World of Warcraft: Arthas. Przebudzenie Króla Lisza - Christie Golden - Recenzja

Profil redaktora Murky


Opublikowano: 12.08.2017 13:43

Arthas jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci ze świata WarCrafta i z całą pewnością można go stawiać na równi z Illidanem i Thrallem. Wszyscy wymienieni panowie doczekali się już dedykowanych powieści. Kilka lat temu na rynek trafił Władca klanów autorstwa Christie Golden, który skupiał się na wodzu Hordy, a całkiem niedawno wydano dzieło Williama Kinga, pochylające się nad losami Zdrajcy. Powieść dedykowana Królowi Liszowi jest znana zachodnim czytelnikom od 2009 roku, ale Polacy mogą się z nią zapoznać dopiero teraz.

Arthas. Przebudzenie Króla Lisza rozpoczyna się od scen nieznanych z gier komputerowych. Przez dobrych kilkadziesiąt stron możemy obserwować wczesne dzieciństwo bohatera. Dowiadujemy się, kiedy otrzymał swego słynnego rumaka, co czuł wstępując w szeregi paladynów, a przede wszystkim jak poznał niezmiernie ważną dla jego późniejszych losów Jainę Proudmoore. Z czasem akcja skupia się na wydarzeniach z WarCrafta 3 i powolnym upadku bohatera. W tym momencie zaczynają się też jednak moje rozterki. Z jednej strony niewątpliwe zagrała nostalgia, która kazała mi się cieszyć z ponownej wizyty w Stratholme i szeregu równie pamiętnych lokacji, z drugiej czułem się mocno zawiedziony, bo Golden najzwyczajniej w świecie przepisała raz opowiedzianą historię.

Daruję sobie rozwlekanie się nad warsztatem pisarki - jeśli zdarza się wam czytać moje recenzje, to wiecie, że uważam ją za zdolną rzemieślniczkę, ale nic więcej. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że jej zamiłowanie do uniwersum wydaje się autentyczne. Skoro już przy tym jesteśmy: Arthas to dzieło przeznaczone tylko i wyłącznie dla już przekonanych. Czytelnik niezaznajomiony z realiami rychło pogubi się w nawale powierzchownie nakreślonych postaci i miejsc. Żywot Arthasa obfitował w wiele istotnych dla Azeroth momentów, więc próba upchnięcia ich wszystkich na nieco ponad 360 stronach siłą rzeczy musiała zakończyć się spłycaniem wątków i charakterów. Pomińmy nawet postaci poboczne w rodzaju Muradina, gorzej że ten sam los spotkał również protagonistę.  Szalony pęd przez historię życia Arthasa nie pozwolił porządnie scharakteryzować przyczyn, jakie stały za przeistoczeniem się praworządnego paladyna w bezlitosnego Króla Lisza. Osoby, które miały przyjemność zagrać kiedyś w WarCrafta 3 poskładają to wszystko do kupy, ale pozostali mogą mieć problem. Takie podejście dziwi i zawęża grono potencjalnych odbiorców, bo poważnie utrudnia zadanie tym, którzy zaczęli od WoW-a, a po książkę sięgają wyłącznie w celu uzupełnienia wiedzy. 

Szczególnie mocno irytował mnie inny element, ale nie można go jednak w żaden sposób przypisać autorce. Z niezrozumiałych przyczyn jakiś czas temu Blizzard ubzdurał sobie, że lokalizowanie nazw własnych to dobry pomysł. W czasie lektury nieustannie musiałem na powrót „zangielszczać” sobie terminy, by połapać się, o kim lub o czym w zasadzie mowa. Dla przykładu AedelasBlackmoore stał się Adelasem Czarnomorem, a Sylvanas Windrunner Sylwaną Bieżywiatr. Co więcej proceder zdaje się być stosowany wybiórczo. Skoro dano wreszcie spokój nazwisku biednej Jainy i przestano forsować potworne koślawe Dumnmar, to może najwyższy czas odpuścić też pozostałym i nie uszczęśliwiać fanów na siłę?

Choć piszę to z żalem, to muszę przyznać, że zawiodłem się na Arthasie. Lwia część książki to ordynarne skopiowanie fabuły gier na potrzeby innego medium. Zgoda, momentami na moje usta wpełzał delikatny uśmiech, ale wynikał wyłącznie z nostalgicznego stosunku do WarCrafta 3. Obawiam się, że młodsi fani uniwersum, którzy za pośrednictwem powieści planują uzupełnić swoją wiedzę, polegną w starciu z przesadnie podkręconym tempem narracji. Zdecydowanie lepiej wyjdą na ograniu znakomitego RTS-a. Weterani liczący na coś więcej niż powrót do przeszłości, również mogą sobie odpuścić, bo nieliczne autorskie wstawki Golden (choćby nieco zmienione zakończenie) nie wnoszą do realiów nic na tyle istotnego, by uzasadnić ewentualny zakup.