Zawisza Czarny - Jakub Ćwiek - Recenzja

Profil redaktora Murky


Opublikowano: 28.11.2017 00:19

Murzynek Zawisza w Afryce mieszka… a w zasadzie to nie, bo przyjechał nad Wisłę. Zamiast jednak wzorem straumatyzowanych uchodźców wziąć się do wyłudzania zasiłków i gwałcenia naszych kobiet, postanowił wskoczyć w dres, chwycić za pałkę teleskopową i zaprowadzić ład i porządek. A nawet prawo i sprawiedliwość. Za ostro? Cóż, w takim razie, misiaczki Wy moje, nie jest to książka dla Was.

Chwytliwe nie? Przyznaję, ja też dałem się złapać na wytworzony przez wydawcę „skandaliczny” lep. Według pyszniących się z okładki cytatów nowa książka Jakuba Ćwieka ma bezlitośnie drwić z absurdów współczesnego, kipiącego od politycznych emocji społeczeństwa, sakramencko wkurzając przy tym przedstawicieli obu stron barykady. Szkoda tylko, że to nieprawda. Przynajmniej nie cała. Wątki polityczne i owszem, przewijają się przez fabułę, ale nie są bynajmniej jej osią. Samo w sobie nie stanowi to problemu, jest jednak piekielnie mylące. Od pierwszych stron w napięciu wypatrywałem szumnie zapowiadanego „mięcha”, ale nigdy się go nie doczekałem. Dziełu najbliżej bowiem do specyficznej historii o superbohaterach, grupie dziwacznych indywiduów, walczących ze złem tego świata pod przykrywką mniej lub bardziej zwyczajnych obywateli. W tym sensie książka przypomina więc nieco Chłopców (lub Dreszcza, do którego zresztą bezpośrednio się odwołuje), ale brak jej charakterystycznego dla nich uroku. Po kolei jednak.

Tytułowy bohater, Zawisza, jest czarny. W sensie jak najbardziej dosłownym, więc być może wypadałoby nazwać go afropolakiem lub personą pigmentododatnią. Jako że on sam tego nie robi, ja również nie będę. Grunt, że chłopak jest też polskim patriotą. Został wychowany przez rodzimego misjonarza z przeszłością wojskową. Przybrany rodzic wpoił mu do głowy sensownie rozumianą miłość do ojczyzny, a przy okazji nauczył sztuk walki, co okazało się szczególnie przydatne przy okazywaniu owego afektu w praktyce. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że zaraz po przyjeździe do Warszawy Zawisza wplątał się w nie lada kabałę – uknuty przez narodowców spisek, mający przywrócić ojczyznę na pożądane przez nich tory, eliminując przy tym hipsterów, miłośników starbunia i im podobnych wywrotów. Lub „wywrotów”, jeśli wolicie tę wersję.    

Nie twierdzę, że książka jest kompletnie nieudana, ale wiele jej brakuje do poprzednich dzieł Ćwieka. Kłamca uwiódł mnie charakterystycznym, zawadiackim bohaterem, „szlachetnym łotrzykiem” skorym do ciętej riposty i wszelkiego rodzaju przecherstwa. Wspomniani Chłopcy z miejsca przykuwali uwagę szalenie oryginalnym uniwersum – gdzie indziej widzieliście kumpli bajkowego Piotrusia Pana w roli bitnych motocyklistów? Zawisza jest na tym tle zaskakująco nijaki. Protagonista wydaje się znacznie bardziej intrygujący, niż jest w rzeczywistości (ot, dobrotliwy olbrzym, tyle że czarny i całkiem bystry), a intryga nie dość, że rozwija się piekielnie długo, to jeszcze prowadzi do niezbyt odkrywczego meritum. Brak jej również spójności i rytmu. Autor bardzo gwałtownie przeskakuje od naziolskiego spisku do problemów samotnej matki, potem wplątuje w to wszystko ambitnego korposzczura, feministki, cyklistów, ukrytą opcją niemiecką (dosłownie) oraz tajną grupę samozwańczych superbohaterów. Ci ostatni, kumple Zawiszy, nie powalają kreacją i daleko im do Dzwoneczka i spółki. Łokietki to typowe komputerowe nerdy rodem z dowcipu, których jedyną cechą charakterystyczną jest seplenienie, a Pająk to szlachetny weteran, pomimo zaawansowanego wieku wciąż działający na rzecz ukochanego miasta. Na niewielki plus zasługuje tylko śmigająca podrasowaną Warszawą Sawka – pyskata taksówkarka z talentem do pakowania się w kłopoty. Ogólnie rzecz biorąc bohaterowie wydają się bardzo zachowawczy, konserwatywni i najzwyczajniej w świecie letni, a to przymiotniki, które w kontekście tego konkretnego autora nie powinny przecież padać. Jest znośnie, ale nic ponadto.         

Czytając Zawiszę, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Ćwiek chwycił zbyt wiele srok za ogon, koniecznie chcąc zahaczyć o każdy problem współczesności, w efekcie na żadnym nie skupiając się na tyle długo, by nadać mu odpowiednią wagę, czy choćby solidnie wydrwić. Więcej nie zawsze znaczy lepiej. Słowem: zapowiadano huragan piątej kategorii, a powiał lekki zefirek. Optymista powie, że to fajnie, bo rześko, lekko, przyjemnie i chałupa nadal stoi, ale większość będzie zrzędzić, że liczyła na ekstremalne przeżycia, a nadal ma na czym siedzieć. Choć miało urywać.