Prawo do zemsty - Denis Szabałow - Recenzja

Profil redaktora Murky


Opublikowano: 15.07.2017 11:46

Pierwsza część trylogii Szabałowa zdobyła moją przychylność „żołnierskim” podejściem do tematu postapokalipsy. Bohaterowie poruszali się w formacjach, stosowali zaawansowane taktyki – słowem: miało się wrażenia obcowania z instrukcją prawidłowego postępowania w warunkach bojowych. „Dwójka” była kompletnym przeciwieństwem. Autor postawił sobie przy niej chyba za cel stworzenie kompendium najbardziej oklepanych motywów z gier komputerowych. Nawiedzone przedszkole, wioska ludożerców, powracający jak bumerang frazes „ludzie to najgorsze monstra”... Znalazło się nawet miejsce dla niesławnych audiologów! Aż litość brała. Nie dziwcie się więc, że do Prawa do zemsty podchodziłem z zapałem godnym skazańca, który za chwilę ma stanąć przed plutonem egzekucyjnym.

Po zakończonej spektakularną klęską próbie ogołocenia składów Rosrezerwy, które miały zapewnić schronowi Daniły spokojną przyszłość, osamotniony bohater wraca w rodzinne strony, mając świadomość, że zastanie tam tylko zgliszcza. Rzeczywistość okazuje się równie ponura co przypuszczenia – jego dom w zasadzie przestał istnieć. Schron obrócono w ruinę, a jego mieszkańców bezlitośnie wybito. Przetrwała tylko nieliczna grupka szczęśliwców, którzy natychmiast oddają się pod dowództwo Dobrynina i ruszają, by wywrzeć zemstę na Bractwie.

Fabuła Prawa do zemsty nie powala na kolana, ale w przeciwieństwie do poprzedniczki nie wzbudza chociaż zażenowania. Zazwyczaj. Autor pohamował nieco swój straceńczy zapał do kopiowania cudzych idei i skupiania się na wątkach paranormalnych. W zamian chętniej powraca do tego, co stanowiło o sile „jedynki”, czyli szczegółowych opisów taktyki stalkerów. Ludzie Daniły nie prą przed siebie z pieśnią na ustach i rozgrzanymi kałachami w rękach. Miażdżąca przewaga liczebna i technologiczna przeciwnika, której nie redukuje nawet supernowoczesny, „Crysisowy” kombinezon bohateram, sprawia że ekipa musi polegać na technikach partyzanckich, szybkich atakach i odskokach, a także zmyślnych, ale w gruncie rzeczy prostych pułapkach. Czyta się to wszystko z prawdziwą przyjemnością, bo sprawia naprawdę realistyczne – jak na standardy gatunku – wrażenie.

Zamiłowanie do logiki przejawia się też w innych aspektach powieści, na przykład projekcie świata i wzajemnych relacjach zamieszkujących go grup. Krucha równowaga między frakcjami ma całkiem sensowne uzasadnienie gospodarcze – każdy ma coś, czego potrzebują inni, ale brak mu sił, by zagrabić cudze skarby siłą. Przykładowo dysponujący ogromnymi zapasami amunicji żołnierze z pobliskiej bazy artylerii chcieliby położyć łapki na zajętych przez bandytów składach paliwa, ale zdobycie ich dobrze okopanych pozycji bez wsparcia pojazdów jest niemożliwe. Oprychy nie mogą z kolei wybić żołnierzy, bo brak im pocisków. W efekcie choć obie strony prowadzą ze sobą bezpardonową walkę, to żadna nie może zdobyć decydującej przewagi. Co ciekawe mimo wojny grupy prowadzą ze sobą handel, zdobywając w ten sposób dobra, których im brakuje. Rzecz jasna z powodów politycznych nie robią tego wprost, korzystając z usług sprytnych pośredników.

Na powyższym tle tym bardziej kłują w oczy wpadki, które trafiają się autorowi w drugiej połowie książki. Dobrym przykładem jest sytuacja z pewną tajną placówką militarną. Nie znam się na technologii broni masowego rażenia, ale to, co próbuje nam wcisnąć autor, brzmi jak czysta fantastyka (w tym złym znaczeniu) – nie będę zdradzał szczegółów, ale rzecz wydaje się być przesadnie złożona, a zatem potencjalnie awaryjna, co z kolei jest sprzeczne z warunkami, do jakich była opracowana. Dziwi też zachowanie człowieka, który jako jeden z niewielu znał lokalizację i sposób użycia instalacji. Przez wiele lat milczał na jej temat, choć mógłby zarobić na tej wiedzy krocie, argumentując swe zachowanie miłością do ojczyzny i wiernością danemu niegdyś słowu. Brzmi przekonująco? Być może, ale czemu w takim razie wyśpiewał wszystko Danile, którego ledwie zna? Wzruszyła go jego smutna historia? Przecież w tamtejszych realiach nie jest ona niczym nowym, zwłaszcza dla mężczyzny, który szczyci się ciągotkami do podróży i kolekcjonowania cudzych opowieści. W pewnym momencie powracają nawet niesławne dzienniki, tym razem w iście karykaturalne formie. Wyobraźcie sobie człowieka cierpiącego niewyobrażalny ból. Skoro od udręki dosłownie trzaskają mu stawy, to jakim cudem znajduje siły, by szczegółowo rozpisywać się o swoich odczuciach w notatniku? Swoją drogą źródło jego nieszczęścia pasuje do przyjętej konwencji jak pięść do nosa. To trochę tak, jakby we Władcy Pierścieni Sauron zginął od strzału z działa orbitalnego. Jeśli dodać do tego fakt, że Szabałow wkłada w to wszystko wątek podróży w czasie, który rzadko komu wychodzi na dobre, efekt jest doprawdy kuriozalny.

Mimo wszystko Prawo do zemsty to znacznie lepsza powieść niż poprzedni tom cyklu, choć szczerze mówiąc nie jest to nadzwyczajne osiągniecie. Nie rozumiem, dlaczego autor, który tak dobrze odnajduje się w przyziemnym aspekcie uniwersum, zbacza na paranormalne bagniska, choć ewidentnie mu one nie służą. Szczęśliwie nie robi tego tak często jak w Prawie do życia, więc przy odrobinie dobrej woli można zignorować wpadki i skupić się na rozsądniejszej części przygód Daniły.

PS: Do książki dodawany jest darmowy zbiór opowiadań stworzonych przez fanów uniwersum. W ruinie zawiera łącznie 12 różnych historii, rozpisanych na blisko 300 stronach.