Relacja z XII Dni Fantastyki

Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 22.05.2016 17:45

Lata lecą, a Dni Fantastyki trwają w najlepsze. W tym roku do podwrocławskiej Leśnicy miłośnicy fantastyki zjechali już po raz dwunasty. Środek maja nie jest może zbyt fortunnym terminem - zdecydowanie wolałem, gdy konwent odbywał się pod koniec czerwca - niemniej okazji do spędzenia weekendu w fantastycznym gronie przegapić nie mogłęm. A oto i garść moich refleksji.

Gdzie się podziali ci literaci?

Zwyczajowo już na konwent przybyłem głównie po to, by wypić spotkać się z autorami fantastyki pisanej. W zeszłym roku marudziłęm trochę, że blok literacki potraktowano nieco po macoszemu - na konwencie nie było zbyt wielu gości-pisarzy, a i atrakcji wydawało się jakby mniej. W tym roku nie było pod tym względem wiele lepiej, choć na pewno lepiej. Gościem specjalnym tegorocznych DF-ów był bowiem znany fanom prozy fantasy Adrian Tchaikovsky, ale i zestawienie polskich literatów przedstawiało się nienajgorzej - na konwencie pojawili się m.in. Paweł Majka, Marcin Podlewski, Andrzej Pilipiuk czy Rafał Kosik. Obecność niektórych mogę jedynie przypuszczać, bowiem ich spotkania i/lub punkty programu odbyły się w piątek wczesnym popołudniem, zanim zdążyłem jeszcze dotrzeć na konwent. Nie była to najlepsza pora na tego typu atrakcje, choć taki grafik mógł wynikać z preferencji samych gości. Jak było naprawdę, trudno powiedzieć.

Na konwencie licznie stawili się za to tłumacze polskiej literatury, w tym choćby Paulina Braiter i Piotr W. Cholewa. Panel dyskusyjny poświęcony tłumaczeniu książek był zdecydowanie jednym z barwniejszych punktów tegorocznych DF-ów. Bawiłęm się dobrze także na wielu innych panelach i prelekcjach, które poruszały takie tematy jak przenikanie się fantastyki i historii, utopie, antyutopie i dystopie czy sposób przedstawiania erotyki w naszym ulubionym gatunku książek. W ogólnym rozrachunku mogę powtórzyć o bloku literackim to, co powiedziałem już wcześniej: było lepiej niż w zeszłym roku. Niemniej do zestawu atrakcji, jakie oferowały Dni Fantastyki przed kilkoma laty, ciągle daleko.

Na szczęście nie samą literaturą człowiek żyje, a Dni Fantastyki skłaniają do tego, by szukać nowych pasji. Na brak atrakcji z pewnością nie mogli narzekać miłośnicy komiksów. Gwiazdą konwentu był John Avon - światowej sławy rysownik, autor wielu ilustracji do kart Magic: The Gathering oraz książek takich pisarzy jak Terry Pratchett czy Stephen King. Walijczyk przeprowadził prelekcje na temat swojej pracy oraz inspiracji, która zgromadziła tłumy, a ponadto przez niemal cały czas trwania DF-ów był dostępny do rozmów i rozdawania autografów. Fani jego twórczości byli zachwyceni.

Avon nie był jedynym zagranicznym gościem bloku komiksowo-ilustracyjnego. Sporą popularnością cieszyły się również spotkania z amerykńskim rysownikiem Christianem Dumaisem, który opowiadał m.in. o historii tej trudnej sztuki. Konwent uświetnili też znakomici polscy rysownicy, w tym jeden z najbardziej znanych i "płodnych" autorów ostatnich lat - Przemysław "Trust" Truściński. Do tego na Dniach Fantastyki odbyła się wystawa prac utalentowanego polskiego malarza i grafika Jakuba Różalskiego, a gotowi do spotkań z fanami był m.in. Jakub "Dem" Dębski, znany z internetowego komiksu Demland. Do tego wszystkiego należy dodać mnóśtwo różnych prelekcji i warsztatów. Oj, w bloku komiksowym działo się naprawdę wiele!

RPG-i a nauka

Blok RPG został w tym roku połączony z blokiem gier wideo, tworząc wspólny "blok gier". Także i tutaj nie zabrakło ciekawych gości, choć próżno było szukać sław na miarę Avona. Na konwencie pojawił się m.in. dziennikarz Łukasz Wiśniewski, a także kilku pracowników polskich studiów tworzących gry: Tomasz Marchewka i Błażej Augustynek (CD Projekt RED), Konrad Czernik (Techland) i Karol Zajączkowski (11 Bit Studios). Nie zabrakło również przedstawicieli branży tradycyjnych gier fabularnych: Piotra Korysia i Krzysztofa Szafrańskiego. Na spotkaniach i prelekcjach można było usłyszeć o pracy wymienionych twórców, ale także wysłuchać anegdotek związanych choćby z produkcją Wiedźmina 3: Dzikiego Gonu.

Twórcy prelekcji nie zawiedli, a tematyka była bardzo zróżnicowana: od post-apokalipsy w seriach Metro 2033 i Fallout, przez omawianie mechanik różnych systemów RPG, a na miltarnych SF i serii Assassin's Creed kończąc. Jak więc widać, zarówno miłośnicy elektronicznej rozrywki, jak i "papierowych" gier fabularnych, mogli znaleźć coś dla siebie. Do tego należy doliczyć różne warsztaty - np. z tworzenia wiarygodnych światów, a także wiele LARP-ów i sesji RPG. Tych ostatnich odbyło się oficjalnie przynajmniej kilka. Ile powstało spontanicznie, tego oczywiście nikt nie wie. Tradycyjnie już przez cały czas trwania DF-ów działał dobrze zaopatrzony Games Room, w którym miłośnicy karcianek i planszówek mogli zaznać odrobiny rozrywki wśród chłodnych, piwnicznych murów leśnickiego zamku.

Po raz kolejny na Dniach Fantastyki pojawił się specjalny blok dedykowany nauce i technologii i... Był to znów strzał w dziesiątkę. Punkty programu z tego bloku były chyba najmocniej obleganymi, co być może wynikało z tego, że gdy w innych blokach nie działo się nic ciekawego, tutaj zawsze można było znaleźć coś potencjalnie interesującego. Konwent odwiedzili dwaj naukowcy, Andrzej Dragan (UW) oraz Wojciech Pietruszka (UWr), lecz nie tylko oni gromadzili na swoich prelekcjach pełne sale.

Jak zwykle sporą popularnością cieszyła się historia, wszak kto nie chciałby podebatować, co by się stało, gdyby Rzym nie upadł? Albo poznać historię gladiatorów aż po dzień dzisiejszy? Mimo tego, komnaty lesnickiego zamku najbardziej przeludnione były jednak w trakcie prelekcji o tematach medycznych. Dostanie się na wykłady o roli krwi czy sposobie postrzegania chorób w dawnych dziejach nie należało do rzeczy najprostszych. Oby tylko nikt nie używał pzoyskanej tam wiedzy w dzisiejszych warunkach...

Fantastyka pod chmurką

Wiele ciekawych wydarzeń odbyło się również w przylegających do zamku amfiteatrze oraz parku, które uczyniono ogólnodostępnymi - nawet bez zakupu jednodniowej wejściówki. Taka polityka organizatorów miała zachęcić do przybycia na Dni Fantastyki osoby, które wcześniej nie miały stycznością z tą gałęzią popkultury, a być może mogłyby się nią zainteresować. Takie posunięcie jest z pewnością godne pochwały, choć trudno powiedzieć, czy inicjatywa odniosła sukces, bowiem "dodatkowych" uczestników konwentu nikt przecież nie liczył.

W amfiteatrze odbyły się wszystkie najważniejsze wydarzenia konwentowe, w tym finał konkursu cosplayowego oraz wręczenie Kryształowych Smoków - nagród za najlepsze opowiadanie oraz grafikę. W tym samym miejscu odbywały się również wszystkie koncerty, na których wystąpiły zespoły Dziwoludy oraz Rhiannon, a także pokazy i warsztaty różnorakich tańców. W okolicy rozłożyło się również kilka "wiosek" o zróżnicowanej tematyce. Można było zatem zapoznać się z orężem, kulturą i grami wczesnośredniowiecznych wikingów, jak i przyjrzeć się z bliska znacznie bardziej ponurej przyszłości w wiosce... post-apo. Nikogo chyba nie zaskoczy, że każda z osad cieszyła się naprawdę sporą popularnością.

To ciągle nie wszystko. Wokół zamku znów pojawiło się mrowie wystawców, którzy oferowali rozmaite dobra. Za odpowiednią cenę można było nabyć nie tylko książki i gry, ale również różnego rodzaju wyroby rzemieślnicze (biżuterię, kubki, zapinki, torby, sakwy i wiele, wiele więcej), jak i nieco bardziej tradycyjne gadżety - z koszulkami na czele. Gdyby od tych atrakcji ktoś zgłodniał, nic nie stało na przeszkodzie, by skorzystać z oferty jednego z foodtrucków lub barów. Miłośnicy bardziej wyszukanych kulinarnych doznań mogli za to skorzystać ze specjalnej oferty leśnickich pubów i kawiarni, gdzie serwowano m.in. kawy i lody nazwane na cześć ostatniej odsłony Gwiezdnych Wojen! Jednym zdaniem: prawdziwy raj dla geeków.

Organizacyjne zgrzyty

Jeden akapit warto poświecić organizacyjnej stronie konwentu. Na pewno nikogo specjalnie nie interesuje tutaj, czy na konwencie było czysto (choć było), ale nie sposób poruszyć innych ważnych kwestii. Na plus na pewno można zaliczyć DF-om, że mimo liczby uczestników idącej w tysiące kolejka do akredytacji okazała się krótka, z czym w minionych latach bywało różnie. Poszczególne atrakcje również zostały lepiej zaplanowane, dzięki czemu rzadko zdarzała się sytuacja, że sale były przepełnione grubo ponad swoje możliwości, co okazało się znaczącym problemem rok wcześniej. Zgrzyt tej natury pojawił się chyba tylko na niektórych prelekcjach bloku naukowego, na co warto zwrócić uwagę w przyszłym roku. Pod względem technicznym prawie wszystko było tip top - niekompatybilne laptopy i niedziałające rzutniki to już chyba przeszłość.

Słówko "prawie" jest tutaj kluczowe. Największą wpadką organizatorów okazały się bowiem... mikrofony. W konwentowym magazynie najwyraźniej zabrakło sprzętu tego rodzaju, przez co na większości paneli ich uczestnicy albo byli zmuszeni do mówienia bez odpowiedniego nagłośnienia, albo przekazywali sobie mikrofony z rąk do rąk, co wyglądało dość kuriozalnie, a brzmiało jeszcze gorzej. O ile w małych salach nie był to żaden problem, o tyle w audytorium, a zwłaszcza jego tylnych rzędach, trudno było cokolwiek usłyszeć, jeśli paneliści/pelegenci mówili bez mikrofonu. A przecież to właśnie tam odbywały się najważniejsze punkty programu! Taka sytuacja na konwencie o tak długiej tradycji i tak znaczącej marce jest nie do pomyślenia i nie może się powtórzyć w przyszłych latach.

Czasami zawodziła również komunikacja pomiędzy organizatorami a konwentowiczami. Sale potrafiły się zmieniać na pięć minut przed rozpoczęciem danej atrakcji, co powodowało spore zamieszanie i nerwy zarówno u ich prowadzących, jak i uczestników. Informacje o zmianach również nie zawsze trafiały na drzwi sal, gdzie miały się pierwotnie odbyć. Na szczęście takie sytuacje zdarzały się incydentalnie.

Zastanawiam się, czy wśród minusów można również umieścić fakt, że w tym roku punkty programu zagranicznych gości przeważnie nie były tłumaczone. Dla większości z nas język angielski nie jest już właściwie obcym, więc nie był to wielkim problem, choć dla niektórych mogła to być bariera nie do przebycia. Z pewnością obecność tłumaczy symultanicznych na takich punktach programu dodatkowo podniosłaby ich atrakcyjność, ale pod warunkiem, że będą wykonywać swoją pracę dobrze, a nie tak jak osoby, które podjęły się tego zadania rok temu.

Było lepiej, ale...

Na tegorocznych Dniach Fantastyki bawiłem się przednio, a zadowolenie uczestników jest chyba najlepszą pochwałą dla organizatorów konwentu. Wiadomo jednak, że prawdziwy sens zdania zaczyna się po "ale", a ostatnia edycja konwentu wyprodukowała kilka "ale", o czym wspomniałem nieco wyżej. Trochę boli mnie, że konwent nie jest już tak bardzo literacki jak niegdyś, ale to chyba naturalna kolej rzeczy i trzeba to zaakceptować. Nie zamierzam więc na to więcej narzekać. Niemniej obok takich wpadek jak brak mikrofonów nie można przejść obojętnie - organizatorzy muszą uderzyć się w piersi i zadbać o to, by więcej taka sytuacja się nie powtórzyła.

Tymczasem pora już kończyć. Zamknąć rozdział. Wszak kolejne Dni Fantastyki już za rok. Mam nadzieję, że tym razem znów odbędą się w czerwcu, choć tak naprawdę kiedykolwiek by nie były, ja postaram się na nich być. Warto.