Droga Szamana. Etap 1: Początek - Recenzja pierwszego tomu bestsellerowego LitRPG

Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 14.07.2018 01:22

Drogę Szamana reklamuje się jako przedstawiciela nowego gatunku zwanego LitRPG. Ma on łączyć cechy klasycznej powieści fantastycznej i gry komputerowej. Jako wielbiciel obu tych form rozrywki teoretycznie jestem więc idealnym odbiorcą docelowym. Rzecz w tym, że patrzę na to dziwo i za diabła nie wiem, z której strony jest głowa.

Zacznijmy od tego, że próba wmówienia ludziom, że wykorzystanie w literaturze motywów znanych z gier jest czymś tak odkrywczym, że wymaga stworzenia zupełnie nowej gałęzi fantastyki, jest po prostu komiczna. Przedstawianie losów protagonisty zarówno w „realu”, jak i czymś w rodzaju futurystycznego MMO, jest stare niczym science-ficition. No chyba, że chodzi o utopienie czytelnika w morzu zbędnych statystyk (o czym więcej za chwilę), wówczas pojawia się pytanie, czy nie jest to tylko specyficzny smaczek w ramach starej formuły. Odłóżmy jednak na bok marketing.

Bohaterem powieści jest Dmitrij Machan, podrzędny pracownik branży IT.  W wyniku zauroczenia pewną niewiastą daje się namówić na udział w przedsięwzięciu, które kończy się dla niego wyrokiem 8 lat więzienia. Zamiast jednak przywdziać pasiak, ostrożnie schylać się po mydło i spać tyłem do ściany, zostaje zapakowany w fikuśną kapsułę i zmuszony do wydobywania surowców w najpopularniejszej grze przyszłości. Świat Barliona przypomina nieco ten znany z WoW-a (w którego Machanienko namiętnie grywa, co zresztą daje się odczuć). To dość typowa kraina fantasy zamieszkana przez orków, gnomy i im podobne tałatajstwo. Machan ląduje na serwerze w skórze zupełnie nowej, niedoświadczonej postaci, trafia do jednej z kopalni i… farmi surowce, reputacje oraz crafting. Dosłownie. Przez prawie całą książkę.

Zawiązanie akcji nie grzeszy oryginalnością, ale z uwagi na lekki, ironiczny styl pisarza może się podobać i obcuje się z nim dość przyjemnie. Po tym, jak Machan ląduje w kopalni, następuje nagłe tąpnięcie i wszystko się sypie. Nie, nie mówię o stropie tunelu, wówczas męki nie trwałyby tak długo. Autor uznał, że zasadnym będzie utopienie czytelnika w morzu szczegółowych, absolutnie zbędnych statystyk. Cóż mnie obchodzi, że machając kilofem, postać zdobyła +5% do kowalstwa i +1 do siły? Jaki wpływ na moje emocje ma fakt, że zostało mu 10% energii? Tego typu wyliczanki mają zapewne stworzyć iluzję uczestnictwa w grze komputerowej, ale to, co sprawdza się na monitorze, na papierze zwyczajnie nudzi. Przebijanie się przez kilkadziesiąt stron „barwnego” opisu łupania kamieni przypomina czytanie połączenia poradnika z battle logiem produkcji, w którą nigdy nie zagrasz. Całość ma jeszcze mniej sensu z uwagi na to, że nie ma większego znaczenia dla fabuły. Owszem, w teorii to od statystyk zależy, jak dużo czasu bohater spędzi w więzieniu, ale autor traktuje je z dużą swobodą, raz po raz zmienia zasady i sprawia, że szaman im się wymyka, osiągając rezultaty będące poza zasięgiem innych graczy. Dlaczego? Bo tak.

Swoją drogą można odnieść wrażenie, że Machan jest jedyną myślącą istotą w morzu beznadziejnych idiotów: bez niego nie dzieje się absolutnie nic. Nieważne, że wszyscy wokół mieli profesje wytwórcze. To on pierwszy wpadł na to, by na nich zarabiać. Jedynie jego postać trudni się jubilerstwem? Zgoda, ale są tam przecież na przykład snycerze, dlaczegóż nie mieliby produkować i sprzedawać magicznych rzeźb czy posążków? Nie zwiększają cech i nie dają żadnych korzyści? W takim razie co ta profesja w ogóle robi w grze? I skąd drewno w kopalni, skoro nadzorca limituje ilość materiałów dostarczanych z zewnątrz? O jakości postaci i dialogów nawet nie będę się wypowiadał, bo pierwsze mają mniej charakteru niż walająca się po okolicy ruda, a drugie przypominają mi czasy pierwszych sesji w papierowe RPG-i. Krasnolud rzucający się na wroga z „groźnym” okrzykiem: „Aaaaa… Ty kreaturo!” – to cytat! – będzie mi się śnił po nocach. Litości. 

Do zalet powieści trzeba natomiast zaliczyć to, że autor piętnuje pewne charakterystyczne dla gier patologie. Wystarczy choćby wspomnieć o absurdalnym, ale logicznym z punktu widzenia gracza postępowaniu w rodzaju wielogodzinnego, celowego wystawiania się na ciosy, w celu podniesienia odporności. Dostaje się również mechanice aggro, czyli skupieniu uwagi potwora na jednej postaci, podczas gdy bohaterowie stanowiący o wiele większe zagrożenie stoją spokojnie obok i bezstresowo tłuką szkaradę na śmierć. Jako Warcraftowy healer z wieloletnim stażem (swoją drogą również szaman) doceniam dość trafne oddanie specyfiki tej specjalizacji, ze wszystkimi jej „społecznymi” wadami i zaletami. Szkoda tylko, że pisarz zaledwie liznął temat przywar MMO, dotykając jedynie najoczywistszych zjawisk. Można natrafić na mrugnięcia okiem do rozmaitych faz czy taktyk znanych z gier, ale chętnie spojrzałbym oczami bohaterów na przykład na dramatyczne niekiedy zmiany wprowadzane w łatkach i ich wpływ na balans sił. Zabawne mogłoby być również wyśmianie wielomiesięcznego mielenia tego samego lochu w nadziei, że z Ostatniego Skurczybyka wypadną wreszcie upragnione Pantalony Szybkości, które po wyjściu kolejnego rozszerzenia i tak trafią na przemiał. Przyznaję, że pewien problem mogła w tym przypadku stanowić mocno ograniczona przestrzeń, na której rozgrywała się akcja, i możliwe, że w przyszłych tomach będzie nieco lepiej. Nieco żwawsze zakończenie daje ku temu pewne nadzieje.

Pierwsza księga Drogi Szamana nie jest najgorszą pozycją, z jaką miałem do czynienia – pamiętam o tobie, Namiestniczko! – i od biedy można ją poczytać do poduchy, ale są tysiące lepszych sposobów na wydanie pieniędzy. Choćby opłacenie abonamentu do WoW-a i własnoręczne wylevelowanie tego przeklętego jubilerstwa. Elune jedna wie po co. Ufam, że Początek to jedynie nieśmiała wprawka, poligon doświadczalny, po zaliczeniu którego Machanienko zaserwuje mi powieść, która uzasadni piane na jego część peany. Póki co zalecam ostrożność.


Dragon's Dogma: Dark Arisen - kupuj bez DRM na GOG.com!