World of Warcraft: Fala ciemności - Aaron Rosenberg - Recenzja

Recenzując wydanego niedawno w Polsce Arthasa, sporo się namarudziłem na nazbyt pospieszne tempo i niepotrzebne powielanie raz opowiedzianej historii. Fale ciemności również oparto na historii znanej z gry, ale tym razem ma to znacznie więcej sensu. Po pierwsze Warcraft II, w którego czasach rozgrywa się fabuła książki, ma już na karku 23 lata, więc jest starszy od najnowszej fali miłośników Thralla i spółki, po drugie – i ważniejsze – narracyjnie był znacznie uboższy od „trójki” i siłą rzeczy pozostawił Rosenbergowi sporo miejsca na uzupełnianie luk i rozwinięcie skrzydeł wyobraźni.

Opowieść rozpoczyna się jakiś czas po otwarciu Mrocznego Portalu i wtargnięciu Hordy do Azeroth. Wichogród, znany lepiej jako Stormwind (słowo daję – nigdy nie przyzwyczaję się do mody na tłumaczenie nazw własnych) padł, a król Llane pożegnał się z życiem. Uciekinierzy z Draenoru również mają pod górkę. Durotan dołączył do przodków, zaś Orgrim pokonał Czarnorękiego i przejął rolę wielkiego wodza. Dumny wojownik zamierza przywrócić swemu ludowi honor nadszarpnięty w wyniku działań igrającego z demoniczną magią Gul’dana. Nie znaczy to jednak, że porzucił plan wywalczenia dla orków nowej ojczyzny. Przeciwnie – pragnie zebrać klany, przepłynąć Wielkie Morze i rozbić w pył ostatnie twierdze ludzi i ich sojuszników.

Aaron Rosenberg zmierzył się z ciekawym momentem w historii uniwersum. Czytelnicy będą mogli śledzić powołanie Przymierza i powstanie paladynów oraz rycerzy śmierci, poznać los Gul’dana, dowiedzieć się w jakich okolicznościach siły Orgrima zasiliły leśne trolle pod wodzą Zul’jina i tak dalej. Mimo zatrzęsienia wątków każdemu z nich poświęcono wystarczająco wiele miejsca, by nie dokuczało dojmujące w Arthasie poczucie nadmiernej ogólnikowości. Naturalnie przedstawione wydarzenia nie zaskoczą nikogo, kto ma podstawowe pojęcie o tutejszych realiach, ale autor wypełnił pewne luki i przygotował sporo smaczków dla uważnych. Przykładowo ponownie możemy śledzić tragiczne losy czerwonych smoków, ale tym razem w przeciwieństwie do wydanego lata temu Dnia smoka nie ze strony Alexstrazy i wierchuszki klanu Smoczej Paszczy, ale wpływu ich poczynań na sytuację na froncie. To bardzo miły szczegół, który nadaje uniwersum spójności i czyni je wiarygodniejszym.

Nie muszę chyba tłumaczyć, że Fale ciemności to dzieło dla już przekonanych. Przygodny czytelnik najpewniej zatonie w gęstwinie imion, obcobrzmiących nazw i terminów, nie wspominając już o tym, że nie będzie w stanie dostrzec tak zwanego szerszego obrazka, pojąć, z czego wynikają jedne wydarzenia i jakie będą długofalowe konsekwencje innych.

Powtarzam to jak mantrę, ale taka jest brutalna prawda, także i w tym przypadku – biorąc do ręki powieść na podstawie gry, nie masz co liczyć na literackie rozkosze. Gdyby nie fakt, że mam słabość do bohaterów, którzy towarzyszą mi od co najmniej dwóch dekad, najpewniej raz za razem pukałbym się w łeb i zastanawiał, jak do licha można czerpać przyjemność ze śledzenia tak jednoznacznej moralnie intrygi, polubić słabo zarysowane postaci i znieść drewniane niekiedy dialogi. Pojmie to tylko serce fana. Jeśli zasypiasz z imieniem Orgrima, Gul’dana bądź Lothara na ustach, będziesz zadowolony, bo to jedna z najciekawszych Warcraftowych książek wydanych w ostatnich latach. Do Wojny starożytnych jej jeszcze daleko, ale poziom Narodzin Hordy został jak najbardziej osiągnięty.


Profil redaktora Murky


Opublikowano: 02.03.2018 18:37