Ostrze zdrajcy - Sebastien de Castell - Recenzja

Biorąc do ręki książkę Sebastiena de Castella nie spodziewałem się wiele. Banalny tytuł, okładka wprawdzie gustowna, ale w stylu wyraźnie zerżniętym z pudełka Dragon Age: Początek – słowem: wtórność. Na szczęście okazało się, że to nie do końca tak.

Gdybym miał scharakteryzować Ostrze Zdrajcy jednym zdaniem, rzekłbym, że to połączenie klasycznej fantastyki z powieścią płaszcza i szpady. Oto mamy bowiem królestwo, które po utracie sprawiedliwego władcy osunęło się w odmęty zepsucia. Potężna szlachta nieustannie toczy miedzy sobą polityczne wojenki, kompletnie ignorując potrzeby własnych poddanych. Klejnotem w koronie chaosu jest bez wątpienia Rijou – miasto, które pod względem panujących w nim zasad przypomina znane skądinąd Menzoberranzan. Podobnie jak w domu Drizzta tak i tutaj ulice są areną walki dla rodów szlacheckich. Dosłownie. Co jakiś czas książę ogłasza tak zwany Tydzień Krwi, czyli „święto”, w trakcie którego każdy może zabić dowolną osobę i nie ponieść za to konsekwencji. Tak przynajmniej głosi teoria…

Główny bohater, a zarazem narrator, Falcio, nie mógł więc wybrać gorszego okresu na wypad do Rijou. Mężczyzna jest jednym z Wielkich Płaszczy, wybrańców i elitarnych gwardzistów dawnego króla, a zarazem jego przedstawicieli pośród ludu. W przeszłości Płaszcze zajmowały się głoszeniem królewskich praw, rozsądzeniem sporów i – okazjonalnie – wymierzaniem sprawiedliwości. Dziś są wyjętymi spod prawa wyrzutkami i powszechnie pogardzanymi zdrajcami. W opinii społeczeństwa to z ich winy upadł dawny porządek. Falcio i jego dwaj towarzysze, mistrz łuku Brasti i genialny szermierz Kest, poszukują sposobu, by wypełnić ostatnie życzenie króla, a przy okazji oczyścić imię własnej formacji.

Brzmi do bólu standardowo, prawda? Cóż, po części tak właśnie jest, ale widać, że autor miał świadomość niezbyt twórczej konwencji i postanowił przekuć ją w swój atut. Powieść ma mocny, tragikomiczny wydźwięk - z jednej strony pełne zepsucia i dekadencji rządy szlachty, z drugiej kompletnie nieprzystający do niej herosi rodem z dawnych, lepszych czasów. Nie oznacza to, że bohaterowie są nieświadomymi własnej śmieszności Don Kichotami, toczącymi bezmyślną walkę z wiatrakami. Przeciwnie – oni doskonale wiedzą, że są skazani na porażkę, ale mimo to brną przed siebie, bo wrodzona przyzwoitość nie pozwala im zachować się inaczej.

Dużą zaletą powieści jest czarny humor. De Castell wkłada w usta i myśli swoich postaci złośliwe, ale celne komentarze, co nadaje całości specyficznego awanturniczo-łajdackiego posmaku, a zarazem pogłębia dramat, o którym pisałem wyżej. Dobrze, że choć raz mamy okazję spędzić czas z kimś innym niż dyżurny twardziel z wiecznym zatwardzeniem. Falcio, choć jest wspaniałym wojownikiem, ma także swoje słabości, przez co wydaje się nieco bardziej realną osobą, niż to zwykle bywa w fantastyce.

Uwagę zwraca też charakterystyka Wielkich Płaszczy. Nie tyle samej grupy, która z racji na styl działania i miłość do fechtunku przypomina Dumasowskich muszkieterów, ale jej ekwipunek i zwyczaje. Nie będę zdradzał zbyt wiele, lecz wiedzcie, że jednym z obowiązków królewskich wybrańców jest… nauka śpiewu. Władca doszedł bowiem do wniosku, że prości wieśniacy nie mają szans zapamiętać praw bądź wyroków podanych w klasyczny sposób. Co innego, jeśli zrobi się to za pośrednictwem prostej pieśni, którą można sobie utrwalić choćby i przy kielichu…

Ostrze Zdrajcy to dobra, przyjemna w odbiorze książka. Autor nie silił się o nowatorskie uniwersum, zamiast tego skupił się na emocjach i był to bardzo dobry wybór. Tragikomizm poczynań bohaterów, ich świadoma, straceńcza walka o z góry przegrany cel potrafi poruszyć, ale wzorem klasycznej fantastyki możemy też liczyć na chwilę wytchnienia w ogniu spektakularnych walk i dynamicznych sekwencji akcji.


Profil redaktora Murky


Opublikowano: 28.05.2017 15:08