Przekraczając granice - Oksana Pankiejewa - Recenzja

Lubię czytać o światach przypominających naszą rzeczywistość. Wiele osób szuka w książkach oderwania od tejże, tymczasem mi przyjemność sprawiają nawiązania do współczesnej popkultury, dzięki którym między czytelnikiem a bohaterami powieści wytwarza się znacznie mocniejsza więź. Kiedy życie jest ukazane bez koloryzowania, a postaci mówią o sprawach nam bliskich, tekst aż chce się czytać. Taka właśnie jest pozycja „Przekraczając granice” Oksany Pankiejewej. Choć jej akcja toczy się w „średniowiecznym” królestwie, nie ma tu mowy o jakiejkolwiek baśniowości, otrzymujemy za to dosadną, a przy tym prawdziwą i ciekawą opowieść.

Warto przy tym zaznaczyć, że sama fabuła jest średnia. Nie porywa złożonością, ilością zwrotów akcji czy rozmachem. Wynika to zapewne z faktu, iż „Przekraczając granice” jest dopiero pierwszym tomem cyklu, celem książki jest więc zaznajomienie nas z realiami świata przedstawionego i postaciami. Zostańmy jednak jeszcze na chwilę przy historii. Główną bohaterką powieści jest Ukrainka Olga, która w dość szokujących okolicznościach zostaje przeniesiona do innego świata. Trafia do królestwa Ortanu, krainy przypominającej nasze średniowiecze jedynie powierzchownie. Owszem, istnieje tu król z całym dworem, warstwy społeczne z arystokracją na czele, czy okuci w zbroje rycerze, ale (pomijam wątki fantastyczne w postaci smoków i magii) świat ten jest o wiele bardziej zaawansowany technologicznie, o czym może świadczyć choćby obecność pistoletów. Wszystko to za sprawą ludzi podobnych do Olgi, którzy przez przypadek trafiają na ten obszar niosąc ze sobą oczywiście wiedzę o wszelkich wynalazkach przyszłości. Choć warunki potrzebne do przeniesienia są dość rygorystyczne – należy dokonać go na kilka sekund przed śmiercią człowieka – nasza podopieczna nie jest jedyna. Dość powiedzieć, że Ortan dysponuje całym systemem przystosowania przesiedleńców, jak określa się obcych z innych światów. Przez prawie całą objętość powieści jesteśmy raczeni opisem przebiegu tegoż procesu, przebiegającego jednak trochę inaczej niż w większości przypadków (o czym później). O wiele bardziej dynamiczny jest za to drugi wątek. Traktuje on o misji Saety i Cantora, dwójki należącej do elity światowych morderców. Jego akcja toczy się w tym samym czasie, w którym miejsce mają przygody Ukrainki, częściowo wątki te się też przeplatają. W życiu asasynów dzieje się o wiele więcej, niż w przypadku głównej bohaterki, ale ich dzieje są trochę zmarginalizowane, zbyt mało rozbudowane.

W książce Pankiejewej urzekło mnie za to co innego – bohaterowie. Nie spotkamy tutaj nikogo nieskazitelnego, wręcz przeciwnie, wielu spośród nich ma więcej wad, niż zalet. Poza tym wszyscy przypominają mieszkańców wschodniej Europy od Polski począwszy – cechuje ich słowiańska fantazja, lubią się napić, zabawić, potrafią przekląć, ale dbają o przyjaciół i rodzinę. Jednym słowem, idealnie wpasowują się w mój ulubiony przymiotnik – są swojscy. Olga wbrew kanonowi nie jest pięknością, jej uroda jest zaledwie znośna, król Szellar zaś w żadnym stopniu nie daje po sobie poznać pełnionej funkcji. Jego wygląd nie poraża majestatem i wyniosłością, sam władca zaś jest bardzo przyjacielski. A co najważniejsze, stanowi synonim prawdziwie wspaniałego monarchy, dbającego o swój lud i sprawiedliwość, nie płonącego rządzą zysków i władzy. Do tego mamy ubóstwiającego picie pierwszego paladyna Elmara (który jest znany ze swych wybryków i późniejszego kaca moralnego), nimfę Azille, ukrywającego swe pochodzenie, posiadającego (jak większość zresztą) tragiczną przeszłość błazna Żaka, czy tłum dybiących na tron dwórek Jego Wysokości, które wszystkim przysporzą nie lada problemów. Wymienieni wyżej dostarczą nam również niemałą dawkę zawartego w dialogach humoru. Pod tym względem ich przeciwieństwem jest duet Saeta i Cantor. Cóż, trudno im się dziwić, praca obojga jest brutalna, w przeszłości zostali również bardzo mocno doświadczeni. Są więc zdolni jedynie do ironicznych i sarkastycznych docinków. Mimo to, polubiłem ich na równi z mieszkańcami Ortanu, a co najważniejsze – ich historia, choć nadal daleka od doskonałości, spodobała mi się znacznie bardziej niż opowieść o Oldze i reszcie.

Język stosowany przez autorkę jest bardzo przyjemny, tekst płynnie i szybko się czyta. Pankiejewa stosuje mało opisów, przez większość czasu przedstawiając dialogi bądź monologi. Tych ostatnich jest zresztą sporo, pojawiają się najczęściej w przypadku długich opowieści snutych przez bohaterów. Zabieg ten jest zdecydowanie ciekawy i pozytywnie wpływa na treść książki. Autorka nie boi się też wulgaryzmów, ale stosuje je z umiarem, tylko w przypadkach, kiedy są one naprawdę potrzebne. Jedyne, co mogę zarzucić pisarce to pewna doza niekonsekwencji w ukazywaniu efektów pijaństwa (swoją drogą, alkoholu przelewają się tu iście ogromne ilości) – raz postaci nie wiedzą, co robią, przez co dochodzi do absurdalnych sytuacji, innym razem zaś zachowują się jakby byli zupełnie trzeźwi, choć mają za sobą kilka butelek wina. Taka sprzeczność trochę razi.

„Przekraczając granice” bez wątpienia jest dobrym wstępem do dłuższego cyklu. Prezentuje nam ciekawy świat i świetnych bohaterów, których nie da się nie polubić. Jest to przy tym pozycja poważna, nie raz bardzo brutalna i dosadna, nie mamy jednak do czynienia z przerysowaniem, wszystko sprawia wrażenie bardzo realnego. Tym samym treść książki jeszcze bardziej daje do myślenia. Niestety do osiągnięcia wyższego poziomu trochę zabrakło. Boli przede wszystkim dość słaby wątek fabularny przygód Olgi, który dopiero w końcówce tomu na dobre się rozkręca. Tak czy inaczej, tom pierwszy serii „Los Króla” nastraja bardzo pozytywnie. Z ciekawością czekam na jego kontynuację.


Profil redaktora JayL


Opublikowano: 19.09.2010 23:59