Jump to content

Pocałunek Śmierci


Bardal
 Share

Recommended Posts

Słońce z wolna chowało się za wierzchołkami gór, które niczym kamienne posągi okalały dolinę. Czerwono purpurowa gra świateł wciąż próbowała zwalczyć nadciągającą zasłonę ciemności, która pokrywała już większość nieba. Promienie niczym bystre ogniki odbijały się od tafli pobliskiego jeziora, próbując sięgnąć do najdalszych zakątków rozległego terenu. Rozrosłe topole, świerki, sosny górowały wokół wodnego zbiornika, dając schronienie wielorakiemu ptactwu, które gdzieniegdzie dawało o sobie znać, powoli szykując się do nadejścia nocy. Zielone liście krzewów lekko falowały na ciepłym południowym wietrze, słychać było żerujące zwierzęta, które w tej oazie spokoju dalekie były od trosk wszelakich. Niebo od strony wschodu zaczynało pokrywać się wielobarwnymi gwiazdami, by w ciągu kilkudziesięciu minut objąć całe sklepienie wielką mozaiką tlących punktów. Wśród tej bajkowej scenerii, na nierównej ścieżce idącej wzdłuż brzegu jeziora szli Ona i On. Ramie w ramie, spokojnym krokiem spacerowali przez dobrze znaną im okolicę, z rozbawieniem rozmawiając między sobą. Ona co chwila wskakiwała to na pieniek złamanego drzewa, to dużym susem pokonywała spróchniałe resztki powalonych dębów lub zatrzymując się na chwile, podziwiała piękno okalającej ją przyrody. On wodził za nią wzrokiem, nie spuszczając oczy nawet na chwilę. Uśmiechał się serdecznie, starając się uchwycić każde najdrobniejsze jej słowo czy też gest. Często jej dokuczał, dając lekkiego kuksańca w ramię lub przejeżdżając listkiem za uchem. Dla postronnego obserwatora wyglądali na szczęśliwych ludzi, pozbawionych trosk, nie przejmujących się upływającym czasem, napawających się własnym towarzystwem oraz otaczającym ich smukłe sylwetki światem. Drogę którą szli znali bardzo dobrze. Nie pierwszy raz wspólnie spacerowali nad tym, jednym w swoim rodzaju, przyrodniczym pomnikiem. Często podczas rozmów wspominali wydarzenia, czy też sytuacje, jakich zaznali podczas niezliczonych wędrówek doliną. Ona wskazywała na rosły dąb pod którym pewnego wieczoru On przygrywał jej na lutni, cichutko śpiewając zasłyszane pieśni. Zauważyła mały strumyk wybijający wśród rozległych mchów, przy którym niegdyś spragnieni raczyli się rześką górską woda. On za to przypominał o niezwykle wyglądającej skale, na której mieli okazje leżeć do późnych godzin nocnych, rysując palcem gwiazdozbiory na niebie. Nie zapomniał również o krzakach malin, w które ku jej uciesze wpadł, raniąc sobie nogi do krwi lub o jamie dzikiego zwierza, głębokiej i ciemnej, do której chcieli wejść i zobaczyć mieszkańca.

Idąc tak dotarli do swojego ulubionego miejsca, gdzie zazwyczaj kończyli podróż i odpoczywając rozmawiali na niezliczone ilości tematów. Weszli na wystający pośród doliny płaskowyż w kształcie strzały, której grot skierowany był w stronę zachodzącego słońca. Miejsce to górowało nad koronami drzew , w oddali majaczyła tafla jeziora, teraz zabarwiona na kolor ciemno czerwony. Słońce już tylko do połowy wystawało zza gór na zachodzie, rażąc oślepiającym blaskiem nań patrzących. Oni stali tak nieruchomo oczarowani urokiem chwili, za każdym razem tak samo zachwyceni, jakby byli w tym miejscu dopiero pierwszy raz. Stanęli na przeciwko siebie i uśmiechnęli serdecznie. Ona o śniadej twarzy, z której ciepło spoglądały duże zielone oczy. Naturalne jasne brązowe włosy teraz koloru najszczerszego złota, opadały bo bokach jej owalnej twarzy. Zamknięte usta, niczym maliny, kiedy tylko się otwierały wyglądały jak delikatne płatki róż porwane przez wiatr i unoszone ku oddali. Kobieta ta drobnej postury, ubrana w dobrze dopasowaną suknię koloru białego, wyglądała niczym anioł, który zstąpił aby podziwiać ziemski zachód słońca. On za to wyższy o głowę, ubrany w zwykłe mieszczańskie ubranie koloru ciemnoszarego, z daleka sprawiał wrażenie rosłego elfa, który widząc zstępująca anielską istotę, przyszedł podziwiać jej piękno i urodę. Włosy ciął krótko a wokół ust zostawiał lekko widoczny zarost, który przy dotknięciu ręką kuł niczym krzew agrestu. Oczy jego bystre i pełne polotu, potrafiły zauważyć i docenić piękno swej towarzyszki. Orli nos z profilu sprawiał iż wyglądał niczym drapieżny sokół, który lada moment spadnie na swą ofiarę. Stali tak wpatrzeni w siebie kiedy to nagle ona objęła jego ramiona, splatając delikatne dłonie za głową i rzekła:

- Przyjacielu mój! Tyle razem już czasu spędziliśmy, tyle łez razem wylaliśmy, tyle radosnych uniesień przeżyliśmy. Czuję, jakbym znała Cię od swych narodzin, choć to zaledwie trzy nowie minęły jak Cię pierwszy raz zobaczyłam. Czuję, wiem, że czas ucieka i goi rozgorzałe emocje, aczkolwiek chciałabym Ci się zwierzyć z czegoś dla mnie bardzo ważnego...

On wtedy skinąwszy głową, uśmiechem życzliwym ja obdarowawszy, dał jej przyzwolenie.

- Kocham Cię.

Rzekła ona kierując swe ogromne oczu ku niemu, które niczym dwa srebrzysto zielone księżyce oplotły jego umysł i zanurzyły w ogniu emocji. Ręce ścisnęła mocniej, dając upust swym buzującym uczuciom, którymi obdarzała swojego towarzysza. On wtedy patrząc tak na jej buzię, podziwiając każdy centymetr ciała, wahał się wewnętrznie. Wiedział jakie są konsekwencje. Jednak przez te chwile spędzone razem, w których zapominał o wszelakim świecie, w których liczyły się tylko jej słowa  i gesty, radującego go bardziej niż cokolwiek innego, wiedział co odpowiedzieć. Powoli i wyraźnie wyartykułował, nie spuszczając wzorku z jej przepięknych oczu.

- Ja Ciebie też.

Wtedy uniesiony przeogromnym pożądaniem wobec tej drobnej małej osóbki, przygarnął ja do siebie i nie pytając już o nic, zbliżył swe usta do jej. Przyjęła pocałunek. Tak spleceni, wśród bajkowej scenerii, całowali się namiętnie niczym dawni kochankowie, którzy po wielu latach odnajdują siebie i ponownie zakochują. Czuł jej delikatne usta, które przy każdym ruchu warg miękko ocierały się o jego język, jej oddech niczym morska bryza, namawiał do kontynuowania pocałunki i gdyby nie jej lekkie odsunięcie, nigdy nie chciałby skończyć.

- Oh.. Przytul mnie kochany!

Wpadła w jego silne ramiona chowając twarz w jego lnianej tunice. On poczuł jak jej zimne łzy powoli zaczęły kapać na jego pierś i spływać w dół podbrzusza.

- Wiesz. Każdego dnia powoli umierałam, gdyż nie wiedziałam czy kiedykolwiek Ci powiem co do Ciebie czuję. Teraz już wiem że było warto. Wiem, że Cię kocham jak nikogo innego!

On przymknął na chwile oczy i w duchu karmił się wzbierającą falą miłości, miłości która grzmiała w nim jak ogromna fala po potężnej burzy. Spojrzał na chwilę w niebo, szukając swojej szczęśliwej gwiazdy jaką była Patronka Zakochanych Jelkenna. Szukając tak po nieboskłonie i tuląc do piersi swą ukochaną kobietą, spostrzegł TO, na co był przygotowany. Westchnął w duchu i pocałował ją w głowę, nie przeszkadzały mu włosy wpadające do buzi czy też drażniące jego nos. Chciał aby ta chwila zatrzymała się już na wieczność. Ponownie poszukał wzrokiem obiektu na niebie. Widział go już dokładnie. Ogromny biały orzeł, niczym obłok chmury sunął ku nim. Szerokie pierzaste skrzydła z wolna odpychały zwierze od powietrza, a zakrzywiony złoty nos odbijał promienie zachodzącego słońca. Wyglądał jak ziemski odpowiednich któregoś z Bogów, który zmęczony życiem w zaświatach, postanowił przybierając formę ziemskiego zwierzęcia zstąpić do kochanków. Orzeł powoli podszedł do lądowania, niecałe cztery metry od pary kochanków. Kiedy to jego ostre pazury już miały dotknąć ziemi, nagle jak za działaniem magicznego zaklęcia zamieniły się w stopy. Tak kolejno ulegał przemianę, aż On ujrzał przed sobą rosłego mężczyznę. W duchu nazwał go orłem jako że twarz takowe zwierze przypominała. Jednak cała reszta była ludzka. Nogi, dłonie, ręce, szyja a nawet szaty przywdział, koloru srebrnego, przeszywane złotą nicią. Jego twarz smukła o zakrzywionym nosie i długie siwe włosy sięgające do pasa, sprawiły iż zadrżał w duchu. Orzeł rozprostował kończyny i bacznie spojrzał na zakochanych, na jego ustach zamajaczył lekko widoczny uśmieszek, palce od dłoni splatał niczym dzikie pnącza. On skrzywił się po czym cichutko szepnął jej na ucho.

- Ja już umarłem.

Naglę podniosła głowę i załzawionymi ze szczęścia oczami spojrzała na jego zatroskaną twarz. Dotknęła dłonią jego policzka, który twardy był jak skała i gęsto porośnięty kłującym włosiem.

- Jak to umarłeś? Jak możesz tak mówić? kochanie?

Jednak On nie patrzył na nią. Poczuła jak puszcza ją i delikatnie przejeżdża dłońmi po plecach. Podążyła za jego wzrokiem i zobaczyła Orła.

- Kto to jest? Znasz go? Co się dzieje?

Spojrzał na nią, na jego twarzy promieniał szczery uśmiech połączony z zatroskaniem w oczach. Złapał ją obiema rękoma za głowę i pocałował w czoło a następnie w usta. Ona nie oponowała, chodź widać iż zmieszana sytuacją była nadzwyczaj. Wtedy On rzekł:

- Dziękuję Ci za wszystko kochanie. Dziękuję Ci za ten czas który dane nam było spędzić, nie żałuje ani jednaj chwili, ani jednego słowa i ani jednego czynu. To Ciebie pokochałem tak naprawdę, cieleśnie jak nie było mi dane wcześniej. Żegnaj moja prawdziwa miłości.

Po tych słowach oczy mu się zaszkliły lecz odwrócił wzrok od ukochanej. Odszedł dwa kroki w tył. Skinął na przybysza z niebios i zamknął oczy. Ona próbowała zaprzeczyć, krzyknąć, nie mogła. Chciała szarpnąć ręką, podbiec do ukochanego, nie mogła. Jakaś niewiarygodna siła zatrzymała ją w miejscu i tylko stała przyglądając się biegu wydarzeń. Cała w sobie krzyczała nie wiedząc, nie znając przyczyn tej sytuacji. Patrzyła na ukochanego który zatrzymał się kawałek od niej i zawiesił wzrok w jej oczach. Widziała jego ból, jego walkę i pogodzenie się z losem. Chciała działać, nie mogła. Wtem tajemniczy przybysz podszedł kilka kroków w przód i wyciągnął swe zakończone długimi pazurami ręce, kierując je w stronę mężczyzny. Nagle spomiędzy orlich palców wystrzeliły wielobarwne promienie, niczym rój komet dopadły mężczyznę zwalając go z nóg. Zdawałoby się iż są to łańcuchy które wbiwszy się głęboko w ciało kochanka wysysają z niego życiodajną energię, wspomnienia, duszę. On krzyczał z całych sił. Ból był nie do wytrzymania, żyły na jego szyi wybrzuszyły skórę, sprawiając wrażenie grubych konarów. Palce wbił głęboko w ziemię i zaparł się aby napiąć mięśnie oszalałe od bólu. Orzeł nie przestawał wypuszczać złowrogich promieni. Kochanek czuł jak oszalałe łańcuchy wwiercają się mu w czaszkę jak zabierają z niego to co najcenniejsze, jego przeżycia i emocje. Czuł jakby wypompowywano z niego wszystko to co czyniło go człowiekiem, jakby ktoś odkręcił butelkę i wylał wodę na ziemię. Nic tylko sama pustka, bezdenny stan jaki nikomu nie jest dany. Kiedy orzeł przestał, On zwalił się z głuchym łoskotem na trawę i leżąc na wznak, łapał łapczywie powietrze wytrzeszczając oczy w kierunku nieba. Ona poczuła jak magiczny paraliż odpływa z jej ciała i od razu z krzykiem dopadła ukochanego.

- Nie! Coś ty zrobił! Ty potworze! Kochanie...  Nie umieraj! Proszę nie rób mi tego! Błagam!

Jej płacz uniósł się po dolinie głośnym echem, strasząc pobliskie ptactwo, które z donośnym hałasem spłoszyło się w powietrze. Ona leżąc na nim szlochała spazmatycznie, biła pięścią w jego pierś i zalewała się łzami. Orzeł spokojnym krokiem podszedł do kochanka i przyklęknął bacznie patrząc w jego twarz. Po chwili uniósł zabójcze ręce i powoli opuścił jego powieki, spod których puste oczy patrzyły w rozświetlone gwiazdy. Jego oddech stawał się coraz bardziej szybszy i płytki aż w końcu nadszedł ten ostatni. W dolinie zapanowała absolutna cisza. Ptaki już nie ćwierkały, liście nie szeleściły, zwierzyna nie żerowała. Ona w szaleńczym płaczu poderwała ręce i zaczęła uderzać Orła ze wszystkich sił jakie miała.

- Zabiłeś go! Dlaczego! Ty bestio! Ty potworze!

Niestety wszystkie ciosy trafiały w powietrze miast na orlęcą twarz. Bezsilna kochanka upadła na brzuch i złapawszy się w pasie zwymiotowała, dając upust swoim nerwom i emocjom związanym ze śmiercią dopiero co odkrytej miłości. Orzeł spokojnie na nią spojrzał i rzekł swym głosem, który nieprzyjemny ,sprawiał ból w uszach i drżenie wszystkich członków jej ciała.

- Jestem demonem, w taki sposób mnie nie zranisz. Pozwól, że wytłumaczę Ci tą sytuację.

Wstał z klęczek i stanął przed kochanką, która wciąż wypluwała ślinę leżąc na boku.

- Wstań.

Rozkazał a ona nie mogąc się sprzeciwić, wbrew własnej woli podniosła się i skierowała brudną od ziemi, zalaną srebrzystymi łzami twarz w stronę demona.

- Dawno temu kiedy jeszcze Ciebie na świecie nie było, ów leżący tam człowiek, używając swych magicznych zdolności, przyzwał mnie do swojej komnaty. Wpierw zaskoczony, dał namówić się na szczerą rozmowę, oczekując ode mnie profitów. Oczywiste, jak każdy go przyzywa demona. Więc w konkluzji zawarliśmy pakt. Jego pragnieniem było długowieczne życie, poznawanie niezliczonych krain, bezkresnych połaci, ciekawych osób. Potrafiłem mu to zapewnić. Jednak jak się domyślasz potrzebowałem czegoś w zamian. Więc, powiedziałem że zabiorę mu to bez czego dusza w życiu wiecznym, ulega wielkim cierpieniom. I zabrałem.

Ona przejechała ręką po twarzy i odgarnęła włosy. Wciąż trzęsac się z emocji, spoglądała na ciało swego partnera, lecz wciąż była pod działaniem woli demona. Wyjąkała.

- Cco mmu zaaabrałeś?

Orzeł zbliżył swą twarz do jej i wycedził przez zęby.

- Miłość.

Widząc jej zaskoczenie, pokiwał głową i kontynuował.

- Żywię się ludzkimi emocjami, daje mi to siłę, sprawia że rosnę, moja moc się powiększa. Powiedziałem mu że owszem, ofiaruje mu życie wieczne lecz w zamian nie możne on nigdy nikogo pokochać cieleśnie bądź w wypowiedzi. Kiedy jego dusza gotowała się z tego uczucia, musiał hamować swe czyny i słowa. Przyznam jednak, iż był to najdłużej trzymający się zasad człowiek z jakim taki pakt zawarłem. Uwierz poznał w życiu wiele kobiet, bardziej lub mniej atrakcyjnych, jednak dopiero ty sprawiłaś iż pokochał prawdziwie. To uczucie które w nim wybuchło podczas waszego pocałunku, było dla mnie jak potężny zastrzyk energii , która mało nie wprowadziła mnie w szaleństwo. Tak, on kochał Cię potężną miłością, jednakże aż do dzisiaj musiał to skrzętnie ukrywać. Zdecydowanie nigdy wcześniej nie poczułem tak silnej więzi.

- Jesteś zwykłym potworem! Jak można tak zwodzić ludzi i na końcu ich zabijać!

Tym razem demon uśmiechnął się i przeszedł parę kroków w kierunku krańca urwiska. W końcu będąc już na krawędzi zapatrzył się w ledwie wystające zza gór słońce i rzekł do niej.

- Idiotą jest ten kto wierzy, iż podpisując się własną krwią pod takim zobowiązaniem, w przypadku jego nie dotrzymania, krwi tej nie upuści. Ja ze swojej części umowy się wywiązałem, on już nie. Jego dusza, emocje, wspomnienia znacznie wzmocniły me siły, to prawda. Ale czy nie oferowałem uczciwego paktu? Czyż sam tego nie pragnął? Czyż sam się na to nie zgodził? Kto jest większym głupcem? Ten który sprzedaje trefny towar czy ten kto go kupi?

- Odejdź plugawa istoto! Nie chce Cię widzieć!

Ona wykrzyczała w jego kierunku i poczuła iż demon zwalnia ją spod wpływu swojego umysłu. Ponownie padła na ciało swego kochanka, szepcząc jego imię i szlochając spazmatycznie. Orzeł jeszcze raz się obejrzał na to całe widowisko i skrzywił blade wargi, nadając im kształt glizd które to ryją w ziemi. Oczy mu zabłysły olśniewającym blaskiem i wysyczał formułkę w dziwnym języku. Kiedy ona się obejrzała zobaczyła już tylko mknącego w dal białego orła, który z wolna niczym dostojny pan tych ziem, szybował nad krajobrazem, niosąc zwiastun kolejnej śmierci.

Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

 Share

×
×
  • Create New...