Jump to content

Fallout Tactics - opowieść bohatera


Superkarpik

Recommended Posts

  • Replies 108
  • Created
  • Last Reply

Top Posters In This Topic

OK. Oto co mam do napisania:

Poprawi?am Hammera na Hummera.

Fletcherowi lecia?a krew z g?owy.

Jako? mi si? nie podoba to zdanie... Krew mo?e lecie? z rany na g?owie, dobrze by by?o okre?li? bli?ej, gdzie takowa si? znajduje.

Os?on? zapewnia? im teraz tylko dwu metrowy g?az przed nimi.

Dwumetrowy w szeroko?ci czy w wysoko?ci?:P

Chris licz?c na z?udn? i wr?cz nieprawdopodobn? nadziej?

Liczy? na nadziej?? Lepiej by by?o chyba "mie? nadziej?". Nieprawdopodobn? mo?na by usun??.

Luneta, jakby na znak przyj?tego rozkazu, zacz??a dostraja? urz?dzenia optyczne.

-Marco… Marco! - krzycza? potrz?saj?c bezw?adnym cia?em kierowcy.

Przyda?by si? jaki? opis wskazuj?cy, co si? dzieje, jak wygl?da Marco, kto go wo?a, bo teraz jest spokojnie dostrajaj?ca optyk? Luneta na równi z umieraj?cym kierowc?.

Chris wyci?gn?? zasilanie z jego r?k, po czym u?o?y? je w krzy? na piersiach.

Móg?by chocia? spróbowa? resuscytacji ;) Poza tym jak mo?na u?o?y? r?ce w krzy??

-Jest ich wi?cej. - szepn??a. – Chyba szesnastu. S? jakie? trzysta metrów od nas. Id? dok?adnie w nasz? stron?. -

-Rozumiem. Gdy b?d? w zasi?gu strza?u, mo?esz ich rozwali?. -

Min??o kilka sekund, a Luneta ju? otworzy?a ogie? w stron? przeciwników. Nikt si? nie wychyla?. Wszyscy s?uchali tylko kolejnych strza?ów oddawanych przez swojego strzelca wyborowego. Chris zastanawia? si?, jaki by? maksymalny zasi?g dziewczyny…

Luneta raz za razem oddawa?a kolejne strza?y. Po chwili zatrzyma?a si?.

-Zacz?li ucieka?. - mówi?a prze?adowuj?c bro?.

Troch? to ma?o zachowawcze ze strony tych bandytów, nie s?dzicie? Widzieli "fortyfikacj?", kup? dymu i wrak Hummera. Szli by sobie tak beztrosko nie spodziewaj?c si? ataku? Nie os?aniaj?c?"

Czwarty znajdowa? ju? si? jakie? pi?? metrów od pozycji dru?yny. Kierowa? si? prosto na Chrisa. Giermek móg? przyjrze? si? z bliska swojemu przeciwnikowi. Na g?owie jad?cego znajdowa? si? karykaturalny kask z kolcem wystaj?cym ze ?rodka. Na oczach mia? szerokie gogle, a na szyi czerwon? chust? powiewaj?c? pod wp?ywem pr?dko?ci. Gdy m??czyzna znajdowa? si? ju? tylko metr od umocnie? kto? odda? w jego bok seri? strza?ów ratuj?c przy tym ?ycie dowódcy

Wcze?niej pisa?e?, ?e mieli bro?. Po grzyb jad? na strzelaj?cych wrogów i nie otwieraj? ognia? Chyba na kopie nie walcz??

Dru?yna przesz?a do defensywy. Nie mogli sobie na to pozwoli?.

Tzn na co?

Na szcz??cie pospieszy? si? ze strza?em i rakieta trafi?a w piasek, jakie? dwa metry od fortyfikacji. Strza? oszo?omi? ca?? dru?yn?. Wszyscy zostali obsypani piachem wyrzuconym w powietrze.

By?oby wielkie BUM... 2 metry to niewiele...

Mia? wbity od?amek w r?ce pod ?okciem. Z rany g?sto s?czy?a si? krew.

Pod ?okciem mia? wbity od?amek. Z rany p?yn??a krew. "G?ste s?czenie" jako? nie brzmi.

Za ska?? mog?o ich by? nawet trzynastu.

Sk?d mog? to wiedzie?? Nie za dok?adna ta liczba? :P

Plan spe?nia? swoje zadanie.

Plan mo?e co najwy?ej okaza? si? s?uszny xD

Moje wrodzone czepialstwo wyszczególni?am powy?ej :)

Ale rozdzia? spoko - co jeden, to mniej b??dów logicznych. Opowiadanie jest ciekawe i fajnie si? je czyta.

Czekam na nast?pne rozdzia?y, drogi Karpiu :)

Link to comment
Share on other sites

na sw? obron? postaram si? wyja?ni? par? przyk?adów

Os?on? zapewnia? im teraz tylko dwu metrowy g?az przed nimi- nie chcia?em pisa? ?e g?az jest po prostu du?y  :)

Chris licz?c na z?udn? i wr?cz nieprawdopodobn? nadziej?- Chcia?em wyrazi? beznadziejno?? ich sytuacji. Nie wiem czy to zdanie jest poprawne..

Luneta, jakby na znak przyj?tego rozkazu, zacz??a dostraja? urz?dzenia optyczne.

-Marco… Marco! - krzycza? potrz?saj?c bezw?adnym cia?em kierowcy.- No mo?e za blisko siebie s? te zdania. Chcia?em w ten sposób pokaza?, ?e zgin?? bardzo... nagle  :)

Chris wyci?gn?? zasilanie z jego r?k, po czym u?o?y? je w krzy? na piersiach.-  ?e tak w ho?dzie zrobi?, na krzy? to tak... wiesz jak Dracula robi?  :)

nie mogli sobie pozwoli? na defensyw? bo by by?o po nich, przygnietliby ich

bandyci byli pewni siebie i w sumie nie zd??yli nic zrobi?. Taki mia? by? efekt. Nie wysz?o co?

na motocyklach mieli bro?, ale byli pewni siebie i chcieli ich wzi?? szturmem, taki by? zamys? :)

gdzie? przeczyta?em, ?e krew si? s?czy. S?czy? krew czy co? takiego

liczba trzynastu bo w sumie nie wiedzieli ilu ich tam by?o, dlatego "mog?o ich tam by? trzynastu"

Widz?, ?e te zdania s? troch? nielogiczne i musz? czego? takiego unika?. powiedz mi tylko czy w moich opowiadaniach wida? jak?kolwiek popraw? ?

p.s. Patrzcie nie mam b??dów ortograficznych w tym mailu

Link to comment
Share on other sites

Chcia?em wyrazi? beznadziejno?? ich sytuacji.

Wiem, co chcia?e? wyrazi?, po prostu trzeba to b?dzie ubra? w inne s?owa, ?eby by?o bardziej logicznie i poprawnie stylistycznie. Podobnie z kolejnymi zdaniami, które wymieni?e?. Sam zamys? jest ok, tylko styl trzeba poprawi?.

Co do ?mierci Marco, trzeba by tam da? cho? jedno zdanie, wskazuj?ce na to, ?e uwaga czytelnika ma si? teraz odwróci? od Lunety i przenie?? na Marco.

Chris wyci?gn?? zasilanie z jego r?k, po czym u?o?y? je w krzy? na piersiach.-  ?e tak w ho?dzie zrobi?, na krzy? to tak... wiesz jak Dracula robi?

Wiem, o co chodzi. Ale lepiej by chyba brzmia?o "z?o?y? mu r?ce na piersiach". B?dzie wiadomo, o co chodzi.

na motocyklach mieli bro?, ale byli pewni siebie i chcieli ich wzi?? szturmem, taki by? zamys?

Ok. Tylko napisz o tym w opowiadaniu tak?e :)

Co do poprawy - jest obecna i wyra?na. Na pocz?tku robi?e? du?o bardziej "okaza?e" b??dy w logice itd. Teraz jest lepiej - a nied?ugo ju? si? pewnie do niczego nie przyczepi? :)

p.s. Patrzcie nie mam b??dów ortograficznych w tym mailu

Widzimy, chwalimy  :)

Link to comment
Share on other sites

  • 1 month later...
  • 5 months later...
  • 1 month later...

5. Barnacky

- Zabierzcie go na przyczepę!

- Morgan! Opatrz go!

- Robię co mogę szefie!

-Wykrwawi się! Szybko! Z powrotem do bazy!

- Don! Startuj!

- Tak jest!

Skrzydło medyczne Bunkra Alfa Bractwa Stali. Całe pomieszczenie było przesiąknięte mdłym zapachem leków. Łóżka były bardzo niewygodne. Pewnie leżało na nich już wiele osób. Teraz na jednym z nich leżał Chris. Obudził go ostry ból w plecach. Oczy mocno go zapiekły gdy tylko je otworzył. Musiała być noc gdyż wiele świateł było pozagaszanych. Można było usłyszeć chodzącego wciąż lekarza. Chłopak nie wiedział czy to był Celsjusz. Pomimo bólu obrócił głowę by lepiej przyjrzeć się otoczeniu. Jego lewa ręka była przyczepiona do kroplówki. Dopiero teraz zauważył, że nie ma na sobie pancerza. Był ubrany w jakiś cuchnący lekami pożółkły uniform. Po chwili zaczął się nerwowo rozglądać. Nigdzie nie widział leżącej Shauri. To znaczy, że albo nie oberwała tym wybuchem albo…

Chris odgonił od siebie te myśli. Zaczął zastanawiać się ile czasu mógł być nieprzytomny. Udało mu się przyłożyć prawą rękę do twarzy. Gęsty zarost mówił mu, że leży najmniej od tygodnia. Gdy podniósł rękę do góry, zobaczył ze ma na niej sporych rozmiarów rozcięcie. Nadal miał założone szwy. Powoli zaczął rozglądać się po całym kompleksie. Słyszał jęki kilku innych żołnierzy. Obok niego leżała osoba w całości przykryta płachtą. Na podłogę skapywała krew. Na podłodze leżały jeszcze kawałki mięśni lub czegoś czego Chris nie umiał ani nie chciał określić. Wielu żołnierzy leżało nieprzytomnych tak jak on przed chwilą. Do każdego podchodził medyk pytając o stan. Chris zamknął oczy o postanowił zasnąć. Był jeszcze bardzo zmęczony i obolały. Jednak żył. Nie umarł. Nadal chodził po tej ziemi. Zaczął nawet ciepło myśleć o Pustkowiach. Potem zamknął oczy i zasnął.

Obudził się dopiero rano. Słońce wpadało przez otwory w ścianach. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Trupa leżącego koło niego uprzątnięto razem z kałużą krwi na podłodze. Czuł się znacznie lepiej niż w nocy.

-Witaj młodzieńcze- Zawołał jakiś głos blisko niego.

Chris rozejrzał się by zobaczyć kto to.

-Celsjusz?

-Widzę, że mnie pamiętasz chłopcze. To dobrze. Już zaczynałem wątpić czy się Worgule obudzisz. 

-Jak długo leżałem nieprzytomny?- spytał

-Trudno powiedzieć. Myślę że prawie dwa tygodnie. Codziennie przychodziła tu jakaś młoda ładna dziewczyna. Twoja znajoma?- spytał uśmiechając się

-To moja podwładna.- odpowiedział zakłopotany

-Ach rozumiem. Czy coś ci może dolega?- spytał zmieniając temat. Celsjusz był bardzo szanowanym lekarzem i Chris bardzo się cieszył, że może z nim porozmawiać.

-Jeśli o to pytasz, to strasznie mnie boli prawa ręka i plecy.

-Nie dziwię się- odpowiedział Skryba- Miałeś tak rozległe rany, że moi pomocnicy chcieli ci już podać jakieś uśnieżacze przed śmiercią. Na szczęście ich powstrzymałem.

-Kiedy będę mógł zejść z łóżka?- spytał otwarcie

-to zależy

-Zależy od czego?

-Od tego jak szybko dojdziesz do siebie.

-Szybko się goję- zażartował

-więc w najlepszym wypadku wstaniesz na nogi za jakiś tydzień.

-Rozumiem Doktorze.

Celsjusz odszedł od łóżka Chrisa i udał się do swojego biurka pisząc coś w swoich notatkach. W tym samym momencie do Pokoju medycznego weszła nowa osoba. Średniego wzrostu blondyn z wystającą szczęką i długim nosem. Mężczyzna wyglądał na jakieś dwadzieścia pięć lat. Był dobrze zbudowany a na jego twarzy widniał zawadiacki uśmiech.

-Co się stało gwiazdeczko Bractwa?- spytał ironicznie. Chris nic nie odpowiedział. Nie miał ochoty na kłótnie.

-Co jest? Nagle przestałeś gadać? A może język ci odpadł od lizania dupska Barnacky’ego?

-Spadaj tchórzu

-O! Patrzcie jaki hardy! Nawet przykuty do łóżka szpitalnego. Wiesz jak to bywa w szpitalu. Czasem pomylą igiełki. Różnie bywa.- Zaśmiał się

-Po moim trupie gówniarzu- Zawołał Zszywacz wchodząc do pomieszczenia.

-Nie pozwalaj sobie kadecie!- odkrzyknął blondyn.- Możesz trafić do kar celi na kilka dni.

-Sram na to. Jeżeli tkniesz mojego dowódcę, To nie wyjdziesz z tego pomieszczenia żywy. Blondyn nagle się wyprostował i stanął naprzeciwko Zszywacza. Patrzył na niego z pode łba jakby szukał zaczepki. Chris nic na to nie powiedział. Zastanawiał się jak rozwinie się sytuacja.

-Myślisz, że jesteś w stanie coś mi zrobić dziadku?

-Niech się zastanowię- odpowiedział medyk z aktorskim gestem łapiąc się za brodę- Myślę że jestem w stanie nakopać ci tak, że zostaniesz od razu w skrzydle szpitalnym.

Przez chwilę panowała krótka cisza. Blondyn spojrzał na chwilę w stronę Chrisa. Ten nic nie odpowiedział, tylko podniósł wysoko brwi.

-Jeszcze się spotkamy Gwiazdeczko. Ty i ten cały twój zespolik.- Powiedział wychodząc pospiesznym krokiem.

-Co to za burak?- Spytał zaciekawiony Zszywacz

-Giermek Nils Margot.

-Skąd go znasz?

-Ze szkoły dla kadetów. Już w tedy był giermkiem i strasznie pysznił się tym stopniem. Wśród kandydatów na kadetów taki stopień był tylko marzeniem. Czuł się jak król, zwłaszcza gdy przychodzili koledzy z jego drużyny. Zwykle startował do mnie. Po moim przeniesieniu do Bunkra Alfa on także został przeniesiony. Moje losy potoczyły się jednak inaczej niż jego. On jest już giermkiem od ponad roku, bo jeździ tylko na patrole i rozpoznania. Nie bierze udziału w większych akcjach. To tchórz trzęsący tyłkiem o własną skórę. Z drugiej strony, ja dostałem stopień giermka już po pierwszej misji i dowodzę cztero-osobową drużyną, podczas gdy on ma tylko dwóch w zespole. Uważa mnie za jakąś gwiazdę wspinającą się po szczeblach kariery. Wydaje mi się jednak, że jest po prostu zazdrosny.

-Czyli w skrócie burak tak?

-Można tak to ująć- zażartował- Co u was słychać? Co z Fletcherem i Shauri?

-Fletcher wyszedł ze szpitala kilka dni temu. Jest w dobrym stanie. Shauri też nic nie jest. Gdybyś jej nie odrzucił, z pewnością rozerwałoby ją w tym wybuchu.

-Mieliśmy dużo szczęścia- Uśmiechnął się Chris

Zszywacz nagle zajrzał do kieszeni i wyciągnął dwie pożółkłe koperty.

-Dostałeś dwie depesze z dowództwa. Moim zadaniem było donieść ci je.

-Dobrze. Zaraz je przeczytam.

-Nie śpiesz się. Powinieneś dużo odpoczywać.

Link to comment
Share on other sites

Medyk zasalutował i wyszedł z ambulatorium kładąc listy na półeczce obok łóżka Chrisa. Były podbite stemplem w kształcie godła Bractwa Stali. Trzy korby otoczone orlimi piórami, a przed nimi miecz. Symbol ten oznaczał wszystko co było cenne dla Bractwa. Walka, Dyscyplina, Technologia, Tradycje starego świata. Każdy inaczej to odczytywał. Chris chwycił pierwszą kopertę. Ostrożnie otworzył i wyciągnął list. Wiadomość także miała stempel w kształcie godła Bractwa Stali.

Zakończyła się twoja inicjacja, więc Bractwo odsłoni przed tobą swoje tajemnice. Wiemy, że Starożytni poświęcili wiele czasu na budowę schronów. W miarę rozwijania się groźby zagłady, schrony powstawały każdego dnia. Stworzono główny schron nazwany Kryptą 0. Chronił przywódców i ważnych Starego Świata. Krypta 0 Utrzymywała kontakt ze wszystkimi schronami. Wiadome jest, że to tam znajdują się pokłady wiedzy i technologii, które są potrzebne do odbudowy świata. Znamy jedynie przypuszczalną lokalizację tej bazy. Bractwo zamierza wyruszyć na południe zabezpieczając tereny nowymi bunkrami. Żeby zorganizować wyprawę do Krypty 0 potrzebna będzie liczna armia i dobre obeznanie w terenie. Choć Władza Bractwa w tym regionie jest niezagrożona i przyłączyło się do nas wiele wiosek, prawdziwa kampania zacznie się dopiero gdy znajdziemy się blisko celu…

Na liście nie było podpisu żadnego dowódcy lub starszego. Nie było nawet napisane do kogo to. Na liście był tylko stempel z godłem. Chris odłożył list i sięgnął po drugą kopertę. Ta była już zaadresowana. Widniał na niej podpis generała Barnacky’ego. Chłopak szybko otworzył kopertę. W środku był list i mała żółta plastikowa karta.

Do Chrisa Brandona

Gdy tylko wyjdziesz ze szpitala, udaj się do dowództwa. Pokaż im tę przepustkę i poproś o kontakt z generałem Barnacky’im. Tam otrzymasz dalsze instrukcje.

Chris nie wiedział co zrobić z tymi listami. Na pewno musiał udać się po rozkazy, ale co oznacza ten drugi? Kto go wysłał i o co chodziło z tą inicjacją? Wiele rzeczy musiało się wydarzyć w czasie jego rehabilitacji. Musiał jak najszybciej wstać z łóżka i dowiedzieć się wszystkiego…

Nie minęły cztery dni a Chris wyszedł ze szpitala. Celsjusz długo przekonywał go, że jeszcze nie może wyjść. Chris musiał jednak dostać się do dowództwa. Chwiejnym krokiem szedł korytarzami bunkra. Po drodze nie spotkał ani Lunety ani nikogo ze swojego oddziału. To dobrze- pomyślał. Gdyby go spotkali, od razu zagnali by go z powrotem do łóżka szpitalnego. Chciał jednak zobaczyć się z Shauri. Zastanawiał się co z nią teraz jest. Co prawda Zszywacz upewnił go o jej dobrym stanie, ale chciał sam się upewnić. Jego lewa ręka była owinięta grubym bandażem i z trudem mógł ją zgiąć. Miał nadzieję, że odrętwienie wkrótce minie.

Po drodze spotkał dawno nie widzianego znajomego.

-Maximus!- zawołał starając się wyprostować, co nie wychodziło mu zbyt dobrze z powodu opatrunku i szwów na plecach i brzuchu. Wysoki paladyn w szerokiej zbroi podszedł do Chrisa szybkim krokiem. Dowódca Sztyletu wystawił rękę tak szybko i z taką siłą, że chłopak bał się czy czegoś sobie nie połamał przyjmując jego uścisk.

-Co u ciebie słychać młody? Słyszałem, że mieliście niezłą akcję. Też bym chciał tam być.

Chris zaczął przez chwilę rozmyślał na temat tego czy wszyscy starsi oficerowie bractwa kochają walkę. Jak tylko przypomniał sobie widok paladyna Solo strzelający z karabinu montowanego na samochodach… Właśnie Solo.

-Co z paladynem Solo? Nic mu się nie stało?

-Jeśli chodzi o walkę to wyszedł bez szwanku. On w nie takich starciach brał udział. Miał później trochę komplikacji w dowództwie. Złamanie rozkazu i takie tam. Ci cholerni protokolarze  chyba nawet nie wiedzą na czym polega wojna. Oczywiście Generał wstawił się za Solem i obyło się bez większych konsekwencji.

-Nie wiesz gdzie go teraz znajdę?

Maximusa jakby w ułamku sekundy opuściło poczucie humoru i dobre samopoczucie. Jego twarz szybko spoważniała.

-Solo został przeniesiony do innego bunkra. Uznano, że tutaj jest wystarczająco długo, a jego doświadczenie jest odpowiednie, żeby przeniósł się do jednostki wysuniętej wiele kilometrów dalej na zachód  stąd.

-Innego bunkra?- spytał zdziwiony

-Taaa…- odparł ponuro paladyn- Został przeniesiony do bunkra Gamma. Słyszałem, że trwają tam właśnie zacięte walki z mutantami. Nie zazdroszczę mu…

-Rozumiem Maximusie- odparł Chris.- Muszę się szybko udać do dowództwa. Pragnę wyjaśnić kilka spraw.

-Nie zatrzymuję cię przyjacielu- uśmiech wrócił na twarz mężczyzny. Paladyn uścisnął dłoń Chrisowi, a ten poczuł ból w ramieniu. Zastanawiał się czy Maximus robi to specjalnie, czy może nie zdaje sobie sprawy ze swojej siły… Kuśtykając w stronę pokoju dowódczego starał sobie przypomnieć wszystko, co mówił Solo. Każde zdanie i słowo, a także jego wygląd. Dobrze wiedział, że mógł nie mieć już okazji podziękować paladynowi za ratunek…

Lampa neonowa przyczepiona do ściany nad drzwiami oświetlała małą złotą tabliczkę z napisem „Dowództwo Bractwa Stali” Przed wejściem stało jak zwykle dwóch strażników.

-Co jest?- Spytał jeden.

Chris nic nie powiedział, tylko wręczył strażnikowi żółtą plakietkę. Strażnik w milczeniu schował ją do kieszeni i otworzył drzwi. Giermek od razu skierował się w stronę gabinetu generała Barnacky’ego. Zapukał dwa razy czekając na odpowiedź.

-Wejść!- Krzyknął generał.

Chłopak nieco podenerwowany po raz kolejny przekroczył próg gabinetu generalskiego. W pomieszczeniu unosił się zapach dymu tytoniowego. Generał zdejmował różnego rodzaju rzeczy z półek i wkładał je do wielkiego czarnego neseseru.

-Pan Generał wyjeżdża ?- spytał cicho

-Można tak to określić Brandon…- odpowiedział dowódca. W ogóle nie patrzył na Chrisa. Cały czas pakował swoje ubrania. W pewnym momencie, gdy sprzątał rzeczy z biurka złapał za ramkę ze zdjęciem jakiejś kobiety. Przyglądał się jej w milczeniu przez kilka minut.

-Dowództwo Naczelne zarządziło o moim przeniesieniu. Zostałem powołany jako dowódca bunkra Gamma. Będę koordynował ataki przeciw mutantom.

-Czy.. to jest moja wina?

-Słucham?- zdziwił się generał. Dopiero teraz podniósł głowę patrząc na Chrisa.

-Schrzaniłem moje zadanie, które nie należało do najtrudniejszych. Solo został przeze mnie przeniesiony. Czy Pana też spotkały nieprzyjemne konsekwencje?

Generał przez chwilę stał w milczeniu obracając tylko w dłoniach ramkę ze zdjęciem.

-Źle to wszystko odbierasz. Dowództwo zarządziło reorganizację żołnierzy. Bunkry bardziej liczne mają wesprzeć te które poniosły ostatnio większe straty od pozostałych. Ty także zostaniesz przeniesiony Brandon…

-Ja ?!

- Tak żołnierzu. Wy.

-Ale, dokąd? Nie mam jeszcze doświadczenia bojowego. Nie jestem nawet Rycerzem. Ja…

-Uspokój się Brandon!- Krzyknął generał. Chris natychmiast się uciszył.- Wiem, o co wam chodzi. Może was tu długo nie być. Co więcej, możecie tu już nigdy nie wrócić. Dobrze o tym wiedziałeś wstępując w szeregi Bractwa.

-Tak panie Generale…

- Więc nie kwękajcie jak dziewica po pierwszym razie. Powiem więcej. Musicie być twardzi jak skały na tej Pustyni.

-Tak panie Generale…

Generał nieco się uspokoił. Zaczął znowu się pakować. Po dziesięciu minutach znowu się zatrzymał. Podszedł do Chrisa i położył mu rękę na ramieniu.

-Chris. Udało mi się przekonać Starszych, że jesteś za młody żeby wypychali cię do Bunkra Gamma. Dobrze wiem, że od razu byś tam zginął. Zostaniesz przeniesiony do Bunkra Beta. To placówka oddalona stąd o niecałe dwieście kilometrów. Jest tam w miarę spokojnie, przynajmniej spokojniej niż tam gdzie ja się wybieram… Wyruszasz za kilka dni… Pożegnaj się z rodzicami…

-Tak panie Generale…

Chris miał wielką ochotę przytulić Barnacky’ego. Wiedział jednak, że nie może. W Bractwie nie ma miejsca na czułości i sentymenty. Będzie miał teraz ostatnią szansę odwiedzić rodzinną wioskę. Odwiedzić Arroyo… 

Link to comment
Share on other sites

:) Noooo w końcu coś nowego w tym dziale :P Witamy z powrotem.

Przejdę od razu do mojego standardowego marudzenia.

Jego lewa ręka była przyczepiona do kroplówki.

Nie ręka do kroplówki, tylko kroplówka do ręki. I nie przyczepiona, tylko podłączona, to nie pijawka ;)

Gdy podniósł rękę do góry, zobaczył ze ma na niej sporych rozmiarów rozcięcie. Nadal miał założone szwy.

Rany zszytej raczej nie zostawia się bez opatrunku. Kichę by zobaczył.

Już zaczynałem wątpić czy się Worgule obudzisz

Worgule? Prawie jak Nazgule  ;D - wiem, zwykła literówka, ale śmiesznie wyszło

Miałeś tak rozległe rany, że moi pomocnicy chcieli ci już podać jakieś uśnieżacze przed śmiercią

Śnieg nam tu niepotrzebny... ból itp się uśmierza. ;)

Możesz trafić do kar celi na kilka dni

KARCER. Do karceru. Wspominałam już o tym kiedyś, zdaje się przy pierwszym rozdziale opowiadania.

Po drodze nie spotkał ani Lunety ani nikogo ze swojego oddziału.

Czemu "ani Lunety"? Nie było wcześniej o niej wspomniane, a brzmi, jakby było.

Co prawda Zszywacz upewnił go o jej dobrym stanie, ale chciał sam się upewnić

powt

Więc nie kwękajcie jak dziewica po pierwszym razie

Po pierwszym razie to już nie dziewica ;)

Ogólnie. Dalsza część opowiadania standardowo trzyma poziom, jest ok, fajnie się czyta. Błędów za to masa: mam na myśli ortografię, interpunkcję i ogólną typografię tekstu. Logicznych brak, trochę stylistycznych, większość wymieniona powyżej.

Fajnie, że napisałeś dalszą część :) Już chciałam zamykać temat.

Link to comment
Share on other sites

6. Arroyo

Od rozmowy z Generałem Barnacky’m minął już prawie tydzień. Chris szybko wrócił do zdrowia i mógł już swobodnie chodzić bez pomocy kul czy innych przyrządów. Następnego ranka miał pojechać do Bunkra Beta. To był ostatni dzień. Aby pożegnać się z rodziną.

Pomimo swoich usilnych próśb nie zdołał przekonać dowództwa do użyczenia mu samochodu w celu podróży do wioski. Z tego powodu musiał zgłosić się do patrolu ze swoją drużyną jako kierowca. Późnym popołudniem, gdy mieli już zjeżdżać z patrolu do bazy zaczął skręcać kierownicą.

- Zajedziemy w jedno miejsce.

Nikt nic nie odpowiedział. Nawet Fletcher powstrzymał się od komentarzy. Czyżby wiedzieli, o co mu chodzi? Nie to niemożliwe. Oprócz Generała Barnacky’ego tylko zarządca kadr znał przeszłość Chrisa. Jechali dobre pół godziny. Chris w końcu zatrzymał samochód blisko wielkiego kanionu, przez który był przeprowadzony długi most linowy. Kanion wyglądał na bardzo głęboki. Po drugiej stronie mostu można było dojrzeć mężczyznę z włócznią w dłoni. Z kolei za strażnikiem rozpościerał się ogromny szczyt. Wzniesienie mogło mieć nawet pięćset metrów. W górze widniała szczelina przepoławiająca skałę na pół, jakby wielki nóż przeciął cały szczyt.

- Zostańcie tu. Zaraz wrócę.

- Tak jest- odpowiedziała Luneta

Pozostali członkowie oddziału pokiwali twierdząco głowami. Nikt z nich nie znał przyczyny przyjazdu tutaj.

Chris śmiało zaczął przechodzić przez most. Był stary i wysuszony. Drewno z jękiem wyginało się po każdym kroku dowódcy. Gdy już przebył rozpadlinę, przywitał go strażnik.

Był to naprawdę wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna ogolony na łyso. Miał na szyi koralik z zębów dzikich zwierząt

-Shaut-ua wita cię wojowniku. Czego szukasz w drodze do Arroyo?

Chris wyciągnął z kieszeni zakurzoną zakrętkę od słoika. Na wewnętrznej stronie denka czerwoną farbą była namalowana liczba 13.

-Idę pożegnać się z rodzicami Skaut-ua. Wyjeżdżam i to na długo.

Wojownik wziął do ręki przykrywkę od słoika i dokładnie obejrzał. Po chwili wyjął taką samą zza pazuchy i porównał obie.

-Witaj Bracie-wojowniku. Arroyo stoi dla ciebie otworem.

Chris odebrał od strażnika denko od słoika. Po schowaniu go, ruszył w stronę wioski. Rozpadlina w ścianie była szerokości dwóch dorosłych mężczyzn i długa na prawie pięćdziesiąt metrów. Wiatr gwizdał w przesmyku wywołując dreszcze na plecach żołnierza. Po krótkim marszu, przy wyjściu oślepiło go silne, pustynne słońce. Gdy już oczy chłopaka przyzwyczaiły się do mocnego światła, Zobaczył gliniane domostwa, ludzi pracujących w polu. Inni prowadzili przed sobą Braminy. Były to wielkie krowy o twardej skórze i dwóch głowach. Te zwierzęta musiały być żartem promieniotwórczości. Zwykle jedna z głów była martwa, chociaż zdarzało się, że obie funkcjonowały. Dzieci siedziały w kole i bawiły się skarabeuszem. Trzymając patyk, każdy szczeniak miał nadzieję nabić robaka niczym wojownik nabijający włócznię. Uczono je zabijania od maleńkiego. Na samą myśl, że kiedyś sam się tak bawił, Chris aż się wzdrygnął. Jakaż przepaść cywilizacyjna była pomiędzy tą wioską a bunkrem Bractwa Stali…

Po pewnym czasie mieszkańcy wioski zaczęli się zatrzymywać i patrzeć na Chrisa. Niektórzy pokazywali go sobie nawzajem palcami. Wszyscy wyglądali tak samo. Mężczyźni ogoleni prawie na łyso. Kobiety miały spleciony ciasny warkocz z tyłu głowy. Każdy nosił przepaskę biodrową.

Chris poprawił broń przerzuconą przez ramie i zaczął iść na zachód. Po chwili ludzie wracali do swoich zajęć.

Dowódca powoli doszedł do sporej wielkości pola. Było ogrodzone ułożonymi kamieniami i powbijanymi kijami. Nie było tu jednak żadnego strażnika. Na polu stało kilkadziesiąt płaskich kamieni i krzyży. Cmentarz Arroyo.

Chris dokładnie znał drogę. Szedł tędy już chyba sto razy. Najwięcej jako dziecko. Nie rozumiał wtedy wielu rzeczy. Podszedł do jednego z wygładzonych kamieni. Przyklęknął i przejechał ręką po każdej literze na nagrobku.

Steven Brandon

Po prawej stronie nazwiska było namalowane godło Bractwa Stali. Jego ojciec był żołnierzem tak samo jak on… Pewnie miał wysoki stopień. Inaczej zostawiliby jego zwłoki na Pustkowiach. Nie wiedział nic o śmierci ojca. Słyszał tylko, że to się stało na jakiejś misji i podobno z ręki jakiegoś dobrze uzbrojonego człowieka. Chrisowi zawsze na myśl przychodzili żołnierze Bractwa, ale oni przecież nie zabijali swoich. Jego matka wyjechała do jednego z miast w powojennym świecie. Nawet nie wiedział czy nadal żyła. Dowiedział się o jej odjeździe po tym jak wstąpił do bractwa. Pewnie kiedyś tu wróci i zostawi mu jakąś wiadomość. Albo on wyruszy na jej poszukiwanie. Pewnie kiedyś…

- Nadal rozmyślasz o rodzicach?

Chris zarwał się na równe nogi. Stara kobieta podeszła do niego tak cicho, że nawet jej nie usłyszał. Nic nie odpowiedział.

- Wiem, co cię trapi wojskowy szczeniaku. A fakt, że tu przyjechałeś zwiastuje oczywiste rzeczy.

- Wyjeżdżam…

- Wiem o tym. Wyjeżdżałeś już wiele razy i wyjeżdżać będziesz nadal. Nie wiem tylko, dlaczego to robisz.

- Już o tym rozmawialiśmy…

- Taaak…- przeciągała staruszka. – ale ty nie rozmawiałeś sam ze sobą. Zajrzyj w głąb duszy. W najczarniejsze jej odmęty. Odrzuć na bok ciało i umysł. Niech zostanie sama dusza. Ujrzyj to, czego naprawdę szukasz.

Chris milczał przez chwilę. Nie wiedział, co jej odpowiedzieć.

- Czekają na ciebie wojskowy szczeniaku.- Zaczęła. Była bardzo niska. Ledwo sięgała giermkowi do klatki piersiowej. Przytuliła go nie zwracając uwago na zbroję. Chris upadł na kolana i przytulił ją do siebie. Teraz ich głowy były na tej samej wysokości.

- Idź moje dziecko. – Zaczęła – Pamiętaj, jednak, że tutaj zawsze jest dla ciebie dom.

- Tak matko- wyszeptał do ucha kobiety. Staruszka uśmiechnęła się, po czym puściła chłopaka.

- Żegnaj…

Chris wstał i zaczął iść w stronę samochodu. Nie odwracał się ani nie zatrzymywał. Szedł w stronę samochodu bez chwili zwątpienia. Bez strachu przed podróżą. Zastanawiał się jak powiedzieć drużynie, że to piasek podrażnił jego oczy. To był piasek… Tylko piasek…

Link to comment
Share on other sites

  • 2 weeks later...

7. Beta

Następnego dnia, po powrocie z Arroyo, drużyna Potok wyruszyła w podróż do bunkra Beta.

Wstępna odprawa logistyczna była zwykłą formalnością. Dojazd zajmie najwyżej cztery godziny.

-Spakowany?

-Jeszcze chwilka

-Pospiesz się Fletcher!

-Spokojnie doktorku! Dostaniesz Zawału!

Pogawędkę przerwał im wchodzący dowódca drużyny. Spojrzał na spakowane torby i westchnął ciężko. Cały oddział natychmiast się wyprostował i zasalutował giermkowi.

- Elizabeth Vithin, Marco Cassel, Charles Fletcher oraz Shauri Kachillo.

Cała czwórka patrzyła teraz na swojego dowódcę

- Za godzinę wyjeżdżamy. Pospieszcie się.

- Tak jest dowódco!

Chris wyszedł kierując się do parku maszyn. Odebrał już mapę i wskazówki dotyczące terenu. Wszystkie jego rzeczy już dawno znajdowały się w samochodzie. Oparł się o maskę samochodu. Zaczął jeździć ręką po symbolu Bractwa Stali namalowanego ciemno niebieską farbą. Cały czas myślał o nowym przydziale. O Barnacky’m. O Solo. O Arroyo.

Tyle się wydarzyło w tak krótkim czasie…

-Luneta, dlaczego szef jest taki wkurzony- spytał Fletcher przerywając niezręczną ciszę między oddziałem.

-Co masz na myśli?

-Jest jakiś taki… milczący. Nie wiesz, dlaczego?

-Myślę, że ma to związek z tą wioską, którą wczoraj odwiedziliśmy.- Wtrącił Zszywacz. -Co to właściwie było za miejsce?

-Ta wioska nazywa się Arroyo…

Shauri jak zwykle cicha, rzadko zabierała głos w rozmowach. Nadal bała się tego skądinąd cywilizowanego świata.

-Arroyo?

-Tak. Ojciec opowiadał mi o tej wiosce. Nie różni się niczym od innych wiosek. Zajmują się handlem z kupcami i uprawą roślin. Ponoć założycielem wioski był tak zwany „Przybysz z krypty”

-Nieźle…

-Czyli to jego rodzinna wioska tak?

-Nie jestem pewna. Wiem tylko tyle, że na pewno wiele dla niego znaczy. Wczoraj widziałam łzy na jego twarzy jak wracał

-Łzy?!- Fletcher zawołał tak jakby odkrył coś wręcz niemożliwego.

-noo… tak…- Shauri zrobiła się cała czerwona na twarzy- wy… nie widzieliście

Wszyscy popatrzyli na siebie nawzajem. Nikt nie zwrócił uwagi na taki szczegół. Nikt oprócz Shauri.

Nie minęło pół godziny a reszta drużyny Potok zebrała się w parku maszyn. W dużym zamkniętym pomieszczeniu, przypominającym kształtem hangar lotniczy, znajdowało się mnóstwo pojazdów. Większością z nich były samochody terenowe i ciężarówki, jednakże bractwo Stali posiadało także szwadron motocykli oraz kilka czołgów z czasów Wielkiej Wojny.

Luneta szybko wypatrzyła swojego dowódcę i ruszyła w jego kierunku. Wszyscy posłusznie ułożyli bagaże i ulokowali się w samochodzie. Chris jako kierowca machnął na strażnika, by ten otworzył bramę wyjazdową. Po chwili znajdowali się już na Pustkowiach. Z przodu siedziała także Shauri, trzymająca mapę.

Droga wydawała się spokojna. Drużyna nie spotkała nawet skorpionów, tak licznych w tych terenach. Cały czas panowała niezręczna cisza. Fletcher postanowił ją przerwać.

- Co jest Chris?

- Słucham?

- Co to było wczoraj za miejsce gdzie pojechaliśmy? Po co tam właściwie pojechaliśmy? Ta wioska coś dla ciebie znaczy tak?

Zszywacz rzucił swojemu młodszemu koledze nienawistne spojrzenie. To pytanie było naprawdę nie na miejscu, jednak rzeczywiście, wszystkich nurtowało. Chris przez chwile udawał, że turkoczący silnik zagłuszył pytanie. W pewnym momencie poczuł na sobie spojrzenie siedzącej obok Shauri.

-W porządku… Charlie.

W samochodzie zapanowało krótkie parsknięcie i chichot.

-Dobrze wiesz, że nie cierpię tego imienia!- Rzucił chłopak

-Spokojnie. Już wyjaśniam całą historię. Wychowałem się w tej wiosce. Nazywa się Arroyo. Czasami zdarzało się, że wioska zgłaszała się o pomoc do Bractwa Stali tak jak inne wioski. Cena w przypadku, Arroyo była ta sama. Zapasy i rekruci.

-Więc zostałeś powołany jako przymusowy rekrut?

-Nie do końca Charlie. Mój ojciec trafił do bractwa jako taki rekrut. Nie miał jednak wyboru. Nasza wioska liczyła wtedy bardzo mało mieszkańców. O dziwo mój ojciec doskonale odnalazł się w fachu żołnierza Bractwa. Szybko awansował i objął zastępstwo nad drużyną uderzeniową.

-Jak to zastępstwo? Przecież ty nie masz zastępcy. Prawda?

- Oczywiście, że nie. Jednak dowódca drużyny mojego ojca często był nieobecny na misjach, więc wyznaczył swojego zastępcę.

-Co to był za frajer, co tak często opuszczał misje?

Chris pozwolił sobie na szybkie obrócenie głowy by patrzeć na rozmówcę.

- Generał Barnacky.

W samochodzie zapanowała chwilowa cisza.

- Żartujesz!

- Nie. Mój ojciec był zastępcą w tak zwanej „drużynie generalskiej”

-Co się z nim stało?- Spytała Shauri.

- Z tego, co wiem, zginął na akcji. Jego ciało przywieziono do naszej wioski i pochowano. Chcąc podążać w jego ślady, sam zgłosiłem Się na rekruta.

- I trafiłeś pod skrzydła Barnacky’ego?

- Zgadza się. Można powiedzieć, że opiekował się nami jak długo tylko mógł. To mnie właśnie dziwi.

- Co masz na myśli?

- Bractwo Stali nie zbiera poległych. Nie posiadamy cmentarzy. Użyteczny sprzęt zostaje zabrany, a jeżeli drużyna wyrazi życzenie, mogą pochować na miejscu swojego towarzysza. Jego natomiast przywieźli do domu. Do tego Barnacky wydaje się obwiniać za śmierć mojego ojca. Chciałbym to kiedyś wyjaśnić, jednak teraz nie mam jak.

- Cholera…

- Nigdy nie mówiłeś, że masz taką barwną przeszłość Chris…

- Nie było, o czym mówić. Chciałbym jedynie dostać jeszcze kiedyś okazję porozmawiania z Barnacky’m w cztery oczy…

Reszta podróży przebiegała już w bardziej rozluźnionej atmosferze. Fletcher nawet wdał się w kłótnie z Lunetą na temat swojego imienia, co zaowocowało faktem, ze większość zaczęła zwracać się do siebie nawzajem po imieniu. Nawet Shauri przyłączyła się do tej dyskusji

Link to comment
Share on other sites

Po długiej podróży Chris zauważył wysoki budynek przypominający kształtem supermarket z przed wojny. To musiała być Baza. Bunkier Beta.

Po załatwieniu prostych formalności wjechali do parku maszyn.

- Poszukajcie koszar i ulokujcie nasze rzeczy. Ja pójdę do dowództwa zameldować się.

Żołnierze posłusznie zasalutowali i obwieszeni torbami ruszyli do najbliższego strażnika pytać o drogę. Bunkry posiadały podobną budowę, dlatego Chris miał wrażenie, że wcale nie zmienił swojego miejsca pobytu. Giermek szybko znalazł sztab dowódczy.

- Stopień, Nazwisko i cel przybycia? – Spytał strażnik wręcz mechanicznym głosem.

- Giermek Brandon. Chciałem zameldować swoje przybycie i prosić o rozkazy.

- Możesz wejść giermku.- Strażnik nacisnął kontrolkę na ścianie, po czym drzwi same się rozsunęły.

Na środku sztabu stał wielki stół z rozłożonymi mapami.

- Ty jesteś Brandon tak?

- Tak jest!

- Świetnie! Słuchajcie Brandon. Wyruszycie z drużynami Smuga i Cień do miasta zwanego Quincy. Będziecie stanowić wsparcie ataku, jaki tam prowadzimy.

Chris był trochę zaskoczony tym, co usłyszał. To nie były standardowe procedury Bractwa.

- Jako wsparcie? Ale Sir…

- KWESTJONUJESZ MOJE ROZKAZY ŻOŁNIERZU?!

- Nie Sir, ja tylko…

- CO TYLKO?! TO JEST WOJNA ŻOŁNIERZU LEPIEJ DO TEGO PRZYWYKNIJ!

- Tak jest Sir…

- Świetnie! Zgłosicie się za godzinę w parku maszyn!

Chris szybko wrócił do miejsca, z którego przyszedł. Nie był zadowolony z takiego obrotu sytuacji. Nie zdążył nawet odwiedzić koszar. Nie wie czy jego drużyna w ogóle zdążyła ulokować swoje rzeczy. Zostali przyprowadzeni do parku maszyn przez jakiegoś strażnika. Na twarzach Fletchera i Elizabeth Lunety można było dostrzec grymas niezadowolenia. Skierowany ich do ciężarówki.

Na miejscu widział już grupę dwunastu osób. Uradowało to Chris. Sześcioosobowa drużyna przysługiwała jedynie dowódcom o stopniu paladyna. Przynajmniej będzie walczył wśród doświadczonych żołnierzy.

- Ty, dowódco- zawołał jeden z grupki, – jaki masz stopień

- Giermek- odpowiedział bez wahania. Po chwili jednak zastanawiał się czy nie wzbudzi to kontrowersji. I tak miał za duży skład niż na to pozwalano.

- No to, chociaż tyle. Jestem Paladyn Fennias. Fennias Gore. Dowódca drużyny Smuga. To jest starszy kadet Jon Ceper. Dowódca oddziału Cień.

Wszyscy dowódcy podali sobie ręce. Ceper zdawał się być podenerwowany.

- Musisz mieć duży talent skoro tak szybko zostałeś dowódcą tak licznej drużyny Ceper.

- Ja… nie… cóż…

- Jego drużyna została wczoraj sformowana. I wczoraj też został awansowany na drodze losowania.- Przerwał mu Fennias.

Chris uniósł brwi ze zdziwienia.

- Co takiego? Chcesz powiedzieć, że on nigdy nie dowodził?

- Zgadza się. Mam coraz większe wrażenie, że to misja samobójcza…

Paladyn na chwilę przestał mówić patrząc na przechodzącego strażnika.

- Jak się nazywa ten dowódca? - Szeptał Chris. Zrozumiał, że sytuacja jest, co najmniej niepokojąca.

- Pułkownik Faldmann. Według wielu paladynów, jest bardzo nierozważny lub zwyczajnie głupi. Przez niego straciliśmy wielu żołnierzy w strefach walk. Kilku próbowało mu się sprzeciwić jednak szybko trafili na odległe placówki by nie sprawiać problemów. Wcześniej dowodził ty generał Dekker, ale musiał wyjechać do innego bunkra.

- Rozumiem…

- To przegrana sprawa bracie. Możemy jedynie wykonywać rozkazy i czekać na zmianę sytuacji.

Rozmowy przerwała syrena alarmowa. Żołnierze natychmiast wsiedli do ciężarówki. Chris zdążył zauważyć jeszcze dwie maszyny szykujące się do odjazdu.

- Boże…- pomyślał- Czy ten człowiek w ogóle wie, co robi?

Śpiewnik wymagał, żeby w sytuacji przytłaczającej przewagi przeciwnika wysyłać przede wszystkim doświadczone jednostki w pancerzach wspomaganych, takich jak Paladyna Solo i jego drużyny oraz wsparcie ciężkiego sprzętu. Bractwo Stali nie mogło sobie pozwolić na zbyt pochopną stratę żołnierzy nie mówiąc już o bezcennym ekwipunku.

Droga trwała ponad dwie godziny. Po tym czasie samochód zatrzymał się. Wszyscy żołnierze w dyscyplinowany sposób zeskoczyli z przyczepy wozu. To, co zobaczył Chris całkowicie go zaskoczyło. Ponad setka żołnierzy Bractwa Stali atakowało bazę gangu niewolniczego. Baza była dobrze przygotowana na ataki. Wysokie barykady i stanowiska z ciężkim karabinami maszynowymi skutecznie odpierały fale atakujących żołnierzy.

W głowie Chris nie mieściło się to, co tu widział.

To wszystko nie tak. Przecież Bractwo specjalizuje się w atakach taktycznych. Tworzymy jednostki specjalne a nie regularną armie. Przecież właśnie, dlatego tworzymy tak małe oddziały.

Paladyn Fennias był tak samo zaskoczony. Wyglądał na naprawdę zdenerwowanego. W jego metalowej zbroi odbijał się blask płonących ulic i eksplozji.

- Jasna Cholera!- Wrzasnął nagle podchodząc do jednego z przechodzących żołnierzy-, Kto tu dowodzi młody?

- Dowódcy drużyn Sir. Przecież bractwo nie specjalizuje się w walce frontowej.

Fennias zrobił się prawie purpurowy ze złości.

- To może powiesz mi, kto do ciężkiej cholery kazał wam atakować tą bazę w jednej linii?!

- Dowódcy dostali takie same rozkazy od pułkownika Faldmann Sir. Czy coś nie w porządku Sir?

- Nie w porządku?! Rozejrzyj się. Za chwile wasza linia się rozsypie.

- Pułkownik Faldmann uważa inaczej. Pułkownik Faldmann…

- Dobra młody, daj mi spokój! Idź i zgiń za swojego „pułkownika”

Fennias szybkim krokiem powędrował do Chris. Zauważył, że brakuje Cepera i jego drużyny.

- Gdzie jest Ceper?!

- Pobiegł ze swoją drużyną do frontu. Próbowałem go zatrzymać, ale zaczął mówić coś w stylu „pułkownik Faldmann wie lepiej”

- Jasna Cholera!

Fennias rozejrzał się po polu bitwy. Całe miasto brało udział w walce. Brama bazy była bardzo dobrze strzeżona. Być może boczne przejścia były słabiej chronione. To by nawet miało sens, zwłaszcza, że trwał atak wyłącznie na główne wejście, więc większość Łowców Niewolników musiała zgromadzić się tutaj.

- Chodź Chris. Zrobimy to w stylu Bractwa Stali a nie tak jak mówi ten pseudo dowódca.

Oddziały Potok i Smuga ruszyły bocznymi uliczkami, kierując się na wschód od głównej bramy.

Fennias nieco się uspokoił. Co chwila zdarzało mu się siarczyście zakląć na dźwięk eksplozji, jednak oprócz tego wydawał się być wyciszony. Po chwili nakazał wszystkim zatrzymać się i uklęknąć w kole.

Link to comment
Share on other sites

- Dobra. Zaczniemy tutaj. Chris, pobiegniesz teraz ze swoją drużyną prosto jeszcze jakieś trzy kilometry. Potem zaczniecie skręcać w stronę terytorium ich bazy. Macie na to dziesięć minut. Po tym czasie, my wejdziemy bocznym wejściem od tej strony. Będziemy szli w waszą stronę a wy okopcie się na jakiejś pozycji. W ten sposób łatwiej nam będzie zasiać panikę w ich szeregach. Bandyci zwykle są bardzo strachliwi.

- Tak jest!

- Dobrze… W takim razie zaczynamy!

Żołnierze poderwali się na nogi i rozpoczęli bieg. Chris biegł na przedzie. Tuż obok trzymał się Charlie Fletcher. Reszta biegła za nimi. Na oko próbował odmierzyć, jaką odległość przebiegli. Gdy stwierdził, że jest już dość duża zatrzymał się. Żałował, że nie posiada żadnego zegarka. Jeżeli wyruszy za wcześnie, może zniszczyć element zaskoczenia. Jeżeli za późno, więcej przeciwników ruszy do paladyna Fenniasa. Gdy poczuł, że jego oddech się wyrównuje postanowił ruszyć do ataku.

- Dobra drużyno! Zaczynamy atak!

- Tak jest!

Wszyscy zgodnie zaczęli biec w stronę bazy. Nie natrafili na żaden opór. Tak jak mówił Fennias, wszyscy musieli pilnować głównej bramy.

Po krótkiej chwili dotarli do wysokiej ściany zbudowanej z blach. Ustawiono ją pomiędzy dwoma budynkami. Bandyci musieli zablokować to przejście.

Solidne kopnięcie załatwiło jednak sprawę. Ściana runęła, a drużyna zobaczyła biegnący oddział bandytów.

- Otworzyć ogień!

Fletcher i Shauri otworzyli ogień z karabinów maszynowych. Marco, Zszywacz wstrzymał się od strzelania. Był wyposażony w strzelbę i mógł przez nią więcej zaszkodzić niż przynieść pożytku.

Dziesięcioosobowy oddział przeciwników runął na ziemie nim ktokolwiek zorientował się o zagrożeniu.

Luneta stanęła po prawej stronie od wejścia, Zszywacz i Fletcher zaś po lewej.

Chris razem z Shauri pobiegli na wprost w poszukiwaniu jakiegoś posterunku łatwego do obrony.

- Obrona przed falą wrogów staje się naszą codziennością, co nie?

- Mam nadzieję, że nie wejdzie nam to w nawyk dowódco.

Chris odpowiednio szybko zauważył przechodzącego strażnika. Krótka seria przeszyła jego czaszkę.

- Idź poszukać jakiejś kryjówki, a ja postaram się narobić jakiegoś hałasu, żeby wiedzieli gdzie atakować.

- Tak jest!

Shauri pobiegła przed siebie w poszukiwaniu umocnień. Chris szybko wyciągnął dwa granaty odłamkowe zza paska. Rozejrzał się w poszukiwaniu odpowiedniego celu. W tym samym momencie zobaczył jadącą w ich stronę ciężarówkę.

- Doskonale…- pomyślał.

Rzucił jeden granat w stronę ciężarówki, po czym wskoczył do jednego z mieszkań wewnątrz bazy. Na szczęście było opuszczone. Gdy usłyszał eksplozję wyciągnął zawleczkę i rzucił w kierunku ciężarówki drugi granat.

Plan poskutkował. Samochód rozleciał się na kawałki pozostawiając po sobie wysoki słup czarnego dymu. Jeszcze przez kilka minut dało się słyszeć krzyki umierających łowców niewolników. Wokół dało się wyczuć ohydny smród spalonego ciała.

- Shauri!- Krzyczał wychodząc z budynku

- Tutaj!

Chris zaczął biec w kierunku dziewczyny. Młoda Kadetka pokazała mu wyrwę w ścianie budynku. Już zaczęła nawet ustawiać meble znosząc ją z całego mieszkania.

- Sprawdziłam to miejsce Sir. To jedyne wejście do tego domu. Nikt nas tu nie zaskoczy. Możemy tu zbudować barykadę i poczekać na drużynę Smuga.

- Bardzo dobrze kadecie Shauri

Dziewczyna zarumieniła się, gdy tylko usłyszała komplement.

- Cholera Jasna! Więcej ich nie było?

- Takie życie doktorku. Wielu ludzi trzyma się takich band. Lepiej być łowcą niewolników niż niewolnikiem nie?

Fletcher strzelał w kierunku wybiegających bandytów. Zszywacz zaczął strzelać pistoletem, który znalazł na ziemi.

- Uważajcie na okna!- Krzyczała Luneta. W budynkach czaiło się mnóstwo przeciwników. Strzelali oni jednak z karabinów maszynowych i nie byli w stanie odpowiedni wycelować. Inaczej miała się sprawa Elizabeth i jej karabiny snajperskiego.

Dziewczyna co chwila strzelała w stronę okien. Zdarzało się nawet, że martwi bandyci wypadali przez potrzaskane szyby na ulicę.

- Świetnie Elizabeth- Pochwalił Fletcher.

- Bawisz się w dowódcę czy jak?

- Ktoś musi- Na twarzy Fletchera pojawił się szeroki uśmiech.

- Nie przyzwyczajaj się Charlie.- Krzyknął Chris przybiegając po żołnierzy. Kadet mało nie podskoczył ze strachu.

- Luneta. Pobiegniesz na zachód jakieś trzysta metrów dalej. Kieruj się za wysokim słupem czarnego dymu. Niedaleko zobaczysz tam okopaną Shauri. Waszym zadaniem jest utrzymanie tamtejszej placówki aż do przybycia drużyny Smuga zrozumiany.

- Tak jest dowódco! A co z Fletcher’em i Marco?

- Chłopaki pójdą ze mną. Pobiegniemy w przeciwnym kierunku i będziemy osłaniać wasze tyły przy okazji zabijając tylu sukinsynów ilu tylko napotkamy.

- Mogę się wam przydać.

- Nie Elizabeth. Shauri sama sobie nie poradzi, a my będziemy wchodzić do budynków. Twój karabin nie sprawdzi się na krótkie odległości.

Dziewczyna próbowała znaleźć argumenty, przeciw ale dobrze wiedziała, że Chris miał racje. Im większa odległość tym ona miała większe szanse na zwycięstwo.

- Tak jest Sir…

- Dobra panowie! Za mną!

Drużyna rozbiegła się na ustalone pozycje.

- Skąd ten pomysł Chris? – Spytał Marco

- Nie zauważyłeś jak ich dużo? Gdy się rozdzielimy, łatwiej będzie nam ich likwidować.

- A nie obawiasz się o dziewczyny? – Dodał Fletcher.

- Nie. Dadzą sobie radę. Poza tym, zaraz dołączy do nich drużyna Smuga.

Nagle Chris gwałtownie się zatrzymał. Cała drużyna podbiegła do najbliższej ściany.

- Co się stało?

- Patrzcie!

Fletcher i Zszywacz spostrzegli na ziemi mnóstwo kawałków porozrywanych ciał. Niektóre z trudem dało się zidentyfikować. Niektóre kawałki ubrane były w pancerze Bractwa.

Chris zauważył nawet kawałek stalowej zbroi.

- Co to było?

- Cisza!

Po chwili cała trójka usłyszała głośny ryk jakiegoś dzikiego stworzenia. Następne były krzyki ludzi. Ośmiu Żołnierze Bractwa Stali biegło po ulicy naprzeciwko budynku, przy którym stała drużyna Potok.

Jeden żołnierz zatrzymał się i zaczął strzelać w kierunku, z którego przybiegł. Nagle jakaś czarna postać porwała go tak szybko, że nieszczęśnik nie zdążył nawet krzyknąć. Smuga

Link to comment
Share on other sites

zatrzymała się. Oczom drużyny ukazała się ogromna, bestia wysoka na prawie trzy metry. Miała ramiona długości przeciętnego człowieka zakończone trzydziesto centymetrowym pazurami. Cała postać była zarośnięta gęstą, ciemną sierścią. Tylko ogon, długi na prawie dwa metry był pozbawiony futra. Bestia stała na dwóch nogach, co nie sprawiało jej najwidoczniej większych trudności. Wielka paszcza Przypominała skrzyżowanie psa z krokodylem. Krótki pysk z wystającymi kłami zacisnął się na zwłokach martwego już żołnierza. Na głowie potwora znajdowały się rogi schodzące na dół w stronę pleców. Kształtem przypominały warkocze włosów.

Bestia zręcznie chwyciła swoją ofiarę w łapę, po czym rzuciła ją w kierunku budynku z taką siłą, że ściana pękła, a zmiażdżone od uderzenia zwłoki wpadły do domu.

Potwór wydał z siebie donośny ryk i ruszył dalej w pogoni z uciekającym żołnierzami.

Drużyna Potok stała w bezruchu jeszcze kilka minut całkowicie sparaliżowana strachem.

- Szpon Śmierci…- Wyszeptał Chris. Długo walczył ze sobą zanim przekonał sam siebie, z czym tak naprawdę mają do czynienia.

- Chyba żartujesz?- Spytał Marco, który już teraz był cały blady.

- O czym wy mówicie?

- To był Szpon Śmierci Fletcher. Bestia zrodzona przez promieniowanie. Kiedyś była człowiekiem. Jest piekielnie inteligentna. Kierują się ludzkim rozumem i logiką działania. Wiedzą, kiedy się wycofać, a kiedy wróg nie jest w stanie zrobić im krzywdy. Mają świetny węch, choć wcale go nie potrzebują. Po prostu myślą, gdzie mogłaby schować się ofiara. Nie boją się ani strzałów ani ognia jak inne zwierzęta. Są bardzo silne i niebezpieczne.

- Mają w ogóle jakieś słabe punkty?

- Tak… Często dają się ponieść zwierzęcemu instynktowi jak ten tutaj. Przestają wtedy nad sobą panować. Stają się maszynami do zabijania, które nie odróżniają przyjaciela od wroga. W jaki sposób Łowcy Niewolników pochwycili je?

- Skąd wiesz tak dużo na ich temat?

- Widziałem wioskę prawie doszczętnie wybitą przez takiego stwora. Pięćdziesięciu wyruszyło, żeby zabić tą bestię. Wróciło tylko czterech…

- Cholera…

- Co teraz? – Spytał Marco

- Spróbujemy go zabić, jeśli obierze nas za cel. Nie są nieśmiertelne. Trzeba je… tylko trafić.

- Chris. Strzelałeś kiedyś do pędzącego w twoją stronę zwierzaka, który biegnie szybciej niż jedzie nas samochód? To coś jest zresztą niebezpieczniejsze od czołgu!

- Nie mówiłem, że będzie to proste…

- Chyba raczej wykonalne…- Fletcher cały dygotał. Nigdy w życiu nie widział czegoś takiego. Czegoś, przed czym uciekał prawie trzy razy liczniejszy oddział niż oni.

- Co teraz?- Spytał Charlie.

- Poszukamy kwatery głównej łowców niewolników. Ich dowódcy z pewnością przygotowują ewentualna drogę ucieczki. Musimy im to uniemożliwić.

- Gdzie zaczniemy?

- Proponuje tam- Chris wskazał budynek zniszczonego ratusza miejskiego

- Dlaczego tam?

- Władza zawsze przebywa w budynkach symbolizujących władzę.

Cała trójka zaczęła powoli przemieszczać się w stronę ratusza. Opór łowców był sporadyczny.

Z tego, co dało się usłyszeć i zobaczyć, żołnierze Bractwa Stali przebili się przez frontalną bramę. Byli może kilometr od pozycji Shauri i Elizabeth. Zapewne drużyna Smuga dawno do nich dołączyła.

Chris znajdował się już niecałe pięćdziesiąt metrów od ratusza. Na wysokich szarych schodach stało sześciu strażników.

- Fletcher, dobrze rzucasz? – Spytał dowódca.

- Zależy, czym.

- Powiedzmy, że jest to granat przeciwpancerny.

Chłopak uśmiechnął się, gdy zrozumiał, co jego szef zamierza zrobić.

- Stąd myślę, że dorzucę.

- Trzymaj. Gdy będziesz gotowy, rzucaj a my dobijemy resztę.

- Rozkaz.

Fletcher wziął szeroki zamach i cisnął granat w kierunku schodów. Chris pomyślał, że jego podwładny mógłby grać w sporcie, o którym czytał w bibliotece Bractwa Stali. Zawodnik rzucał piłką w stronę drugiego zawodnika, który musiał odbić piłkę kijem. Wszyscy nosili tam obcisłe spodnie i śmieszne czapki z daszkiem.

Granat trafił prawie perfekcyjnie w środek pozycji strażników. Eksplozja rozerwała czterech najbliższych. Pozostali dwaj wylądowali na ziemi bez rąk i nóg.

- Osłaniajcie mnie! – Krzyknął Chris podrywając się do biegu. Z budynku zaczęli wychodzić strażnicy. Celna seria Fletchera przystopowała ich na tę jedną chwilę, by jego dowódca mógł schować się za wrakiem leżącego samochodu. Po chwili do samochodu podbiegł także Zszywacz.

- Szefie. Strzelajcie w te drzwi! Ja podbiegnę naokoło i zrobię wreszcie użytek z mojej strzelby.

- Jak uważasz Marco!

- Medyk zaczął biec w stronę ratusza. Chris natychmiast otworzył ogień w pozycji leżącej przez okno samochodu w stronę drzwi. Choć łowcy niewolników nie pokazywali się, było pewne, że nadal tam są. Gdy Zszywacz dobiegł do budynku pokiwał głową w stronę dwójki z drużyny. Wszyscy wstrzymali ogień. Nie trzeba było długo czekać, żeby łowcy zaczęli ostrożnie wychodzić. Nie zdążyli jednak zauważyć stojącego obok mężczyzny w średnim wieku ze strzelbą w dłoni. Najbliższy łowca został przestrzelony na wylot tak, że pierwszy strzał ranił kilku obok. W ciągu zaledwie dziesięciu sekund, Marco zabił prawie dwunastu wychodzących łowców. Po chwili pomachał w stronę Chris i Charliego, by ci podbiegli do niego.

- Nie wiedziałem, że tak dobrze strzelasz staruszku- Zażartował Fletcher

- Może pewnego dnia się czegoś ode mnie nauczysz synku.

- Pogawędki zostawcie sobie na później. Wiedzą o naszej obecności. Plan wygląda tak. Wrzucam ostatni granat do środka. Czekamy na wybuch. Wbiegamy i strzelamy do wszystkiego, co trzyma broń w naszym kierunku.

Członkowie drużyny pokiwali głowami na znak zgody. Chris chwycił ostatni granat.

Wyciągnął zawleczkę i cisnął go w korytarz wejściowy.

Wybuch wstrząsnął całym budynkiem.

- Gdzie oni są?!

- Kto?

- Drużyna Smuga Shauri. Powinni już tu być. Niedługo zabraknie nam amunicji.

- Ich też jest coraz mniej. Ten słup dymu był dobrym pomysłem. Jeżeli to nie wystarczy, żeby wszystkich ściągnąć to już nie wiem co.

Nagle łowcy przestali strzelać w stronę okopanych pozycji Potoku. Dziewczyny także wstrzymały ogień.

- Coś się zbliża – Szeptała Shauri

- Co takiego?

- Coś… dzikiego… Lepiej się schowajmy.

Shauri nagle skierowała głowę w stronę zachodniego krańca ulicy. W ich kierunku zbliżała się dziwna postać. Jakby wysoki człowiek biegł do nich z zawrotną prędkością.

Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


×
×
  • Create New...