Literatura: Pod lupą

Nie ukrywam, że na widok słów „trzecia wojna światowa” z reguły tracę zainteresowanie, bo przed oczami staje mi niemożliwie wyświechtany motyw konfliktu nuklearnego i smutnych panów, ganiających się w maskach przeciwgazowych po szaroburych ruinach. W tym przypadku obawy były tym większe, że Paweł Majka ma już na koncie powieści post-apokaliptyczne (przyzwoite, jeśli mnie pamięć nie myli). Na szczęście Czerwone żniwa poszły zupełnie inną drogą i chwała im za to. Zanim przejdę do rzeczy, wspomnę, że nad książką pracował nie tylko Majka, ale także jego szkolny przyjaciel, Radosław Rusak. Panowie postanowili nawiązać dłuższą współpracę, a niniejsza powieść jest jej początkiem.

Przyznam, że od dawna zastanawiałem się, jak Insignis, które w ostatnich latach zaopiekowało się Warcraftowymi powieściami na terenie naszego kraju, wybrnie z tego, że wiele z nich w przeszłości trafiło w ręce Polaków za sprawą innych wydawnictw. Zakładałem, że zostaną zwyczajnie zignorowane i oprócz nowości dostaniemy wyłącznie te, które nie zostały wcześniej zagospodarowane. Okazało się, że to zupełnie nie tak i nic nie stoi na przeszkodzie, by zafundować nam reedycje.

Wydane w zeszłym roku Assassin’s Creed Odyssey spotkało się ze świetnym przyjęciem ze strony recenzentów i okazało się jedną z najlepiej sprzedających się odsłon w historii marki. Nie bez kozery, bo gra jeszcze bardziej rozwinęła obecne w Origins rozwiązania, stając się w zasadzie pełnoprawnym RPG z drzewkiem umiejętności, wymienialnym ekwipunkiem, a co najważniejsze wyborami moralnymi, mającymi kluczowe znacznie dla zakończenia. Obecność tych ostatnich choć mile widziana, stanowiła pewnie nie lada zagwozdkę dla Gordona Doherty'ego, który podjął się napisania poświęconej grze powieści.

Twórczość Sebastiana de Castella to dla mnie jedno z największych literackich odkryć ostatnich lat. Zasiadając do pierwszej części, czyli Ostrza Zdrajcy, spodziewałem się dość zachowawczej i nieco wtórnej lektury: typowej fantastyki w przeraźliwie oklepanym świecie. Ku mojemu bezbrzeżnemu zaskoczeniu otrzymałem jednak porywającą i niewymuszenie zabawną powieść, która może stanowić wzór relaksującej książki przygodowej.

Nik Pierumow znany jest przede wszystkim jako znakomity twórca światów fantasy. W ostatnich latach Rosjanin skierował jednak swoje zainteresowanie ku steampunkowi, a owocem jego starych i nowych pasji stała się trylogia Blackwater. Jej pierwszy tom, zatytułowany Magia i stal, trafił niedawno do polskich księgarń.

Jako że nie miałem okazji przeczytać kontynuacji Pitera, Czerwony Wariant pióra Siergieja Niedoruba był moją pierwszą książką z podcyklu Uniwersum Metro 2035. W teorii ma on opowiadać o losach ocaleńców na dwa lata po wydarzeniach z głównej serii, ale szczerze mówiąc – przynajmniej w tym przypadku – nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Gdyby nie lekko przemodelowane logo nawet nie zorientowałbym się, że mam do czynienia z rzekomą nowością. Nie znaczy to bynajmniej, że Czerwony Wariant jest do niczego.

Nie ukrywam, że jestem niepoprawnym fanem Warcrafta i siłą rzeczy przekłada się to na przychylniejsze spojrzenie na osadzone w jego uniwersum książki. Nie znaczy to jednak, że przymykam oczy na ich wady i nieskomplikowaną formę, charakterystyczną dla powieści młodzieżowych. Kiedy dowiedziałem się, że Traveler ma być skierowany specjalnie do „młodszych fanów Warcrafta” byłem pełen obaw – cholera, to da się to wszystko jeszcze bardziej spłycić?! Owszem, da się. Niekoniecznie musi to być jednak zła wiadomość.

Strony: 1 2 3 Ostatnia »