Studnia wstąpienia - Brandon Sanderson - Recenzja

Brandon Sanderson wszedł na scenę fantastyki w stylu podobnym do Petera V. Bretta – z hukiem. Jego pierwsza powieść, zatytułowana „Elantris”, oczarowała zarówno recenzentów, jak i czytelników. Także mnie urzekła swoją oryginalnością, specyficznie poprowadzoną, niebanalną fabułą i ogromną liczbą świetnych, a co najważniejsze – niespodziewanych zwrotów akcji. Później światło dzienne ujrzał „Z Mgły Zrodzony”, pierwsza odsłona planowanej trylogii. Historia szlachetnych złodziei, próbujących obalić rządy Ostatniego Imperatora, potwierdziła kunszt literacki autora, choć prezentowała minimalnie niższy poziom od debiutu. „Studnia Wstąpienia” stanowi kontynuację przygód szajki Kelsiera.

Sanderson pisze w sposób bardzo specyficzny – jego dzieła są długie, akcja rozwija się powoli. Najpierw jesteśmy „oswajani” ze światem powieści, potem powoli poznajemy problemy dręczące krainę i bohaterów książki. Dzięki temu bardziej interesują nas ich losy, czytamy z większym zaangażowaniem. Należy przyznać, iż mimo pewnej rozwlekłości w formowaniu głównego wątku, czytelnikowi nigdy nie towarzyszy znużenie. Autor bowiem ciągle doświadcza postaci różnymi pomniejszymi problemami, związanymi z wątkiem głównym, jednak nie wysuwającymi się na pierwszy plan. Tutaj z kolei daje o sobie znać precyzyjne zaplanowanie fabuły – prawie wszystko ma jakiś cel, ujawniony dopiero w końcówce. Wtedy każdy element zaczyna pasować do innych, tworzy się logiczna całość, teoretycznie prosta, jednak samodzielnie niemożliwa do odkrycia. To kolejna siła pisarza – w jego wyobraźni tworzą się niesamowite wręcz intrygi.

Niestety, „Studnia Wstąpienia”, sprawiająca wrażenie bardzo podobnej jakościowo do pierwszego tomu trylogii, w końcówce nie dotrzymuje mu kroku. Czytając o rewolucji skaa (jedna z ras zamieszkujących świat, w którym żyją bohaterowie, występująca w roli niewolników) nie można było zaczerpnąć oddechu, śledząc w napięciu rozwój wydarzeń. Tutaj również jest ciekawie, ale w pewnym sensie przewidywalnie i jakby... zbyt prosto. Nigdy nie mamy poczucia prawdziwego zagrożenia, nim bowiem zdąży ono rozkwitnąć, sytuacja już jest opanowana. Brakuje tu zdecydowanie problemów, które na pierwszy rzut oka nie mają rozwiązania, zmuszając tym samym do pozostania przy lekturze, w celu szybszego poznania następnych zdarzeń. Kilka razy poczułem niepokój, wracałem do lektury mimo braku czasu, ale w porównaniu do fascynacji, z jaką chłonęło się kolejne strony „Elantris”, czy „Z Mgły Zrodzonego”, uczucie to jest o wiele słabsze.

Niewątpliwie jednym z najciekawszych aspektów powieści jest świat przedstawiony. Z pozoru nie różni się on wiele od innych fantastycznych krain – klimaty przypominające średniowiecze, kilka różnych ras, obecność intrygujących sił i mocy. Tym razem jednak dwa ostatnie elementy nie przypominają niczego, z czym mamy do czynienia w innych dziełach. Wszystkie ziemie w nocy spowija mgła, której po wielu stuleciach „pokoju” powracają mordercze właściwości. Niektórzy ludzie zaś dysponują niesamowitą mocą czerpaną z metali. Większość wykorzystuje tylko jeden – cynę, aby wyostrzyć zmysły, czy cynę z ołowiem, w celu zwiększenia siły fizycznej i odporności. Nieliczni, zwani Zrodzonymi z Mgły, posiadają potęgę ich wszystkich. Dzięki temu mogą być niesamowicie silni, sięgać wzrokiem dalej niż ktokolwiek, przyciągać i odpychać metalowe elementy otoczenia, a nawet... widzieć przyszłość! Za ten pomysł zdecydowanie Sandersonowi należy się szacunek.

Jak wspomniałem na początku, „Studnia Wstąpienia” kontynuuje wątek poprzedniego tomu. Powracają więc znani bohaterowie – Ham, Clubs, Spook, Breezy, Dox, Sazed, Elend oraz Vin. Brakuje tu, ze znanych czytelnikom pierwszej części powodów, przywódcy bandy, Kelsiera. Odbija się to trochę na poziomie powieści – człowiek ten był spoiwem łączącym wszystkie wydarzenia, motorem napędowym fabuły. Przy tym postać ta była bardzo charyzmatyczna. Nikt z pozostałych nie jest w stanie go zastąpić. Ani przepełnieni wątpliwościami, niepewni własnej osobowości Elend i Vin, ani Terrisanin Sazed, ani reszta ekipy, zepchnięta delikatnie na dalszy plan. Lekkim powiewem świeżości jest nieobliczalny Obserwator, odgrywający potem znaczną rolę w fabule. Jego osobowość nie została jednak moim zdaniem należycie wykorzystana.

Książka zawiera wszystko to, co poprzednie dzieła autora, ale w trochę mniejszym natężeniu. Choć sytuacja ta nie dotyczy walki, której w „Z Mgły Zrodzonym” było jak się zdaje mniej. A trzeba przyznać, że jest to mocny element pozycji – Vin, jako jedna z najbardziej uzdolnionych Zrodzonych z Mgły, ma niesamowite możliwości. Przez czas jaki minął od rozpoczęcia jej szkolenia w pierwszym tomie, zdążyła osiągnąć zupełnie nowy poziom umiejętności. Dzięki temu możemy czytać o niesamowitych starciach, jakie toczy z wykorzystaniem Allomantycznych mocy. Bez przerwy pozostaje w ruchu, powalając wrogów dzięki wzmocnionej sile i wyostrzonym zmysłom, unikając ich ataków poprzez wysokie skoki, które umożliwia Przyciąganie i Odpychanie. Muszę przyznać, że jej akrobatyczne wyczyny robiły na mnie czasem większe wrażenie niż chirurgiczne cięcia Geralta!

Ten twór pisarza nie powala już tak bardzo, jak jego poprzednie książki, ale i tak stanowi przednią lekturę - mimo wspomnianych wad powieść jest godna polecenia. Drobne rozczarowanie jakie sprawia, jest wynikiem wcześniejszego dorobku Sandersona, nie można jednak patrzeć tylko przez jego pryzmat. "Studnia Wstąpienia" zawiera wiele świetnych pomysłów, niebanalną akcję i kilka przemyślanych, nieoczekiwanych zwrotów akcji. Co prawda nie wciąga bez reszty jak poprzednie dwa dzieła autora, ale i tak nie pozwala się oderwać od poznawania historii.


Profil redaktora JayL


Opublikowano: 02.08.2010 23:59