać o siebie i innych. Ciekawe dlaczego tak nie lubił najemników ? Owszem wiadomo że nikt zbytnio za nimi nie przepada ale on zachowuje się jakby miał do nich jakiś osobisty uraz. Musiałem wykombinować sobie jakieś zajęcie do czasu aż dostane od niego wiadomość. Ale co można robić w takim miejscu ? Pierwszą moją myślą było napicie się piwa, lecz gdy przypomniałem sobie smak tutejszego napitku zaczęło mnie kręcić w brzuchu. O mało nie puściłem pawia na murek o który się właśnie oparłem...
  3. Witam i dzień dobry Od niedawna znalazłem się na tym portalu i witam całą ekipę jaka tworzy tą wspaniałą społeczność Trafiłem tu przez swoje rodzaju poszukiwania wiedzy ukrytej w opowiadaniach Znalazłem twórczość Karpika która niezmiernie mi się spodobało i teraz penetrują ją moje gałki oczne Sam mam plany coś napisać i po udzielać się na forum. Głównie w dziale twórczość. Mam nadzieję że będzie miło i przyjemnie. Pozdrawiam! Konrad.
  4. Hmm. Miał to być sam początek. Taki krótki wstępniak. I tak wyszło tego więcej niż na początku planowałem więc musiałem trochę streścić niektóre rzeczy. A co robił i kogo poznał może się kiedyś wyjaśni Na razie jestem w trakcie przepisywania, ale jeszcze dzisiaj powinno pojawić się coś nowego Dzięki wielkie za przeczytanie
  5. Kiedyś grając w pierwsze dwie części serii Fallout nakręciłem się na klimaty post-apo i zacząłem pisać historyjkę. Parę pomysłów zaświtało mi w głowie i postanowiłem zacząć przelewać je na papier. Pisanie zaczęło się na lekcjach matematyki, nudnych jak jasna cholera I trwało przez jakiś czas. Niestety nigdy w całości nie zrealizowałem swojego planu. Teraz dzięki Superkarpikowi postanowiłem wreszcie się za to zabrać. Wyszperałem w szafie zakurzony zeszyt i zacząłem przepisywać wszystko na mojego wiernego PC Jest tego trochę więc przeredagowanie i przepisanie trochę zajmie, ale postaram się wrzucać co jakiś czas po kawałku. Z pisaniem nigdy nie miałem wiele do czynienia więc proszę o wyrozumiałość Oczywiście liczę na cenne uwagi, rady i wytykanie błędów przez użytkowników portalu Całość jest jeszcze dość luźna więc w niektóre miejsca mogę wrzucić jakieś miejsca czy historie, jakby ktoś miał co do nich jakieś pomysły proszę niech się odezwie. Ostrzegam o dużej liczbie wulgaryzmów, krwi i przemocy. Świat pustkowi jest światem brutalnym i wszystkiego nie da się przedstawić za pomocą kwiecistego języka Mam nadzieję że się komuś spodoba …Wasteland : Historia z Pustkowia… Kolejny dzień, kolejna karawana, dość już kurwa mam swojego własnego życia. Życia ? Jeśli się nad tym zastanowić nie mógł bym tak tego nazwać. Nieznośna parodia ludzkiej egzystencji. Bardziej już upodobniłem się chyba do zwierzęcia, wykonującego ciągle te same czynności, ciągła walka o przetrwanie, pierdolony instynkt, dążenie do przeżycia każdego kolejnego dnia, oto z czego się wszystko składa. A i tak w każdej chwili można zarobić kulkę. Celem mojego życia jest trafić do piachu, dosłownie, jeśli by to wszystko przeanalizować, wnioski były by właśnie takie proste, trafić do pierdolonego piachu. Na co to wszystko ? Po co się męczyć ? Nie lepiej od razu strzelić sobie w łeb ? Rozglądam się dookoła i co widzę ? Gówno, jedno wielkie gówno, pięciu ludzi i kilka dwugłowych mutantów ciągnących wozy na tle pieprzonej pustyni i zdewastowanych ruin. Jebana karawana. Ile można oglądać ciągle ten sam widok ? Kiedy tak patrzę na Magnum 44 wiszący u mojego boku mam ochotę wyciągnąć go z kabury, odbezpieczyć i włożyć lufę do ust. Może chwila bólu, huk, rozbryzg krwi i uderzenie o ziemię. Jakie to by było proste. Trup nawet specjalnie nie wyróżniał by się na tle ruin, po jakimś czasie zostanie tylko szkielet który i tak przysypie piach. I kto by się tym przejął ? Kto by o mnie pamiętał ? Z pamiętnika Maxa. Prolog : Nazywam się Max, niektórzy zwykli mnie nazywać „Stone”, Max „Stone”, nie pamiętam dokładnie skąd wzięła się ta ksywa. Ktoś chyba tak do mnie krzykną podczas jednej z bójek w rodzinnym „mieście”. Tego dnia, który najbardziej z wszystkich utkwił mi w pamięci, rozkręciliśmy jedną z naszych częstych walk na pięści. Po tamtym, różniącym się od innych spokojnych dni popołudniu tak już zostało. Niby bójka jak każda inna, tyle że skończyła się zupełnie inaczej niż ktokolwiek przewidywał. Nie było zwyczajowych śmiechów i gratulacji, nikt nie wrócił do swoich zajęć, nie było nic, tylko długa wwiercająca się w moją czaszkę cisza i szum popołudniowego wiatru. Miałem wtedy jakieś 18 lat i nie wiele wiedziałem o życiu. Zachowywałem się jak każdy innym nastolatek. Dążenie do pozycji w grupie i takie tam sprawy. Podczas owej bójki padł po prostu o jeden cios za dużo. Gdy głowa kolegi z drugiego gangu, jak zwykliśmy się nazywać, odbiła się od mojego kolana nic już nie mogłem poradzić. Jakby w zwolnionym tempie obserwowałem gdy się przewracał i uderzał o jeden z kamieni stojących na skraju drogi. Dopiero po chwili gdy do moich uszu dobiegł charakterystyczny trzask zorientowałem się co się stało. Stałem jak słup wpatrując się w leżącego sztywnego kolegę, zza którego czaski wyciekała strużka krwi. To w tedy, w ten dzień po raz pierwszy zabiłem człowieka. Wydarzenia jakie nastąpiły po tym docierają do mnie przez mgłę, mimo to pamiętam je jakby wszystko stało się zaledwie wczoraj. Gdy oniemieli mieszkańcy zorientowali się co się stało, natychmiast podbiegli do zwłok, i oczywiście do mnie. Skopali mnie i zmaltretowali jak nigdy w życiu. Podczas gdy mnie tłukli i tarzali moim ciałem z jednego końca ulicy na drugi słyszałem przebijające się przez jazgot tłumu płacz, krzyki i jęki. - Zabił go ! - Morderca ! Morderca ! - Moje dziecko ! O boże ! Boże ! Mój synek ! Krzyczeli i krzyczeli, bili i bili, kopali i poniewierali aż w końcu straciłem przytomność. Pamiętam że obudziłem się w nocy, związany i pobity w piwnicy jednego z domów ważniejszego mieszkańca miasteczka. Czułem się okropnie, bolało mnie wszystko i nie mogłem się poruszyć. W pierwszej chwili nie wiedziałem nawet co do końca się stało. Tak, tak, chyba go zabiłem, przez przypadek, przez własną głupotę, własnymi rękoma. Co się teraz stanie ? Dlaczego nie mogłem przestać go bić ? Wtedy ktoś przerwał mi rozmyślania wchodząc i zapalając pochodnię wiszącą na ścianie. - Chuju jebany ! Ja już ci kurwa pokaże ! Tyle zdążyłem usłyszeć nim kopniak wymierzony prosto w moją głowę dosięgną celu. Po jakimś czasie znów obudziłem się w piwnicy i znowu przyszedł znany mi jegomość i sprzedał kolejnego kopniaka, podobnie w głowę. Nie wiem ile dni tam leżałem. Po tym jak uświadomiłem sobie, że to moje jęki dają mu znać kiedy się budzę i zacząłem próbować je tłumić przychodził coraz rzadziej. Oczywiście i tak nieraz coś usłyszał i raz jeszcze wykonywał swoje dzieło. Minęło bardzo dużo czasu nim wyprowadzili mnie na światło dnia. Zostałem zaprowadzony na główny plac, gdzie wszyscy zwykle targowali z przyjezdnymi. Ledwo szedłem, praktycznie wlekli mnie całą drogę, do ustawionego na środku placu trzepaka. Gdy przymocowywali moje ręce do zwisających z górnej poprzeczki łańcuchów widziałem swoją matkę, ojca, siostrę i brata stojących na czele tłumu jaki zebrał się dookoła. Tłum wrzeszczał a oni płakali, wszyscy poza ojcem i bratem. Zwisałem tam bezwładnie, obręcze zakończające zwisające łańcuchy wżynały mi się w nadgarstki. Zdawało się że trwało całe wieki nim Burmistrz zaczął w końcu odczytywać wyrok. - Za zabójstwo Mikela, osiemnastoletniego syna Jacka i Patrice, skazuje się Maxa, syna Chrisa i Isabelle, na publiczne torturowanie i wygnanie ! Kara zostanie wykonana natychmiast ! Myślałem że nic gorszego niż bicie i tarzanie po ulicy nie może mi się już przydarzyć. Myliłem się. Gdy podczas chłostania prowizorycznym biczem na przemian krzyczałem i mdlałem z bólu uświadomiłem sobie co tak naprawdę się dzieje. Jeśli w ogóle to wszystko przeżyje wygnają mnie. Będę musiał odejść. Co zrobię ? Jak sobie poradzę ? Ostatnie smagnięcie dosięgło moich pleców i jeszcze raz straciłem przytomność. Co chwile otrzeźwiali mnie kubłem zimnej wody. Potem przyszedł czas na kopanie i bicie, pojedynczo ludzie wychodzili z tłumu i uderzali we wszystkie części mojego ciała. Na koniec czekało mnie jeszcze jedno, podszedł do mnie ojciec Mikela. Uderzył mnie parę razy, napluł prosto w twarz i wyjął z zza pasa wielki nóż przejeżdżając nim następnie dwa razy po mojej klatce piersiowej, tworząc tym samym wielki krwawiący X. Zawyłem z bólu gdy nóż przecinał skórę i mięso. Chwilę później podeszła do mnie moja rodzina. Tata obejmował ramieniem płaczącą matkę i patrzył na mnie z pogardą, brat trzymał płaczącą siostrę chcącą wyrwać się do mnie z jego uścisku, nie patrzył na mnie. Wszyscy milczeli a po chwili oddalili się i zatrzymali na skraju placu przyglądając się mi po raz ostatni. Gdy odchodzili z wysiłkiem podniosłem głowę żeby popatrzeć na nich jeszcze przez chwilę. Kiedy już przestałem ich widzieć, zawisłem bezwładnie i spojrzałem na siebie. Byłem prawie nagi, z mojego ubrania nie zostało praktycznie nic. Z całego mojego wycieńczonego ciała ściekały stróżki krwi, największa spływała z głęboko ciętego na piersi znaku X. Omiotłem jeszcze spojrzeniem tłum i dojrzałem wbite we mnie nienawistne spojrzenia, po czym po raz ostatni osunąłem się nieprzytomny… Na następny dzień równie wielki tłum przyglądał się mojemu odejściu. Ojciec Mikela wraz z kilkoma swoim kolegami wynieśli mnie za miasto i kopniakiem wywalili na ziemię. Odezwał się do mnie jedynie Jack. - Gdyby decyzja należała do mnie sprzedałbym ci kulkę w łeb Ty skurwysynu ! Zabiłeś mi syna ! Zabiłeś go kurwa ! Zabiłeś ! Rzucił się z płaczem w moją stronę lecz jego koledzy w porę złapali go za ramiona i zawlekli za sobą w stronę miasta. Wrzeszczał, płakał i szarpał się z całych sił nieustannie coś do mnie krzycząc. Jeden z nich zatrzymał się i rzucił w moim kierunku plecak. Leżałem tak chwilę ledwo żywy aż w końcu doszli do miasta i zniknęli mi z oczu. Podniosłem się na nogi, z moich świeżo zszytych blizn na piersi znów zaczęła sączyć się krew, z trudem mogłem rozprostować kończyny. Mimo to po raz ostatni spojrzałem na swoje rodzinne miasto, na Creek Town, podniosłem plecak i ruszyłem w przeciwnym kierunku… Po kilku dniach cały posiniaczony, zakrwawiony i poparzony przez słońce dotarłem na skraj jakiejś wioski. Zapasy jakie mieszkańcy Creek Town zostawili mi w plecaku już dawno się skończyły. Gdy tak stałem i przyglądałem się ludziom kręcącym się po wiosce nogi ugięły się pode mną i runąłem twarzą w piach. Jak się później okazało była to wioska dzikusów, kilkoro łowców z plemienia znalazło mnie i zaniosło do tutejszego szamana. Nie wiele pamiętam z pobytu w jego namiocie, na przemian majaczyłem w gorączce, wymiotowałem, i spałem. Na początku nie mogłem nawet nic zjeść. Szaman przygotowywał dla mnie najróżniejsze maści i wywary które po kilku tygodniach postawiły mnie na nogi. Popołudnia spędzałem przechadzając się po wiosce i przyglądając tutejszym rzemieślnikom. Nie bali się mnie gdyż nie byłem dla nich żadnym zagrożeniem, mogłem więc swobodnie się poruszać i włóczyć gdzie mi się podobało. Powoli zacząłem się oswajać z życiem jakie przyjdzie mi toczyć. Spędziłem tam pół roku, i w tym czasie nie próżnowałem. Zacząłem doprowadzać swoje zdruzgotane ciało do porządku, codziennie biegałem, ćwiczyłem i pomagałem miejscowym w najróżniejszych pracach. Wiele z nich było naprawdę ciężkich. Ich łowcy po pewnym czasie zrobili dla mnie nawet prymitywną włócznie, nóż i skórzany strój. Gdy po ciężkich treningach w znacznym stopniu opanowałem sztukę walki za ich pomocą zaczęli zabierać mnie ze sobą na polowania. Szło mi to nawet całkiem nieźle. Przynajmniej raz na dwa miesiące dzikusów odwiedzał kupiec który zaopatrywał ich w najróżniejsze drobiazgi jakich sami nie potrafili zrobić lub zdobyć. Od jednego z takich właśnie kupców dowiedziałem się gdzie leży najbliższe miasto. W okolicy pełno było małych wiosek, lecz jedno podobno bardzo duże leżało dwa tygodnie drogi na wschód. Nie mogłem spędzić tu całego życia więc przygotowawszy się i pożegnawszy z najbardziej zaprzyjaźnionymi dzikusami wyruszyłem w drogę do owego miasta. Dzięki umiejętnością jakie nabyłem byłem gotowy poznać otaczający mnie świat i przeżyć spotkanie z jego najróżniejszymi mieszkańcami. Byłem młodym, gotowym do drogi młodzieńcem jakich wielu włóczyło się wtedy po pustkowiach. Tak właśnie rozpoczęła się moja życiowa wędrówka… ....................
  6. Ciekawe, wciągające i przede wszystkim kupa akcji Spodobał mi się pomysł z Fletcherem zaczepionym o linkę Coś podobnego widziałem kiedyś w filmie. Tym razem błędów nie zauważyłem Po porównaniu początków opowiadania i tego co piszesz teraz, widać że się wypisałeś i jest bardzo dobrze 2 lata pisania zrobiły swoje ? Mógłbyś tworzyć troszkę bardziej szczegółowe opisy, np. miejsc. I zwalniać czasami nieco akcję. Moim zdaniem dodało by to troszkę więcej klimatu. Ale to nie Tolkien więc i tak jest świetnie Czekam na więcej !
  7. Amatorszczyznę taką Zaczyna mnie kusić żeby coś konkretnego napisać i wrzucić. Parę pomysłów mam zaczętych, ale jak na razie to nic konkretnego z tego nie wyszło. Jakoś nigdy nie mogłem się solidnie wziąć do pracy. Trzy serie na raz to niezły kawałek roboty Musze przeczytać pozostałe dwie, jeśli są na takim poziomie jak Opowieść Bohatera to może to być naprawdę niezła lektura
  8. Karpik jakieś postępy w pisaniu ? Czy brak weny ?
  9. A gdzie tam ambicje Sam ledwo się znam na języku polskim No ale mimo to nieraz jakiś mały błąd przeoczony przez autora zauważę. Każdemu zdarzy się pomieszać słowa, pomylić literkę albo kolejność wyrazów Po prostu staram się oceniać i komentować obiektywnie
  10. Ciekawie ciekawie. Z tego co widzę jest parę błędów do poprawienia ale to nic wielkiego Czekam na dalszą część. Niema to jak drobna eksplozja atomowa przy herbatce
  11. Czemu by nie. Ale wszystko zależy od autora. Karpika
  12. Więc widzisz że jednak ktoś czyta ;D Z niecierpliwością czekam W razie gdybyś miał plany przestać kontynuować tę historię, z przyjemnością mogę spróbować ją dokończyć
  13. Czy Autor pracuje jeszcze nad dalszymi częściami opowiadania ? Może są już gdzieś umieszczone a ja nie umiem ich znaleźć ? Widzę że długo nic nikt tutaj nie pisał a chciałbym poznać dalsze losy Chrisa i jego drużyny Z góry dziękuję za jakiekolwiek info o ciągu dalszym
×
×
  • Create New...