Jump to content

Fallout Tactics - opowieść bohatera


Superkarpik
 Share

Recommended Posts

Chris szedł przed siebie szybkim krokiem zaglądając do każdego pokoiku po drodze. Gdy tylko zobaczył jakąś osobę natychmiast otwierał do niej ogień. Nie dbał o to czy jest to jeniec. Każdy człowiek z bronią naprzeciwko niego był teraz jego wrogiem.

Zatrzymali się przy mapce kompleksu przybitej do ściany. Wielka niebieska kartka z rozrysowanym planem budynku była chroniona przez grubą plastikową szybę.

- Tutaj. – Wskazał palcem na mapie. – Tunel ewakuacyjny. Sukinsyny dobrze się przygotowały…

- No to biegniemy!- krzyknął Fletcher w tym samym czasie posyłając serię w stronę wytatuowanej kobiety z karabinem w ręku.

Drużyna szybko znalazła przejście do piwnic. Schodzili dosyć długo. Być może budynek był przygotowany na ewakuację w razie wojny. Na samym dole zobaczyli stalowy właz zamykany metalowym kołem.

- Otworzę to i zajrzę do środka.

- Ok dowódco.

Shauri położyła się przyciskając jak najmocniej do ściany barykady. Szybko pociągnęła do siebie Lunetę, tak, że obie leżały na sobie twarzami do siebie.

- Co ty…

- Ciiiii

Nagle dziewczyny usłyszały donośny ryk a potem krzyki ludzi i strzały z broni maszynowych.

Po chwili wszystko ucichło. Dało się jedynie dosłyszeć głośne sapanie bestii.

Shauri zamarła, gdy usłyszała kroki potwora. Kroki w ich stronę. Potwór oparł wielkie łapy na barykadzie. Shauri zacisnęła oczy. Czuła na sobie powietrze wydychane przez nozdrza stworzenia. Nagle dało się słyszeć głośny wybuch. Bestia zaczęła się rozglądać. Po kilku minutach usłyszeli podobny wybuch. Stwór zostawił miejsce, które znalazł i pobiegł w kierunku wybuchu. Luneta cała dygotała. Miała łzy w oczach.

- Co… to… gdzie to poszło?

Shauri lekko podniosła głowę patrząc przez okno w stronę potwora.

- Biegnie w stronę tego wysokiego białego budynku. To chyba ratusz miejski.

Chris otworzył właz, czemu towarzyszyło donośne skrzypnięcie.

Z wnętrza drużyna usłyszała jakiś krzyk.

- Już tu są! Szybko! Odjeżdżamy!

- Cholera jasna! Schodzimy! – Chris zeskoczył na dół łapiąc się drabiny podczepionej do włazu. Łowcy Niewolników siedzieli na dwóch wojskowych ciężarówkach. Pojazdy z piskiem zaczęły odjeżdżać. Ich pasażerowie strzelali w stronę żołnierza Bractwa. Chris przycelował w oponę jednego pojazdu. Samochód po kilku przejechanych metrach przewrócił się na bok pod wpływem kołysania. Dowódca Potoku szybko podbiegł do naczepy chronionej namiotem. W środku zobaczył poprzewracanych mężczyzn. Jeden miał rozciętą ranę na głowie. W momencie, gdy jeden z nich podniósł broń w kierunku Chrisa, ten bez słowa rozstrzelał wszystkich w środku. Drugi samochód odjechał. Po chwili dołączyli do niego Fletcher i Zszywacz.

- Przeszukaj ich Charlie. Może mają jakieś dokumenty. Zszywacz, ty pójdziesz ze mną.

Dwójka żołnierzy poszła w kierunku przodu ciężarówki. Kierowca i jego pasażer nadal żyli. Obaj zostali wyciągnięci.

- Marco, zwiąż tych sukinsynów. Będą dobrym źródłem informacji dla Bractwa Stali.

Medyk znalazł w samochodzie długą linę. Związał obu łowców plecami do siebie.

Jeden z nich był nieprzytomny. Drugi nerwowo się rozglądał.

- Ja o niczym nie wiem! Wypuście mnie!

- Dowiemy się czy nic nie wiesz…

Nagle wszyscy usłyszeli głośny ryk potęgowany długim tunelem.

Więzień zaczął się jeszcze bardziej rzucać.

W głowie Chrisa kłębiły się najgorsze scenariusze.

Tylko nie on. Boże, tylko nie on.

W stronę trójki żołnierzy Bractwa Stali kroczył trzymetrowy Szpon Śmierci.

Stwór szedł bardzo powoli. W zachowaniu w ogóle nie przypominał tamtej bestii, która rozszarpała dziewiątkę żołnierzy.

- Żadnych gwałtownych ruchów. Może nie uzna nas za wrogów.

- To nie jest zwykłe zwierze Fletcher. On kieruje się rozumem.

- Masz rację człowieku.

Chris szeroko otworzył oczy, gdy usłyszał gardłowy ton wydobywający się z potwora.

- Ty… mówisz?

- Owszem, mówię.

- Więc nas nie zaatakujesz?

- Tego nie powiedziałem. Usłyszałem wybuch w bazie moich panów. Jak widzę przybyłem w samą porę.

- Przecież oni cię więżą. Nie chcesz się od nich uwolnić.

Szpon Śmierci donośnie zawył.

-  Przyznaję, muszę wykonywać ich polecenia, ale dzięki temu jestem w miarę bezpieczny. Zapewniają mi pożywienie i rozrywkę w postaci walk.

- Czego od nas chcesz?

- To dobre pytanie człowieku. Myślę po prostu, że chcę… - Szpon Śmierci opadł na cztery łapy i obnażył ostre kły – wyssać szpik, z waszych kości!

- Strzelać!

Cała trójka zaczęła strzelać w kierunku szarżującego potwora. Bestia z łatwością unikała trafienia skacząc po ścianach.

- Na boki! – Wrzasnął Chris, gdy przeciwnik był niecałe trzy metry od nich.

Zwierze przeleciało przez pozycje drużyny Potok i zatrzymało się kilka metrów dalej.

- Ognia!

Tym razem serie z karabinów maszynowych ugodziły bestię. Stwór zawył donośnie. Z jego przedniej łapy oraz brzucha skapywała gęsta krew.

- Trafiliśmy go!

Bestia po raz kolejny zawyła. Z jej paszczy toczyła się piana. Gdy oddział znowu zaczął strzelać, unikała strzałów z nieludzką szybkością. Żołnierze z trudem mogli dostrzec jej ruchy.

Szpon Śmierci przeszedł do ataku. W mgnieniu oka znalazł się pomiędzy Chrisem i jego kompanami. Bestia zaatakowała ogonem Fletchera, odrzucając go na kilka metrów. Nim pozostała dwójka zdążyła zareagować, kolejny cios, tym razem wymierzony łapą powędrował w stronę medyka. Stwór przycisnął go do ziemi. Zszywacz zaczął się krztusić. W tym samym momencie Chris z całej siły uderzył potwora barkiem. Udało mu się nie tyle, że przewrócić przeciwnika, co odepchnąć go od rannego. Szybko podniósł broń leżącego obok kompana. Potwór znowu wstał na tylnie łapy. Jego wzrost był wręcz imponujący. Szpon Śmierci zaatakował Chrisa, jednak ten zablokował uderzenie ustawiając poziomo strzelbę towarzysza. Przez kilka chwil siłował się z tym zmutowanym wybrykiem natury. Czuł palący ból ramion. Zacisnął zęby i napierał z całej siły, jednak jego wysiłki zdawały jedynie bawić potwora. W jednym momencie zaczął napierać na ostatniego stojącego żołnierza ze zdwojoną siłą. Kolana giermka zaczęły się uginać. W nagle wykonał opad na plecy przewracając bestię. Silny kop, jaki jej przy tym wymierzył prawie nie odniósł skutku. Przeciwnicy stanęli naprzeciwko siebie. Chris ledwo trzymał się na nogach. Nie wiedział, co robić. Jak zabić to bydle? Być może Solo albo Maximus wiedzieliby…

W pewnym momencie u góry dało się słyszeć strzały i krzyki. Wszyscy wiedzieli, co to znaczy. Oddziały Bractwa Stali zdobyły bazę i w tym momencie przeczesywały budynek.

- Później cię zabiję człowieku – Szpon Śmierci w jednej chwili uspokoił się i wyrównał oddech.

- Skoro tak twierdzisz…

Bestia odwróciła i pobiegła w kierunku tunelu. Po kilku chwilach zniknęła z oczu dowódcy drużyny. Chris przyklęknął i zaczął cucić medyka.

- Zszywacz! Zszywacz, żyjesz? Odezwij się! Zszywacz!

Marco zakaszlał wypluwając krew.

- Zabiorę cię stąd Zszywacz. Fletchera też. Was obu. Fletcher!

Fletcher podniósł się z ziemi. Trzymał się za prawą rękę. Miał rozcięty łuk brwiowy i policzek.

- Chyba z tego wyjdę. Co z doktorkiem? – Wybełkotał.

- Nie wiem. Musimy go wynieść na górę. Są tam żołnierze Bractwa.

- Chris… Ty sam przegoniłeś tego Szpona Śmierci…

- Wydaje mi się, że raczej uciekł, bo pojawiły się posiłki.

- Tak, ale podjąłeś z nim walkę. Jesteś niesamowity.

Chris nic nie odpowiedział. Patrzył cały czas na Zszywacza. Po dłuższym czasie udało im się bezpiecznie przenieść towarzysza przez właz.

Na górze o mały włos nie zostaliby rozstrzelani przez oddział szturmowy.

- Wstrzymać ogień kretyni! Jesteśmy z Bractwa Stali! Mamy rannego.

Żołnierze zatrzymali się.

- Kto tu dowodzi?

- To ja. Starszy kadet Jon Bron.

- Giermek Chris Brandon. Przejmuję dowodzenie. Zabierzcie tego żołnierza do szpitala polowego.

- Nie zrobiliśmy szpitala polowego Sir.

- Więc znajdźcie lekarza do cholery! Udzielcie mu pierwszej pomocy!

- Tak jest Sir!

Pozostała dwójka udała się w stronę widocznego jeszcze słupa dymu. Musieli się upewnić, czy Shauri i Elizabeth nadal tam są. Po dziesięciu minutach dobiegli do pozycji. Obie dziewczyny nadal tam były. Luneta miała założony bandaż na lewej ręce.

- Chris! Wszystko w porządku?

- Zszywacz jest ranny. Zajęli się nim lekarze. Poza tym chyba wszystko gra. Gdzie jest Fennias?

- Nie zjawił się. Ani on ani żaden członek drużyny Smuga.

Drużyna chwilę porozmawiała o przebiegu całej bitwy, sposobie dowodzenia i o dziwnym stworzeniu, które widziały także dziewczyny. Jeszcze ponad trzy godziny trwały walki w mieście. Było to raczej rozprawianie się z maruderami. Drużyna Potok nie wzięła w tym udziału. Jak się później okazało, jeńcy pochwyceni przez Chrisa zostali zabici na miejscu przez tych samych żołnierzy, którzy zaopiekowali się Zszywaczem. Pomimo, że kierowca i pasażer byli związani, uznano ich za niebezpiecznych i niezwłocznie zastrzelono.

Chris razem z Fletcherem osobiście zanieśli rannego Marco do swojego samochodu.

Po końcowej odprawie odjechali. Nikt nie miał żadnych informacji dotyczących statusu poległych, rannych, zaginionych. Wszystko było niewiadome.

Po kilku godzinach jazdy wrócili do bazy. Chris chciał wyjaśnić wszystkie sprawy. Chciał dowiedzieć się co się stało z Fenniasem i jego drużyną.

Link to comment
Share on other sites

  • Replies 108
  • Created
  • Last Reply

Top Posters In This Topic

Zgodnie z życzeniem, zaczynam marudzenie.

Wszystkie jego rzeczy już dawno znajdowały się w samochodzie. Oparł się o maskę samochodu

powt

Zaczął jeździć ręką po symbolu Bractwa Stali namalowanego ciemno niebieską farbą

NamalowanYM. To symbol był namalowany, a nie Bractwo.

Do tego trochę literówek i interpunkcyjnych błędów, ale ogólnie chyba wszystko w porządku ;]

Rozdział długi i dynamiczny. Rozkręcasz się :)

Link to comment
Share on other sites

  • 4 weeks later...

8. Raport

W miarę zbliżania się do bunkra Beta, Chris odczuwał coraz większą wściekłość. Zszywacz leżał nieprzytomny na tylnim siedzeniu. Elizabeth także odniosła obrażenia. Odłamek trafił ją w lewe ramie. Fletcher wyglądał o wiele gorzej. Miał otwarte złamanie prawej ręki. i rozcięty łuk brwiowy. Obficie krwawił. Prowizoryczny opatrunek i środki przeciwbólowe to za mało na takie rany. Chris był zły na samego siebie. Jeżeli, Marco zginie, to będzie jego wina. Nie powinni się rozdzielać. Gdzie do cholery była drużyna Smuga?! Ten Atak był całkowicie źle zaplanowany, jeżeli w ogóle istniał jakiś plan. Bractwo jest zbyt małe by atakować takie bazy w otwartych starciach. Kto dał pułkownikowi, Faldmannowi dowództwo?

Drużyna Potok dojechała do bazy późnym wieczorem. Prawie godzinę trwała legitymizacja ich pojazdu. Gdy wreszcie dojechali do Parku Maszyn, na środku stała grupa żołnierzy trzymająca butelki z alkoholem. Powitali Chrisa i jego drużynę brawami. Otwierali szampana, jedni nawet głośno gwizdali.

- Jadą Zwycięzcy! – Krzyczał ktoś w tłumie. Shauri siedząca na obok dowódcy przyglądała się tłumowi mrużąc oczy. Piętnastoosobowy tłum. Każdy trzymał butelkę z na pojem. Coś tu jednak nie grało. Każdy z nich był w pełnym uzbrojeniu. Niektórzy nosili stalowe pancerze.

- Zaparkuję i poproszę o pomoc w wyniesieniu naszych.

- Chris nie! – Pisnęła przerażona dziewczyna – Coś tu nie gra

- O czym ty mówisz? – zdziwił się dowódca.

- Przyjrzyj się. Jak na pijanych, to świetnie zachowują równowagę.

- Nie możemy wiecznie siedzieć w samochodzie. Będę ostrożny Shauri.

Chris wysiadł z samochodu. Tłum od razu ruszył do niego chwytając go za ramiona i poklepując po plecach.

- Nieźle stary! – Krzyczeli – Świetnie ci poszło!

To była ostatnia rzecz, jaką usłyszał. Następnie jeden z żołnierzy rozbił na jego głowie butelkę szampana.

Obudził się na białym łóżku przypięty pasami. Czy ja zawszę muszę kończyć misje w szpitalu? - Pomyślał.

Na głowie miał założony bandaż. Dopiero po chwili zaczął sobie wszystko przypominać.

Zaczął wierzgać na wszystkie strony, ale nie mógł się uwolnić.

- Spokojnie żołnierzu – Zawołał go starszy głos. – Jeszcze nie odzyskałeś sił po misji. To cud, że przeżyłeś.

Chris zobaczył siwiejącego człowieka w szarym fartuchu. Nosił duże, okrągłe okulary. Był dosyć niski i ciągle się garbił.

- Co się stało?

- Nie pamiętasz? W trakcie eksplozji granatów stałeś przy oknie ratusza. Kilka fragmentów szkła utkwiło ci w głowie. Na szczęście na czas dotarli do ciebie sanitariusze. Powinieneś bardziej uważać żołnierzu.

- Co? Przecież ja dotarłem…

- Spokojnie żołnierzu. Dzielnie walczyłeś. Należy ci się odpoczynek

- Gdzie mój oddział?

- Leżą w Sali obok. Wszyscy mają się dobrze. Chyba tak samo jak ty mają zaniki pamięci. Ten młody chłopak ciągle powtarza, że pokonałeś szpona śmierci. Niebywałe. Pamiętasz coś takiego?

- Tak ja…

- Niemożliwe. Przecież w kompleksie, jaki atakowaliście NIE BYŁO SZPONÓW ŚMIERCI.

- Ale…

- Cierpisz na zaniki pamięci żołnierzu. Musisz odpoczywać.

- Mogę się zobaczyć z moimi ludźmi?

- Nie widzę ku temu przeciwwskazań.

Lekarz odpiął Chrisa i wskazał salę obok. Na drzwiach była przypięta mała kartka z nazwą drużyny i nazwiskami jej członków.

Gdy tylko otworzył drzwi zobaczył Marco leżącego na łóżku. Miał podłączone do ciała różnego rodzaju kable i przewody. Urządzenie po prawej stronie łóżka wygrywało rytm tętna pacjenta. Obok leżał Fletcher. Wyglądał o wiele lepiej. Miał zabandażowaną głowę i rękę w gipsie. Luneta siedziała spokojnie na fotelu z opatrunkiem na ramieniu. Gdy zobaczyła swojego dowódcę, poderwała się na nogi i zaczęła biec w jego stronę.

- Chris! – Dziewczyna zaczęła płakać. Przytuliła się do dowódcy obejmując go tak mocno jak pozwalał jej opatrunek.

- Co się stało?

- Wmawiają nam, że to, co zrobiliśmy było nieprawdziwe. Że nie widzieliśmy tej bestii. Zaprzeczają nawet, że był atak na główną bramę. Twierdzą, że były tylko trzy oddziały: Smuga, Cień i Potok.

- Gdzie jest Fennias?

- Tylko nasza drużyna wróciła do bazy.

- Pamiętam, że zaatakowali nas żołnierze zaraz po tym jak przyjechaliśmy.

Luneta nagle ucichła. Usiadła z powrotem na fotel patrząc w ziemie.

- Zagrozili, że jak będziemy się sprzeciwiać, nie udzielą pomocy Zszywaczowi i Charliemu…

Chris nie mógł uwierzyć w to, co słyszy

- Gdzie jest Shauri?

Luneta nic nie odpowiedziała. Kiwnęła tylko głową w stronę drzwi. Dopiero teraz chłopak zauważył dziewczynę siedzącą na podłodze. Była naga, okryta jedynie grubym kocem. Jej twarz była cała posiniaczona. Cały czas patrzyła w ścianę, w ogóle nie przejmując się tym, co działo się w Sali.

- Kiedy ogłuszyli już ciebie – zaczęła szeptem Elizabeth – Sprawdzali, którzy członkowie drużyny są przytomni. Na siłę zaczęli wyciągać Shauri z samochodu. Rozerwali jej cały strój. Próbowała się bronić, ale jeden Sukinsyn zaczął ją bić. Gdy już była ledwo przytomna, zerwali z niej resztę ubrań i zawlekli do koszar żołnierskich. Potem odnieśli ją tutaj. Lekarze opatrywali jej rany, jednak następnego dnia znowu po nią przyszli. I tak już trzy dni.

W Chrisie znowu zaczęła wzbierać wściekłość. Nie liczył się już ból rany na głowie. Nie liczyła się prawda o Szponie Śmierci. Nie liczył się Fennias ani nawet Barnacky. W tym momencie liczyła się jedynie Shauri.

- Hej, dziwko! – Do pomieszczenia weszło trzech żołnierzy w skórzanych pancerzach. Jeden z nich miał długie blond włosy splecione w kitkę i kozią bródkę. Od razu podszedł do Shauri chwytając ją za włosy.

- Chodź. Chłopaki chcą się zabawić. – Jego towarzysz wtórowali mu śmiechem.

- Zostawcie ją…

- Co?

Trzej żołnierze zobaczyli idącego powoli w ich stronę chłopaka. Nie miał na sobie pancerza, ba, nie miał przy sobie żadnej broni. Do tego miał opatrunek na głowie. Ale to nie przeszkadzało mu w wygrażaniu się.

- Zostawcie ją natychmiast…

- Spieprzaj koleś! Byliśmy pierwsi! Lepiej…

Blondyn nie dokończył zdania, bo pięść chłopaka uderzyła go prosto w twarz. Mężczyzna runął na ziemie krwawiąc obficie. Nim jego towarzysze zdążyli zrozumieć, co się stało, Chris był już przy następnym. Silny cios w brzuch powalił kolejnego przeciwnika.

- Masz się za mocnego, co?!

Ostatni żołnierz próbował kopnąć Brandona w klatkę piersiową, jednak ten zdążył zrobić unik. Giermek chwycił nogę mężczyzny i uderzył z całej siły w kolano. Jego przeciwnik zaczął przeraźliwie krzyczeć próbując się uwolnić. Chris wymierzył mu jeszcze jeden cios w twarz. To jeszcze nie koniec – Pomyślał – Znajdę tego sukinsyna. Zabiję go… Zabije…

- Zostań tutaj Shauri. Zaraz wracam.

Chris dosłownie kipiał ze złości. Szedł bardzo szybko, a bójka w skrzydle szpitalnym tylko go pobudziła. Na korytarzu widział wielu żołnierzy i skrybów. Wielu patrzyło dziwnie na niego. Gdy dotarł do koszar drzwi były otwarte na oścież. W środku można było wyczuć ostry zapach alkoholu.

- No nareszcie! – Wrzasnął brunet siedzący na środku Sali – Gdzie ta dziwka?

- Więc to ty…

- Co ja ?

- To ty ją uderzyłeś.

- No i co z tego? Jak się szmata rzucała to trzeba ją było uspokoić.

Dalszą rozmowę przerwał im Skryba, który wszedł do pokoju.

- Czy któryś z was to Chris Brandon? – Zawołał.

- Tak, to ja.

- Pułkownik Faldmann chce cię widzieć żołnierzu.

- Czy nie może to poczekać dosłownie kilku minut?

- Obawiam się, że nie. Pułkownik Faldmann życzy sobie abyś stawił się u niego natychmiast.

Chris ruszył z koszar prosto do skrzydła dowódczego. Jeżeli te gnojki znowu spróbują dotknąć Shauri to…

- Nazwisko, drużyna i stopień – zawołał strażnik sztabu

- Giermek Chris Brandon, drużyna Potok.

- Możesz wejść

Pułkownik Faldmann siedział za biurkiem z rękoma za głową.

- I jak tam bohaterze?

- Nie rozumiem Sir.

Chris był zdziwiony powitaniem pułkownika, zwłaszcza po tym jak poprzednio na niego nawrzeszczał.

- Jesteś bohaterem. Ty i cały Potok. Należą wam się gratulacje.

-Jak to?

- Razem z drużynami Smuga i Cień zdobyliście Bazę łowców niewolników z Quincy.

- Nie działaliśmy przecież sami pułkowniku. Przecież atak na główną bazę…

- Razem z drużynami Smuga i Cień zdobyliście Bazę łowców niewolników z Quincy – powtórzył pułkownik.

Chris wreszcie zdał sobie sprawę, co tu się działo. Pułkownik próbował zatuszować swoją nieudolność.

- Rozumiem pułkowniku. Już wszystko jest dla mnie jasne.

- Świetnie Brandon. Musicie to podpisać.

Chris dostał do ręki niewielką kartkę:

Raport dnia 24. 07

Kryptonim: Quincy

Drużyna Smuga (Jon Ceper)

Drużyna Cień (Fennias Gore)

Drużyna Potok (Chris Brandon)

Wszystkie trzy drużyny przeprowadziły skoordynowany atak na bazę łowców niewolników. Każda drużyna miała określony cel działania, którym kierowała się od początku do końca.. Dzięki waleczności drużyny Potok oczyszczono drogę do ratusza – głównej siedziby wroga. Niestety, z powodu silnego oporu i rannych żołnierzy, zostali zmuszeni do odwrotu. Drużyna Smuga zdobyła ratusz i zabezpieczyła przyczółek. Drużyna Cień została rozbita w trakcie walk. Do bunkra Beta dotarła niestety tylko drużyna Potok. Samochód drużyny Smuga został zniszczony, przez minę pułapkę. Straty uznano za akceptowalne. Operacja zakończyła się sukcesem.

Link to comment
Share on other sites

Chris przez chwilę nie wiedział, co to jest. Przecież to była totalna bzdura. Coś takiego się nie wydarzyło.

- Nie ma słowa o Szponie Śmierci…

- Jakim Szponie Śmierci Brandon?

- Nieważne Pułkowniku. To nieistotny szczegół.

Chris podpisał dokument.

- Tak lepiej. Chciałbym ci także pogratulować awansu Rycerzu Brandon.

- Dziękuje panie pułkowniku.

- Czy jest coś jeszcze Rycerzu Brandon?

- Tak Panie Pułkowniku. Zachowanie żołnierzy.

- O co chodzi?

- Moja Podwładna, Shauri Kashilo została…

- Słyszałem o tym Brandon, mam nadzieję, że wyciągniesz z tego odpowiednie wnioski i konsekwencje.

- Czy pan pułkownik pozwala mi…

- Shauri Kashilo zostanie ukarana.

- Jak to?

- Nie znacie podstawowych praw Bractwa Stali? Za uszkodzenie pancerza należy się tydzień karcelu.

- Ale pułkowniku przecież…

- Czy powinienem zmienić karę na stratę pancerza?

Chris wiedział od Paladyna Laichera, że za stratę czegokolwiek w Bractwie obowiązuje kara śmierci.

- Nie trzeba panie pułkowniku. Chciałbym jednak zgłosić się do przeniesienia kary na mnie. Ja jestem jej dowódcą i to była moja wina.

- To bardzo chwalebne Brandon, jednak twoja podopieczna musi ponieść konsekwencje swojego zachowania.

- Przecież napadli ją żołnierze!

- Naprawdę Brandon? A macie na to jakiś świadków? Kogoś, kto może to potwierdzić?

- Jej pancerz jak i całe ubranie zostało rozerwane w Parku Maszyn, podczas gdy mnie…

- No no, Brandon. Bez pochopnych wniosków. Byłeś ciężko ranny.

- To, dlaczego ona jeszcze nie dostała nowego ubrania?

- Nie jestem opiekunką żołnierzu. Myślę jednak, że ten stan utrzyma się jeszcze przez kilka dni. Przynajmniej dopóki nie znajdziemy dla niej nowego umundurowania.

- Ale…

- To wszystko Brandon. Wracaj do szpitala doglądać znajomych albo do kwatermistrza po nowy sprzęt. Jutro zgłoszą się do Kashilo strażnicy i zabiorą ją do izolatki. Gdy cały twój skład będzie w pełni gotowości bojowej stawisz się u mnie po nowe rozkazy.

- Tak jest pułkowniku…

Chris wyszedł ze sztabu. Ruszył prosto do kwatermistrza. Chciał jak najszybciej załatwić nowy ekwipunek Shauri.

Tutejszy zarządca wyglądał na powolną osobę. Był bardzo gruby i niski. Całe jego ubranie było poplamione olejem.

- Witam. Coś pomóc?

- Rycerz Chris Brandon. Chciałbym uzyskać dostęp do pancerza skórzanego, model żeński. Średni wzrost. Szczupła.

- W tym momencie nie posiadamy damskich pancerzy. Będą najszybciej w przyszłym tygodniu.

Co za zbieg okoliczności – pomyślał Chris.

-Jaki ekwipunek przysługuje Rycerzowi?

- Jako Rycerz otrzymasz stalowy pancerz i nową broń.

- Nowy pancerz?

- Tak. Nie jest to może Pancerz wspomagany, jaki noszą paladyni, ale zapewnia lepszą ochronę niż skóra.

- A ta nowa Broń?

- To zaawansowany karabin szturmowy. Celownik laserowy, duży magazynek i lekka budowa.

Chris szybko poszedł na zaplecze ubrać nowy sprzęt i przypasować się do nowej Broni.

Pancerz leżał na nim wręcz idealnie. Jako, że płyt był cieńsze nie ograniczały tak bardzo ruchu jak pancerz skórzany.

- Dziękuję kwatermistrzu. Wrócę za tydzień po pancerz żeński.

- Noo, będą tak za tydzień albo dwa…

Chris szybkim krokiem wrócił do skrzydła szpitalnego. Faldmann wiedział, że będzie próbował zdobyć ubranie od Kwatermistrza.

Gdy wrócił Fletcher był już przytomny. Shauri nadal siedziała w kącie. Ktoś także posprzątał ciała trzech żołnierzy.

- Co się stało z tamtymi trzema? – Spytał

- Jakimi żołnierzami? – Odpowiedziała z uśmiechem Luneta.

Chris pochylił się nad Shauri. Nadal nie reagowała na jego obecność.

- Shauri. Shauri spójrz na mnie.

Dziewczyna bardzo powoli podniosła głowę. Była cała poobijana.

- Dorwę tego sukinsyna Shauri. Przyrzekam.

Dziewczyna znowu zaczęła patrzeć na podłogę. Chris złapał ją delikatnie za twarz by znowu patrzyła prosto na niego.

- Jesteś silna Shauri. Silniejsza niż to. Będzie dobrze.

- Hej Chris. Co to za wdzianko? – Charlie jak zwykle próbował rozładować atmosferę swoją bezpośredniością.

- Dostałem awans. Zostałem rycerzem. Dowiedziałem się także, że mogę was awansować samodzielnie.

- Daj mi Generała – Zaśmiał się Fletcher.

- Aż tak świetnie nie jest. Mogę was awansować do stopnia starszego giermka.

- Też nieźle na początek

- Co z nim? – Spytał patrząc na Zszywacza. Chris nadal martwił się o jego stan.

- Wyjdzie z tego. Kilka razy już się przebudził.

- To dobrze.

Nagle do pomieszczenia weszło dwóch strażników w pancerzach wspomaganych identycznych jak te paladynów. Każdy z nich miał na prawym naramienniku wygrawerowaną koronę. Drużyna Generalska pułkownika Faldmanna.

- Mamy zabrać Kadet Shauri Kashilo do izolatki.

- Nie jest już kadetem. To starszy giermek.- Wtrącił Fletcher.

- Stopień nie gra roli żołnierzu. Został wydany rozkaz.

- Przecież… - Chris uciszył go skinieniem ręki.

- Rozmawiałem już z pułkownikiem Faldmannem. Powiedział, że przyjdziecie dopiero jutro.

- Zdecydował, że im szybciej trafi do karcelu tym szybciej z niego wyjdzie.

- Dobrze, w takim razie zapewnijcie jej jakiś ubiór. Chyba nie chcecie, żeby tam szła w samym kocu?

- Nie, nie chcemy. Koc jest własnością skrzydła szpitalnego i zostaje tutaj.

- Co?!

Jeden z żołnierzy poderwał Shauri do góry zdzierając z niej okrycie. Próbowała się zasłaniać, lecz żołnierz skrępował jej ręce z tyłu kajdankami.

- To chyba nie jest konieczne. – Wtrącił Chris

Drugi wojownik zaczął obscenicznie patrzeć na piersi Shauri.

- Myślę, że jednak tak. – Powiedział kładąc metalową rękawice na piersiach dziewczyny i jeszcze niżej…

Chrisa ogarnęła wściekłość. Te dranie dobierały się do niej a on nic nie mógł na to poradzić. Drużyna Generalska stała nawet ponad Paladynami.

- Dobra, zabieramy ją.

Gdy żołnierze wychodzili jeden z nich położył rękawice na pośladku dziewczyny.

Chris stał chwilę w milczeniu. Wiedział, że dziewczyna od razu nie trafi do Karcelu. Może nawet nie będzie tam sama. Dopiero, co zaczęła się otwierać na obcych… Dopiero, co zaczęła ufać innym…

Link to comment
Share on other sites

9. Niewygodny Sojusz i wybawienie

Od czasu aresztowania Shauri minęły dwa miesiące a ona nadal nie została wypuszczona. Chris codziennie przychodził do aresztu. Strażnicy zawsze zbywali go tak samo. „Dziewczyna jeszcze nie odpracowała swoich win”

Kilka razy jeździł z Lunetą i Fletcherem na patrole. Charlie dzięki rekonwalescencji powrócił już do zdrowia. Zszywacz także czuł się dobrze, ale nie mógł jeszcze opuścić bazy. Powrót do zdrowia medyka był jednak błahostką w porównaniu z losem dziewczyny zamkniętej w izolatce. Chris cały czas w myślach widział twarz tamtego bruneta z koszar, który zaatakował Shauri jako pierwszy. Gdy Zszywacz mógł już swobodnie chodzić, drużynę Potok uznano za w pełni sprawną do działania. Dlatego też wyznaczono im misję specjalną.

- Nareszcie możecie się na coś przydać Brandon – zaczął pułkownik Faldmann

- Nadal nie mamy pełnego składu. Nie możemy wyruszać.

- Nie przesadzajcie żołnierzu. To tylko jedna dziewczyna. Spiszcie się dobrze, a może załatwię jej zwolnienie warunkowe.

- Z dwumiesięcznej izolatki, w której miała przebywać tylko tydzień?

- Właśnie tak – Faldmann całkowicie zignorował sarkazm Chrisa. – Waszym zadaniem będzie namierzenie i zneutralizowanie Bandy łowców niewolników. Podejrzewamy, że to ci sami, którzy uciekli z Quincy.

- Doprawdy? Przecież atak na bazę w Quincy był perfekcyjnie zaplanowany. Niemożliwe, żeby komuś udało się uciec. – Chris pozwolił sobie na ironiczny ton także tym razem.

- Jest to mało prawdopodobne, ale możliwe, że to oni – Wycedził przez zęby. Faldmannowi wyjątkowo nie spodobała się ta uwaga.

- Jakie są ich współrzędne?

- Podróżują w tym kwadracie – pułkownik wskazał niewielki okręg na mapie.

- Bardzo chętnie udałbym się na tę misję panie pułkowniku, ale nie mogę wyruszyć, jeżeli nie będę miał odpowiedniej liczby ludzi.

- Właśnie, dlatego wyruszy z wami drużyna Kieł.

- Kieł?

- Właśnie tak. Dowodzona przez rycerza Arthura Bozara. Będziecie działać pod jego komendą. Razem przeprowadzicie ten atak. Wszystko zostało zapisane w protokole i nie można tego zmienić.

- Kiedy ich spotkam? Chciałbym omówić z nimi taktykę działania.

- Czekają już w Parku Maszyn. Macie dziesięć minut na wyruszenie.

- Zrozumiałem

Chris niedbale zasalutował, po czym wyszedł ze sztabu dowódczego. Nie miał wielkiego wyboru czy pojedzie, czy też nie. Wiedział, że jest to szansa odzyskania Shauri, nawet, jeżeli pułkownik kłamał. Po dziesięciu minutach, tak jak kazał pułkownik poszedł z resztą drużyny do Parku Maszyn. Wszyscy wsiedli do przypisanego im samochodu.

- Gdzie oni są? – pytał Fletcher.

- Potok? Tutaj Kieł. Słyszycie nas? – Odezwał się głos w radiu.

- Głośno i wyraźnie.

- Już wyjechaliśmy poza bramę. Dołączcie do nas na zewnątrz.

- Zrozumiałem.

Dowódca Kła wydawał się być doświadczonym żołnierzem. Cieszyło to Chrisa. Nie chciał wykonywać poleceń żółtodzioba. Posłusznie wyjechali poza bazę. Tam już czekał na nich samochód drużyny Kieł.

- Wyjeżdżamy natychmiast. Jedziemy na południowy zachód. Zarządzam ciszę radiową. Bez odbioru.

Przez kilka następnych godzin obie drużyny krążyły po pustkowiach natrafiając na kolejne ślady działalności łowców.

- Według danych, które uzyskaliśmy, powinni tędy przejeżdżać za kilka godzin. To miejsce jest idealne na pułapkę. – odezwał się głos w radiu.

- Zrozumiałem. Zatrzymujemy się – Chris po chwili wyłączył samochód stając na poboczu tak jak pojazd przed nim. Chciał poznać Arthura Bozara i omówić z nim plan zasadzki. Gdy ten wysiadł z samochodu, dowódca Potoku znieruchomiał. Właściciel twarzy, którą widział cały czas w swoich myślach stał przed nim. Ten, który był w Parku Maszyn, gdy Potok wrócił z misji. Ten, który jako pierwszy zaatakował Shauri.

- Ty sukinsynu! – Wrzasnął skacząc na dowódcę drugiej drużyny. – Zabiję cię!

W ostatnim momencie Fletcher chwycił Chrisa za barki. Dowódca Kła tylko się uśmiechnął. Wokół zaczęli zbierać się pozostali członkowie obu drużyn.

- Puszczaj mnie – Chris szarpał się na wszystkie strony. – To był on! To on pierwszy dorwał się do Shauri! To on wywlekł ją z samochodu!

Nagle Fletcher odrzucił na bok swojego dowódcę i sam rzucił się do ataku. Nim rycerz zdążył się podnieść, Charlie okładał już Bozara pięściami.

- Ty gnoju! Ty Sukinsynu!

Podwładni dowódcy Kła postanowili włączyć się do walki. Jeden posłał solidny kopniak w bok Charliemu. Chłopak spadł z ich dowódcy. Zszywacz i luneta także włączyli się do walki, choć nie do końca wiedzieli, o co chodziło, gdyż podczas rozmowy siedzieli w samochodzie.

Drużyna Kła była liczniejsza o jednego żołnierza, ale Potok zdawał się nie ustępować im w boju. Nagle Chris zobaczył unoszący się kurz na horyzoncie. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie towarzyszący chmurze pyłu turkot silników.

- Łowcy Niewolników! – Wrzasnął – Już tu jadą.

Obie drużyny opamiętały się momentalnie. Wszyscy zaczęli chować się za samochodami przygotowując sprzęt.

- Mieli przyjechać za kilka godzin! – Skarżył się Fletcher.

- Takie miałem informacje!

- Teraz to już bez znaczenia! – Wrzasnął Chris – Przygotujcie się do walki. Luneta, strzelaj dopiero na mój rozkaz. Muszą znaleźć się w zasięgu karabinów maszynowych.

- Hej, ja tu dowodzę Brandon!

- Chcesz wydać inny rozkaz? Sensowniejszy? Ich nie wywleczesz tak łatwo z samochodu!

Po dziesięciu minutach Wszyscy dokładnie widzieli pojazdy przeciwnika. Dwa Samochody osobowe i jedna ciężarówka na dachu, której znajdował się ciężki karabin maszynowy.

- W ciężarówce pewnie przetrzymują jeńców.

Samochody zatrzymały się ponad trzydzieści metrów od pozycji Bractwa. Z jednego wyszło trzech łowców.

- Pewnie będą chcieli sprawdzić nasze samochody – szeptał Fletcher.

Jego przypuszczenia okazały się trafne. Łowcy Zmierzali w ich stronę.

- Ognia!

Obie drużyny otworzyły ogień. Trójka przeciwników została rozerwana w ułamku sekundy.  Z samochodów zaczęli wybiegać kolejni przeciwnicy.

- Luneta! Dach!

Dziewczyna posłusznie otworzyła ogień do łowcy przy karabinie maszynowym. Mężczyzna padł od centralnego strzału w głowę.

Wielu zdążyło pobiec na tyły samochodów. Rozpoczęła się zażarta wymiana ognia. Nikt nie mógł ustąpić. Zwycięstwo albo śmierć.

- Boomem, Cole, Boby, szturmujecie z lewej na mój sygnał. – krzyczał Bozar do członków swojej drużyny.

- To kiepski pomysł.

- Nie będziesz rozkazywał moim ludziom! Teraz Boomer!

Gdy tylko żołnierze podnieśli głowy zostali rozstrzelani przez serie z karabinów maszynowych.

- Oszalałeś?! Nie wysyłaj ludzi na pewną śmierć! Teraz szturm nie ma sensu. Mają zbyt dobre pozycje.

- Więc co proponujesz specu od szturmów – Zadrwił dowódca Kła

- Stare sprawdzone sposoby – Chris wyciągnął przyczepiony do pasa granat.

- Fletcher, Marco, ogień zaporowy!

- Tak jest Sir!

Żołnierze zaczęli strzelać w kierunku okien i kół samochodu. Chris miał teraz wystarczająco dużo czasu by rzucić granat.

- Uwaga! – Wrzasnął

Wybuch zabił na miejscu trzech łowców. Wywołało to panikę wśród przeciwników. Zaczęli się gorączkowo przemieszczać. Niektórzy jednak kontynuowali walkę niewzruszeni.

-Ghaaa!- krzyczał Charlie padając na ziemie. – Dostałem!

Marco natychmiast zaczął zdejmować mu pancerz w poszukiwaniu rany.

- Gdzie dostałeś?

- Chyba w serce!

Zszywacz gorączkowo rozplątywał pasy spinające skórę ochronną, gdy zobaczył dymiącą dziurę na kombinezonie.

- Kula została w pancerzu mazgaju – Zaśmiał się głośno.

- Jesteś pewien?

- Wstawaj i walcz.

Żołnierz z drużyny Kieł nie miał tyle szczęścia. Kula przebiła pancerz i ugodziła go w płuco. Sanitariusz ich drużyny nie potrafił poradzić sobie z raną. Jego ręce trzęsły się coraz bardziej. Wyraźnie wpadł w panikę. Marco rozpoczął walkę o życie także tego żołnierza, chociaż już teraz wiedział, że mężczyzna nie przeżyje nawet trzydziestu minut.

- Masz jakiś pomysł Chris?

- Jestem otwarty na sugestie Elizabeth.

- W tym momencie mi także nic nie przychodzi do głowy.

Oddziały nadal strzelały do przeciwników. Chris miał nadzieję, że żaden z łowców nie wpadnie na pomysł ostrzeliwania zbiornika z paliwem ich samochodu. Sam miał podobny plan, ale bał się uszkodzenia ciężarówki.

Zostało już tylko dwóch przeciwników, gdy Chris usłyszał dziwnie znajomy ryk. Ryk dzikiej krwiożerczej Bestii.

Dwójka łowców zaczęła uciekać od samochodów. Luneta szybko wymierzyła dwa celne strzały w ich kierunku.

Chris zaczął biec w stronę ciężarówki.

- Trzeba otworzyć te drzwi! Szybko!

Wszyscy ponownie usłyszeli ryk dzikiego stworzenia. Chris doskonale znał ten dźwięk. Szpon Śmierci. Biegł w ich stronę.

Gdy otworzyli tylni luk ciężarówki ich oczom ukazała się klatka z trzema małymi stworzeniami wielkości metra każde. Wyglądały jak mniejsza wersja bestii z Quincy.

- Małe szkarady! – Bozar wymierzy w kierunku klatki z karabinu. Chris szybko opuścił mu broń.

- Jesteś głuchy człowieku?! Nadbiega Szpon Śmierci! Chcesz zabić jego dzieci?!

- Wszystko mi jedno! Co to w ogóle jest ten Szpon Śmierci?!

Dziesięć metrów od ciężarówki niepostrzeżenie pojawiła się bestia wysoka prawie na trzy metry. Wyglądał dokładnie tak samo jak ten z Quincy.

- Znowu się spotykamy żołnierzu. – Wycharczał stwór.

- To chyba twoje? – Chris wskazał na klatkę. Potwór nieprzyjaźnie zawarczał.

- Co tu robicie?

- Polowaliśmy na łowców. Nie wiedzieliśmy, że mają małe Szpony śmierci.

- Ci ludzie porwali moje dzieci, gdy byłem poza gniazdem. Skoro zdobyliście ich bazę, nie mieli pretekstu by mnie trzymać u siebie. Bali się, że ich zaatakuję. Wzięli moje dzieci jako zakładników.

- Nazywasz te okropieństwa dziećmi?! – Zdziwił się Bozar.

Chris instynktownie odsunął się od dowódcy Kła. Szpon Śmierci skoczył nabijając go na pazury prawej łapy. Prawie wszyscy patrzyli przerażeni na to, co się stało. Prawie wszyscy. Chris nie mógł go uratować i szczerze powiedziawszy nie chciał. Patrzył z satysfakcją jak ciało oprawcy Shauri osuwa się martwe na ziemię.

Link to comment
Share on other sites

- Ktoś jeszcze ma zamiar obrażać moje potomstwo?

- W żadnym wypadku

Szpon śmierci podszedł do klatki i jednym uderzeniem łapy rozwalił kraty więzienia swoich dzieci. Przez chwilę patrzył w milczeniu na Chrisa.

- Dlaczego mi pomagacie.

- Nie zrozum nas źle. Jesteś naszym wrogiem, ale istnieją pewne zasady, które należy przestrzegać. Nie zabijanie dzieci jest jedną z nich.

- Honor? Współczucie?

- Coś w tym stylu.

Chris wystawił rękę w stronę Szpona Śmierci. Ten przez moment stał nieruchomo. Po chwili wystawił także swoją łapę w kierunku żołnierza. Uścisnęli sobie dłonie. Wyglądało to jakby dorosły człowiek podawał rękę niemowlakowi. Dłoń Szpona Śmierci była o wiele większa od ludzkiej. Chris dostrzegł na twarzy bestii grymas, który nazwałby uśmiechem. Być może potwór przez chwilę, tę krótką chwilkę poczuł znowu jak to jest być człowiekiem. Stwór puścił uścisk i warknął na swoje młode.

- Zaczekaj! – Krzyknął, Chris gdy zmutowane istoty rozpoczynały już bieg.

- O co chodzi?

- Jak się nazywasz?

- Kayawach.

- A ja Chris Brandon.

Szpon zaryczał donośnie i podbiegł z dziećmi przed siebie. Drużyna Potok i ostatni członek Kła stali nieruchomo jeszcze przez kilka minut.

- Co teraz? – Spytał Fletcher

- Teraz? Wracamy do bazy. Zadanie wykonane.

Oba samochody, choć poważnie ostrzelana nadal nadawały się do użytku. Żołnierze pozbierali broń i ekwipunek zabitych, po czym wyruszyli w drogę powrotną. Medyk Kła samotnie prowadził ich samochód do bazy. Jego drużyna przestała istnieć.

Gdy dojechali do bunkra Beta Chris od razu pobiegł do sztabu dowódczego. Był bardzo dobrym nastroju. Zemsta na Bozarze przyniosła mu ulgę.

- Melduję, że misja zakończyła się sukcesem pułkowniku Faldmann! – Krzyknął gdy tylko wszedł do gabinetu pułkownika.

- Co? Tak szybko? – Pułkownik nie krył swojego zdziwienia.

- Tak jest Sir. Łowcy niewolników zostali zneutralizowani.

- Rozumiem… Gdzie jest Arthur Bozar?

- Niestety, zginął w trakcie akcji. – Chrisowi udało się zahamować przypływ emocji. Nie mógł mówić o śmierci żołnierza z uśmiechem na twarzy. – Oddział Kieł łącznie stracił pięciu ludzi.

- Co?!

- Niestety to prawda. Mój oddział na szczęście obył się bez strat.

- Jak mogło do tego dojść Brandon?!

- Zgaduję, że wpływ na to miało doświadczenie bojowe i wyszkolenie.

- Pociągnę was do odpowiedzialności! To wasza wina Brandon! – Faldmann był czerwony ze złości.

- Nie wydaje mi się pułkowniku. Sam pan powiedział, że w protokole zapisano Bozara jako dowódcę całej operacji. Jego brak przygotowania doprowadził do śmierci wielu żołnierzy w tym także niego samego.

- Brandon ty…

- Pułkowniku Faldmann – wtrącił skryba wchodzący do biura.

- Czego?!

- Generał Dekker skontaktował się z nami na linii dalekiego zasięgu. Chce rozmawiać z panem i niejakim Brandonem.

- Dawaj tu przekaźnik! – Wściekłość Faldmanna szybko przerodziła się w strach.

- Słychać mnie? – Trzeszczał głos w radiu.

- Tak generale. – Odpowiadał potulnie pułkownik.

- Świetnie. Czy Brandon także znajduje się w pomieszczeniu?

- Jestem tutaj Generale – Wtrącił Chris.

- Doskonale. Słuchaj pułkowniku. Wyekwipujesz drużynę Potok najlepiej jak umiesz. Zapewnisz każdemu stalowy pancerz i dobrą broń. Wsadzisz ich do Opancerzonego transportera i wyślesz do nas.

- Panie generale?

- Co jest Brandon?

- Jeden z moich ludzi Shauri Kashilo została wprowadzona do izolatki i…

- Uniewinniam ją. Faldmann, masz ją natychmiast uwolnić i doprowadzić do takiego stanu, jakby wróciła z pięciogwiazdkowego hotelu. Potok ma być w jak najlepszej formie. Zrozumiałeś mnie?

- Tak panie generale.

- No to ruchy Człowieku! Mamy Świat do wybawienia! Podaj dokładne namiary drużynie Potok na bunkier Gamma. Mają się u mnie stawić najszybciej jak mogą.

- Tak panie generale.

Gdy Dekker rozłączył się Faldmann zaczął pisać coś na małej karteczce.

- Pokażesz to Strażnikom aresztu, Kwatermistrzowi, Zarządcy kadr, lekarzowi i komu jeszcze będziesz chciał. Wyekwipuj się i wynocha z mojego bunkra.

- Z przyjemnością pułkowniku Faldmann.

Chris wybiegł ze sztabu dowódczego. Czuł się wspaniale. Biegł prosto po Shauri. Strażnicy aresztu zaczęli śmiać się jak tylko go zobaczyli.

- Jeszcze nie teraz Rycerzu Brandon.

- Chyba jednak teraz sukinsyny.

- Co?!

Chris pokazał im kartkę od Faldmanna. Jeden ze strażników zaprowadził go do izolatki, w której przebywała Shauri. Gdy otworzył drzwi dziewczyna leżała naga na ziemi zwinięta w kłębek. Dowódca Potoku delikatnie podniósł ją.

- Shauri. – Zawołał spokojnie. – Shauri już wszystko dobrze. Wyjeżdżamy stąd. Słyszysz mnie Shauri?

Dziewczyna delikatnie przytuliła się do Chrisa.

- Dziękuję – Wyszeptała.

Shauri przytuliła się do głowy rycerza, gdy ten zaczął wynosić ją z izolatki.

- Hej żołnierze. To niestosowne, by taka piękna dziewczyna chodziła bez odzienia. Przynieście jej jakiś miękki ręcznik, najlepiej różowy.

- Co?!

- Masz rację żołnierzu. Zielony będzie lepiej pasował.

Strażnik po chwili przyniósł ręcznik ze skrzydła szpitalnego. Dziewczyna owinęła się szczelnie ręcznikiem, po czym zaczęła pocierać ręką po miękkim materiale.

- Dziękuje żołnierze, to wszystko.

Chris zaniósł Shauri do skrzydła szpitalnego.

- Hej doktorze! – Krzyknął. – Mojej podwładnej potrzebny jest gorący prysznic, masaż i chyba lekkie podcięcie włosów.

- Nie prowadzę salonu kosmetycznego. – Zawołał ze zdziwieniem lekarz kompleksu.

- To może zaczniesz – odpowiedział pokazując medykowi tą samą kartkę od Faldmanna, którą pokazywał strażnikom aresztu.

Dziewczyna wróciła do głównej Sali skrzydła szpitalnego już po godzinie. Choć nadal była okryta ręcznikiem, widać było, że jej skóra znowu jest jasna tak jak wcześniej. Z jej twarzy zniknęły sińce, a jej długie brązowe włosy zostały wyrównane i uczesane.

- Mam dla ciebie mały prezent. – Chris wskazał równo złożone ubranie razem ze stalowym pancerzem rozmiaru żeńskiego.

Shauri nie zważając na obecność swojego dowódcy zrzuciła ręcznik na podłogę, po czym zaczęła się ubierać. Bielizna, kombinezon ochronny a na końcu stalowy pancerz. Chris nie mógł oderwać wzroku od jej pięknego, smukłego ciała. Patrzył jak z gracją ubierała każdą następną część ubioru. Po kilku minutach wręczył dziewczynie nową broń resztę ekwipunku.

- No. Teraz wyglądasz jak żołnierz Bractwa Stali z prawdziwego zdarzenia.

- Dziękuję – Powtórzyła dziewczyna ponownie chwytając dowódcę za szyję. – Tak… Bardzo dziękuję…

Chris zauważył na jej twarzy łzy. Była naprawdę szczęśliwa.

Oboje pobiegli z powrotem do parku maszyn, gdzie nadal stali Charlie, Marco i Elizabeth.

- Zobaczcie, kogo przyprowadziłem – zaśmiał się dowódca.

- Shauri! – Luneta chwyciła dziewczynę w pasie i mocno przytuliła. Fletcher zaczął obejmować je obie.

- Spokojnie ludzie! Ona dopiero, co wyszła ze szpitala. Jeszcze ją udusicie.

- Jak to zrobiłeś? – Dziwił się Marco

- Rozkazy z góry. Trzymajcie tę kartkę i idźcie z tym do kwatermistrza. Wyda wam Stalowe pancerze i nową broń.

- Wczoraj awans, dziś nowy pancerz. Kocham ten oddział – zaśmiał się Charlie.

Trójka żołnierzy Potoku ruszyła w stronę kwatermistrza. Chris wykorzystał ten czas by przyprowadzić samochód, jaki im obiecano. Ciężki transporter był dwa razy większy od ich poprzedniego pojazdu. Wyglądał jak wielki prostokątny kloc na napędzie gąsienicowym.

- Ciekawe, do czego nas szykują…

- Też chciałabym to wiedzieć…

- Chris, jeszcze raz ci dziękuję. Nie wiedziałam ile już czasu tam spędziłam.

- Musiałem coś zrobić. Mało sam nie trafiłem do aresztu przez próby wyciągnięcia cię.

- Dokąd tak w ogóle jedziemy?

- Do bunkra Gamma. Ponoć to bardzo ważne.

- Cieszę się, że opuszczam to miejsce.

- Ja też, Shauri…

Po godzinie trójka towarzyszy wróciła z nowym sprzętem. Najbardziej rzucał się w oczy nowy karabin snajperski Elizabeth i granatnik Zszywacza.

- Nie lubię karabinów – Zaśmiał się pokazując nową broń. – Więc wziąłem to i pistolet.

- Wszyscy gotowi?

- Tak jest!

Czwórka żołnierzy ustawiła się w szeregu.

- Elizabeth Vithin, Marco Cassel, Charles Fletcher oraz Shauri Kachillo.

- Tak jest!

- Drużyna Potok! Wyjeżdżamy!

Link to comment
Share on other sites

  • 4 months later...
  • 1 year later...

Czy Autor pracuje jeszcze nad dalszymi częściami opowiadania ? Może są już gdzieś umieszczone a ja nie umiem ich znaleźć ? Widzę że długo nic nikt tutaj nie pisał a chciałbym poznać dalsze losy Chrisa i jego drużyny :) Z góry dziękuję za jakiekolwiek info o ciągu dalszym :)

Link to comment
Share on other sites

10. Masakra w St. Lois cz.1

Kolejną część opowiadania dedykuję Rafianowi, z forum który wysadził kolejną bombę atomową w tym post nuklearnym uniwersum jak i w mojej głowie ;)

Na razie tak krótko bo polubiłem krótszą formę epizodyczną jak w przypadku "utopii Abasara" Takie odcinki na forum :D

Opancerzony transporter był dużo wolniejszy od poprzedniego pojazdu drużyny potok jakim był terenowy hummer. Wysokooktanowy silnik leniwie turkotał na kolejnych dołach i wertepach. Choć Chris cały czas trzymał pedał gazu wciśnięty do samej podłogi, samochód nie jechał szybciej niż pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Tak przynajmniej pokazywała wskazówka na prędkościomierzu. Ile było w tym prawdy nie wiadomo. Jeżeli Faldmann utrzymywał pojazdy w takim stanie co resztę bunkra to był cud że jeszcze nie rozsypali się na środku tej zapomnianej przez Boga pustyni.

- Daleko jeszcze? – Fletcher był wyraźnie zniecierpliwiony podróżą. Nie lepiej znosił ją stary Marco. W ciasnej kabinie panował straszny upał a stalowe pancerze wcale tego nie ułatwiały. Każdy ruch powodował głośny zgrzyt stalowych płyt.

- Według mapy będziemy na miejscu za trzy godziny, chyba że ten gruchot ma zamontowany silnik odrzutowy. – Chris choć zmęczony ciągłą walką z niestabilną kierownicą transportera, miał wyjątkowo dobry humor. Opuszczenie bunkra Beta było jego osobistym zwycięstwem. Niemałą rolę odegrał tutaj generał Dekker. Gdyby nie on pewnie do teraz Shauri siedziałaby w karcelu a on stawałby na rzęsach by ją uwolnić.

W tej samej chwili jakby na potwierdzenie myśli rycerza zaszumiało radio wbudowane w panel kontrolny.

- Brandon? Brandon, jesteś tam? – Chris od razu rozpoznał głos z kwatery pułkownika Faldmanna.

- Melduję się na rozkaz panie generale. – Chłopaka dziwiło ze generał zgłasza się do niego osobiście. Zwykle dostawał jakąś depeszę z dowództwa, list lub był wysyłany skryba.

- Świetnie. Mam nadzieję, że pułkownik Faldmann wydał ci niezbędny ekwipunek i jesteś już w drodze do nas.

- Tak jest generale, za trzy godziny będziemy już na terenie bunkra gamma.

- To świetnie Brandon. Problem w tym że nie jedziecie do bunkra gamma.

Wszyscy w samochodzie natychmiast się ożywili. Patrzyli to na siebie nawzajem to na radio, wyczekując jakiegoś wyjaśnienia.

- Jedziecie prosto do St. Lois.

Luneta siedząca z przodu chwyciła za mapę. Pozostałości przedwojennego St. Lois znajdowały się niecałą godzinę od aktualnej pozycji drużyny potoku.

- Dlaczego do St. Lois, generale?

- Prowadzimy otwarty konflikt przeciwko zbrojnej armii super mutantów.

- Super mutantów? – Chris przestawał rozumieć cokolwiek z tej rozmowy.

- Zgadza się. Przeszedłeś szkolenie prawda? To Genetycznie zmodyfikowani żołnierze, właściwie nie przypominający już ludzi. So piekielnie wytrzymali i potrafią w używać broni którą większość z nas zamieściłaby na czołgach. Trzy dni temu zaginęła tam drużyna Strefa. Dopiero ponowny zwiad potwierdził zgrupowanie super mutantów w okolicach St. Lois. Dzisiaj o północy, dziesięć doświadczonych drużyn prowadzonych przez generała Barnacky’ego wyruszyło w skoordynowanym natarciu.  Niestety ponieśli sromotną klęskę. Te stwory odpowiadały kontratakiem na każdy nasz ruch. Nigdy wcześniej nie widziałem takiej precyzji, poza bractwem stali.

- Może członkowie drużyny Strefa wyśpiewali im o strategiach bractwa?

- Niemożliwe Brandon. Drużyna Strefa istniała od trzech miesięcy. Byli jeszcze kadetami i nie mieli o niczym pojęcia.

Chris zamilkł nie wiedząc co odpowiedzieć. Przez moment słychać było jedynie trzeszczenie radia i turkot silnika.

- Czytałem twoje akta Brandon. Otrzymałeś rekomendacje od Paladyna Solo, który także bierze udział w natarciu. – Chris Zadrżał na sam dźwięk imienia paladyna. Dekker jednak kontynuował -    Bramin Wood, Freeport, a teraz Quincy. Sporo sukcesów jak na tak młodego żołnierza.

- Dziękuję panie generale. – Chris zlał się rumieńcem czując na sobie spojrzenia pozostałej trójki. Rzeczywiście sporo już razem dokonali. Przeprowadził ich już przez niejedną beznadziejną sytuację. Stawił czoło nawet Szponowi Śmierci…

- Twoim zadaniem jest jechać do St. Lois i ewakuować tak wielu żołnierzy Bractwa jak to tylko możliwe.

- Panie Generale. Obawiam się, że w tym transporterze nie pomieszczę tak wiele osób.

- Brandon… Obawiam się, że twój transporter całkowicie wystarczy… Bez odbioru…

Link to comment
Share on other sites

A gdzie tam ambicje :) Sam ledwo się znam na języku polskim ;) No ale mimo to nieraz jakiś mały błąd przeoczony przez autora zauważę. Każdemu zdarzy się pomieszać słowa, pomylić literkę albo kolejność wyrazów ;) Po prostu staram się oceniać i komentować obiektywnie :)  

Link to comment
Share on other sites

  • 3 weeks later...

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

 Share


×
×
  • Create New...