Losy Tearlingu - Erika Johansen - Recenzja

Profil redaktora Shane


Opublikowano: 19.06.2017 08:57

Trzecia część trylogii Eriki Johansen. Trzecia = ostatnia. Powiem szczerze, że zdarzało mi się wspominać tę trylogię zanim pojawił się w sprzedaży trzeci tom i niemal czekać na zakończenie. Niestety nie dlatego, że to wspaniała opowieść, a raczej z czystej ciekawości, czy autorka wreszcie pokusi się o wyjaśnienie czytelnikowi, o co właściwie chodziło jej przez pierwsze dwa grube tomiszcza. Czy wyjaśniła? Sama nie wiem.

Na początek słowo o fabule końcowej części trylogii. Uprowadzona Królowa udaje się w serce wrogiego królestwa rządzonego przez „arcyzłą” Szkarłatną Królową. Jak zwykle w przypadku skomplikowanych książek pani Johansen, za pomocą wizji głównej bohaterki akcja rozgrywa się też w przeszłości, czy czymś w rodzaju innego wymiaru, trudno do końca stwierdzić. Ostatecznie autorka poprowadziła jednocześnie kilka wątków w teraźniejszości, kilka w przeszłości - powoli zmierzając do ich połączenia, co ze wszech miar doceniam, bo przez pierwsze dwa tomy naprawdę trudno było się w tym zorientować. Można by powiedzieć: efekt motyla hula w najlepsze.

Muszę przyznać, że trzeci tom trylogii czytało mi się chyba najlepiej – długie to i skomplikowane, ale dzięki przebrnięciu przez pierwsze dwa, zaczęłam chyba powoli rozumieć wizję Johansen i przestałam się dziwić pewnym wydarzeniom i okolicznościom, które tu opisała. Mało tego! Bywały momenty, w których ta książka bywała wciągająca i starała się do mnie przemówić o czymś więcej niż tylko o fabule. Niestety czuję się zawiedziona tym, co autorka uczyniła ze swoimi bohaterami. Dwa tomy kreowała ich, starała się nadać pewne specyficzne cechy, opowiedzieć motywy działania, sprawiła, że czuło się do nich sympatię lub jej brak - po prostu byli jacyś. W trzecim tomie zupełnie tego nie wykorzystała. Tajemnicza kreacja niektórych postaci - np. Szkarłatnej Królowej, Ducha, czy Rowlanda Finna naprawdę sprawiały, że miało się ochotę dowiedzieć o nich czegoś więcej. Tymczasem ostatecznie okazało się, że były bardziej interesujące, gdy w powieści bezpośrednio nie występowały, a tylko były wspominane przez innych bohaterów, niż w momencie opisywania ich własnych działań. Okazały się miałkie, płytkie, a ich działania kompletnie przypadkowe, zupełnie nie wynikające z ich cech. W sumie nic dziwnego, gdyż żadnych konkretnych cech nie idzie im przypisać.

Trylogia zwana jest „Grą o Tron dla kobiet”. Prawdopodobnie dlatego, że autorka miała zamiar napisać coś poważnego, mrocznego, a może nawet strasznego… a wyszło coś, co w moim odczuciu jest raczej bardziej groteskowe niż straszne. Momentami nie mogłam pozbyć się wrażenia, że pewne sceny są po prostu śmieszne i to wcale nie dlatego, że takie miały być. Przykłady: trwa oblężenie twierdzy, wrogowie próbują sforsować bramę taranem. Tymczasem co robią bohaterowie Johansen? Zamurowują wrota. Zamurowują. Wrota. Przed taranem. Serio... No i moje ulubione anatomiczno-fizjologiczne „kwiatki”: cytat: „ostrze wbite prosto w żyłę na szyi”. Bez komentarza, chociaż to akurat mogło zostać elegancko ukwiecone przez tłumacza (swoją drogą bardzo bym chciała przekonać się, co się tam zadziało w oryginalnym przekładzie). Tak więc dziwne, nielogiczne sceny i odrealnione opisy pozostały niezmiennie z nami od pierwszego tomu.

Podsumowując: książkę warto przeczytać jeśli jest się nastolatką albo początkującym fanem początkującej fantastyki. Wśród takich czytelników powieść zbiera bardzo dobre oceny. Pewnie ukaże się jeszcze w ogromnym nakładzie z uwagi na powstający na podstawie trylogii film. Jeśli to się sprzeda, a przypuszczam, że tak, z pewnością autorka spłodzi kolejne książki w tych realiach. Jest więc nadzieja, że w przyszłości wykorzysta potencjał, jakim wykazała się przy okazji tej trylogii.