Beren i Lúthien - opowieść J.R.R. Tolkiena pod red. Christophera Tolkiena pod lupą Enklawy

Profil redaktora Shane


Opublikowano: 22.12.2017 23:30

„Jeśli zważyć, że mam dziewięćdziesiąt trzy lata, jest to (przypuszczalnie) moja ostatnia książka z długiej serii redagowanych przeze mnie, a w większości wcześniej niepublikowanych, tekstów mego ojca”. Tymi słowami Christopher Tolkien, syn mistrza J.R.R. Tolkiena, opatrzył przedmowę wydanego niedawno tomu „Beren i Luthien”. Cóż to za dzieło?

W pierwszym momencie każdemu fanowi literatury Tolkiena na myśl przyjdzie opowieść o tym dwojgu umieszczona w legendarnym „Silmarillionie” – zbiorze opowieści z Dawnych Dni. Jest to, w telegraficznym skrócie, historia mezaliansu popełnionego przez Luthien, dziewczynę elfickiego pochodzenia o niespotykanej urodzie i wdzięku... Z Berenem, człowiekiem, a więc w przeciwieństwie do wyżej wymienionej, zwykłym śmiertelnikiem. Opowieść o tej niezwykłej miłości była tak bliska sercu autora, że jej pokłosie widać w późniejszych chronologicznie dziełach Tolkiena (wątek tego rodzaju związku pojawia się także we Władcy Pierścieni), a także w rzeczywistości - imiona pary bohaterów można znaleźć na nagrobku J. R. R. Tolkiena i jego żony Edith.

Wracając do nowego dzieła Christophera Tolkiena, publikowanie tej samej historii w osobnym tomie przypomina na pierwszy rzut oka próbę wyciśnięcia suchej od dawna cytryny, a przecież zapowiedział on, że większość tekstów, które obecnie publikuje, wcześniej nie widziało światła dziennego. I rzeczywiście – opowieść, którą znajdziecie w tym wydaniu, jest zgoła inna niż ta, którą wszyscy znaliśmy z legendarium. Podobnie jak w przypadku „Opowieści o Kullervo” jest to studium nad powstawaniem tekstu w wersji, którą znamy. Wyewoluowała ona z pisanej przez J.R.R. Tolkiena „Ballady o Leithian”, więc w tym tomie znajdziemy między innymi: wczesną wersję historii o Berenie i Luthien pisaną prozą, fragmenty ballady pisanej wierszem, zarówno w języku angielskim jak i polskim, szerokie przypisy, dodatkowe informacje o pochodzeniu wątków i postaci. Książka jest także wyposażona w spis imion, nazw własnych i geograficznych występujących w pierwotnych tekstach, co jest ogromną ciekawostką, bo jak się okazuje, imiona i nazwy które znamy, ewoluowały razem z samym tekstem.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka przyzwyczaiło już nas do pięknych wydań tolkienowskich dzieł. Tym razem również na tym polu nie zawiodło: twarda oprawa pasująca projektem do pozostałych tomów, wysoka jakość druku, profesjonalne tłumaczenie i korekta, a także stanowiące moim zdaniem największy plus - przepiękne klimatyczne ilustracje słynnego Alana Lee! To wszystko sprawia, że ten tom jest po prostu majstersztykiem wydawniczym. Jak zawsze ukłony w stronę wydawnictwa za oprawę godną książek wybitnego autora.

Fakt, wydanie to pięknie wygląda na półce w towarzystwie innych dzieł J.R.R. Tolkiena, nie da się jednak ukryć, że nie jest to książka dla każdego. Jeśli chcecie ją kupić pod choinkę komuś, kto fascynuje się ekranizacją Władcy Pierścieni, a z resztą tolkienowskiego świata nie miał nigdy do czynienia, zaliczycie prezentowego faila. Ten tom to trudne, skomplikowane studium nad dziełem, a nie finalne dzieło. Jeśli oczekujecie historii pokroju Hobbita czy Władcy, będziecie zawiedzeni. Za to tolkiniści i zapaleni fani wszystkiego, co sygnowane jest tym wybitnym nazwiskiem, będą zdecydowanie zachwyceni. Jak wskazuje na to Christopher Tolkien, to dzieło wydane zostało in memoriam  i tak powinno zostać potraktowane. Tylko dla największych fanów.